Rewolucja i co dalej?
    Ukraina w UE26 · Ukraina136 · Unia Europejska276 · Putin80
2014-02-26
Decyzja prezydenta Janukowycza ogłoszona na szczycie UE w Wilnie stała się punktem zapalnym dla nowej rewolucji na Ukrainie. Po miesiącach pokojowych protestów doszło do eskalacji, z której teraz wyłonić ma się nowa i lepsza Ukraina. Czy rzeczywiście jest to możliwe?

Foto: wikimedia commons, Ilya, CC

Sytuacja na Ukrainie zmienia się z minuty na minutę. Nie tylko w stołecznym Kijowie, ale i w innych dużych miastach dochodziło do starć protestujących z siłami bezpieczeństwa. W ich rezultacie zginęło ponad 100 osób, kilkaset zostało rannych i zniszczono mienie o znacznej wartości. Parlament przegłosował przywrócenie ustawy zasadniczej z 2004 roku i przekazał tymczasową władzę w państwie Aleksandrowi Turczynowowi, a prezydent Janukowycz uciekł ze stolicy – najpierw do Charkowa, później próbował dostać się do Rosji – jak dotąd nie wiadomo gdzie jest i co zamierza.

Polskie media, a za ich pośrednictwem Polacy, z uwagą śledziły gwałtownie zmieniającą się sytuację za naszą wschodnią granicą. Pojawiło się dużo głosów poparcia dla „sprawy ukraińskiej” (choć różnie definiowanej), akcje charytatywne na rzecz poszkodowanych i gesty solidarności – świece w oknach, znicze pod przedstawicielstwami dyplomatycznymi Ukrainy oraz manifestacje w centrach miast.

O ile bieżące wydarzenia na Ukrainie przyciągają uwagę opinii publicznej, to mniej czasu poświęca się pytaniom o skutki. Janukowycza nie ma w Kijowie, Partia Regionów odcina się coraz grubszą kreską od pacyfikacji Majdanu (nie tylko ze względów wizerunkowych, boją się przyszłych procesów), a parlament w bardzo intensywnym tempie realizuje postulaty ulicy. Do czego doprowadziła ukraińska rewolucja, z jakim krajem obecnie sąsiadujemy i czy nowe oznacza lepsze?

Umarł król, nikt nie chce być królem?

Pierwszym pytaniem które warto zadać, a bez odpowiedzi na które nie możemy nawet ogólnie zarysować ukraińskich perspektyw, jest kwestia przyszłych politycznych liderów kraju. Kto przejmie władzę po Janukowyczu i jego ekipie? Kto podejmie się uprzątnięcia politycznej, gospodarczej i społecznej „stajni Augiasza”? Kto wreszcie uzyska wystarczające poparcie społeczeństwa do zrealizowania przynajmniej tych najpilniejszych reform? Opozycja od samego początku nie była monolitem. Inne poglądy i pomysły na kraj mieli i mają politycy negocjujący z Janukowyczem – Kliczko, Jaceniuk i Tiahnybok, inaczej wypowiadali się liderzy Majdanu, co innego wreszcie może mówić i robić zwolniona z więzienia Julia Tymoszenko. Rewolucja, która obyła się bez jednolitego przywództwa, nie dała mandatu żadnemu politykowi do podjęcia trudu reformatorskiego. Co więcej, samo odsunięcie Partii Regionów od władzy nie było wyrazem woli całego narodu, bo przecież część mieszkańców wschodniej części kraju nadal popierają prezydenta Janukowycza i jego ugrupowanie.

Prawdopodobnie już wkrótce będziemy świadkami mniej lub bardziej gwałtownej walki o władzę, bo w grę z pewnością nie wchodzi żaden triumwirat. Walkę tę toczyć będą między sobą liderzy „negocjujący” – Kliczko, Jaceniuk i Tiahnybok, a pozostali liderzy rewolucji – w tym przedstawiciele skrajnej prawicy – zapewne pozostaną poza głównym nurtem, kontestując wszystkie poczynania nowej władzy. Może to doprowadzić do kompromitacji „poważnych” polityków i destabilizacji systemu przez gotowych na wszystko radykałów.

Gospodarka, głupcze

A system, którego podstawą jest gospodarka, od dawna chwieje się w posadach. Z jednej strony stan ekonomiczny Ukrainy jest fatalny, z drugiej nie ma oczywistych perspektyw wyjścia z patowej sytuacji. Dług publiczny jest ogromny, poziom życia coraz gorszy, a bezrobocie rośnie. Uzależniona od Moskwy gospodarka ukraińska została odcięta od pożyczki, której potrzebowała jak kroplówki. Kroplówki, którą dysponuje – jako narzędziem politycznym – prezydent Putin. Perspektyw na inne źródła pomocy doraźnej nie widać, a pełna moralnego wsparcia dla wysiłków demokratycznych Unia Europejska nie jest już tak skora do sięgania w głąb portfela.

Jeżeli Ukraińcy liczą na partycypację finansową Unii w odbudowie ich gospodarki, to muszą mieć świadomość dwóch istotnych faktów. Po pierwsze, Europa jest straszliwie skąpa. Tnie wspólny budżet i ogranicza jego wydatki w każdym możliwym aspekcie, a udzielenie pomocy krajom strefy euro przychodzi jej z nadzwyczajnym trudem (vide Grecja, Hiszpania, Portugalia, czy jeszcze niedawno Włochy, które londyńskie city określa pogardliwym akronimem PIGS). Po drugie, jeżeli cała Unia Europejska zdecydowałaby się na pomoc finansową (czytaj: nie tylko przełamała swoją niechęć do wydatków, ale na dodatek uznała, że kraj na wschód od Polski leży w jej obszarze zainteresowania), to nie przelałaby nawet grosza do dziurawego budżetu Ukrainy, na którym żerują oligarchowie rozmaitej proweniencji. Piszę o obszarze zainteresowania, ponieważ z polskiej perspektywy łatwo zapomnieć, że choć dla nas sprawy ukraińskie są bardzo ważne – zarówno z powodów geostrategicznych, jak i czysto dobrosąsiedzkich i ludzkich – to już rządy w Madrycie czy Dublinie miałby poważny kłopot z wyjaśnieniem swoim obywatelom, dlaczego trzeba robić zrzutkę na – z ich perspektywy – „jakąś” republikę poradziecką. Nie wspominając o tym, że Grecy na samą myśl o pomocy dla kogokolwiek poza nimi samymi zaczęliby krzyżować kukły kanclerz Merkel na ulicach każdego większego miasta od Aten po Saloniki.

Trudno przewidzieć, kto i w jaki sposób poradzi sobie w Kijowie z dogorywającą gospodarką i jak rozegra nierówne negocjacje z Moskwą. Prezydent Putin, który wyraźnie angażował się w sprawy wewnątrzukraińskie po stronie pokonanego reżimu, ma w ręku wszystkie atuty – wstrzymaną linię kredytową, dostęp do gazu i – co może najważniejsze – dostęp do rosyjskiego rynku zbytu. Ponieważ Moskwa niejednokrotnie używała swojej pozycji ekonomicznej w grze politycznej, nie mam wątpliwości, że nie zawaha się skorzystać ze swoich możliwości – nawet jeżeli posunięcia będą nielogiczne z czysto ekonomicznego punktu widzenia.

Kto będzie w stanie oprzeć się presji Moskwy, kogo będzie chciał wysłuchać obrażony na Ukraińców Władimir Putin? Kto wreszcie weźmie na swoje barki ciężar porażki, która wydaje się nieunikniona – nikt nie zdoła w krótkim czasie zaspokoić wszystkich potrzeb i zrealizować wszystkich postulatów zgłaszanych przez ulicę.

Dlaczego wreszcie uważamy, że odsunięcie Janukowycza to remedium polityczno-społeczne, czemu mówimy i piszemy o „zwycięstwie” prozachodniego Euromajdanu, skoro liderzy poprzedniej – nie tak dawnej – rewolucji skompromitowali siebie i sprawę, sprawę Pomarańczowej Rewolucji z 2004 roku? Przecież to Ukraińcy, rozczarowani grą koterii w obozie „pomarańczowych” wybrali Janukowycza i Partię Regionów. Przecież Julia Tymoszenko nie trafiła przed sąd za niepokalane poczęcie, a chociaż ukraiński wymiar sprawiedliwości i system penitencjarny odbiega od przyjętych przez nas standardów, to faktem pozostaje, że była pani premier (a wcześniej oligarcha) korzystała ze swojej pozycji dla realizacji partykularnych interesów. A lud ukraiński widział i dobrze zapamiętał, że nowe niekoniecznie znaczy lepsze i uczciwsze od starego.

Ukraina – między liczbą pojedynczą a mnogą

Wielu komentatorów rozważa dziś scenariusz podziału Ukrainy na wschód i zachód, w domyśle – część prorosyjską i proeuropejską. Uważam, że poza Krymem, gdzie żyje duża diaspora rosyjska, taki scenariusz jest czysto teoretyczną rozrywką intelektualną. Siłą Ukrainy jest jej jedność polityczna i terytorialna, a jeżeli ma przetrwać trudne lata, które niewątpliwie ją czekają, to może to zrobić tylko jako monolit.

Podział kraju oznaczałby dwa skutki. Po pierwsze, powstanie słabego kraju „zachodnioukraińskiego”, który aspirowałby do Unii Europejskiej, ale zbankrutowałby i umarł z głodu czekając w przedsionku na spełnienie wszystkich biurokratycznych wymogów. Po drugie, inkorporację wschodniej Ukrainy przez Federację Rosyjską i zakończenie jej dwudziestoletniej niezależności.

Słaba i mała Ukraina, nawet po wstąpieniu do Unii, byłaby państwem o niewielkim znaczeniu. Dla mieszkańców wschodniej części kraju (w tym oligarchów i miejscowych polityków) utrata niezależności oznaczać będzie dotkliwy spadek znaczenia, a co za tym idzie zmniejszenie wpływów i pieniędzy. O ile partyjno-gospodarcza wierchuszka niespecjalnie troszczy się o interesy „zwykłych” Ukraińców, to już dobrostan ich własnych portfeli poważnie ich niepokoi.

Oznacza to, że podział kraju nikomu się nie opłaca. Ktoś powie – zupełnie słusznie – że ani Czechom, ani Słowakom nie opłacał się „aksamitny rozwód” i podział Czechosłowacji, a jednak stał się on faktem i wpłynął na mapę polityczną Europy. Racja, ale w wyniku tego podziału powstały dwa niezależne państwa, oparte o dwie odrębne wspólnoty narodowe. Za naszą wschodnią granicą istnieje natomiast jeden naród ukraiński, dla którego podział oznaczałby okupację części terytorium przez Federację Rosyjską. Podział nie oznaczałby samostanowienia nowych tworów, ale ich powolny upadek.

Czy Ukraina to nowa demokracja?

Zakładając wariant optymistyczny, w którym wyłoni się nowy rząd tymczasowy i ustabilizuje sytuację na Ukrainie, co czeka nas w najbliższej przyszłości? Istnieją duże szanse na szybkie podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE. Dokument, o który z takim poświęceniem walczył Majdan, byłby z pewnością istotnym punktem odniesienia dla nowych władz i prawdziwym celem, dla realizacji którego warto podjąć trud reformatorski.

Jeżeli biurokratyczna Unia zrozumie znaczenie chwili, a polska dyplomacja – dobrze rozumiejąca wartość stabilności na wschodzie – zdoła przekonać pozostałe dwadzieścia siedem państw do pomocy gospodarczej dla Ukrainy (nie koniecznie w formie rynkowej pożyczki, a bardziej „Planu Marshalla”), istnieje szansa na wyjście z ekonomicznego impasu i zagranie na nosie Moskwie.

Czynnikiem ryzyka pozostanie jednak stabilność systemu demokratycznego, który dopiero będzie tworzony na potrzeby przyszłego członkostwa w zjednoczonej Europie. Tą stabilność może naruszyć anarchistyczna i radykalna prawica, której znaczenie ujawniają nastoje ulicy. Może naruszyć ją również sam sukces II rewolucji. Duża częstotliwość ukraińskich zrywów i będące jej skutkiem cykliczne trzęsienia ziemi w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym, mogą dać niebezpieczny sygnał.

Ten groźny mechanizm obserwowaliśmy już na przykładzie Egiptu – wytworzyło się tam przekonanie, że demokracja to system zero–jedynkowy. Albo zwyciężamy i zgarniamy całą stawkę, albo czujemy się poszkodowani i protestujemy do skutku – często chaotycznego, krwawego i destabilizującego. Ta „zła lekcja” z rewolucji może utrudnić osiąganie porozumień i negocjowanie reform gospodarczych, które bez przyzwolenia społecznego będą niemożliwe, a które w każdej formie będą dla niego bolesne.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, jeżeli misja nowego rządu się nie powiedzie (albo, co gorsza, skompromituje się on jak „pomarańczowa” ekipa duetu Juszczenko-Tymoszenko), to w czarnym scenariuszu za kilka miesięcy ludzie wrócą na Majdan. Rozpocznie się nowy etap rewolucji, który będzie jak wysłanie imiennego zaproszenia dla Władimira Putina. Dopóki odbudowa Ukrainy przy wsparciu Zachodu będzie szła po myśli samych Ukraińców, Rosja nie będzie mogła w otwarty sposób szkodzić Kijowowi. Jeżeli Bruksela zainwestuje swoje polityczne i gospodarcze aktywa w odbudowę Ukrainy, to nie pozwoli Moskwie na zniweczenie swoich wysiłków.

Jeżeli się nie uda, to Rosja będzie mogła „zaproponować” swoje rozwiązanie dla Ukrainy. I tu wachlarz jest bardzo szeroki – od ekonomicznego przyspawania Kijowa do rosyjskiej strefy wpływu, po bratnią pomoc w formie interwencji zbrojnej. Wszystkim, którzy są przekonani o nierealności takiego scenariusza, przypominam o wojnie w Gruzji. To, że Tbilisi jest geograficznie odleglejsze od Warszawy niż Kijów, nie oznacza, że inne są mechanizmy działania, albo – co gorsza – sposoby myślenia o polityce zagranicznej w wydaniu kremlowskim.

Czy Kijów i Warszawa to ciągle wspólna sprawa?

Na koniec chciałbym postawić nieco kontrowersyjne pytanie – czy opłaca się nam, Polsce, wspierać Ukrainę w jej drodze do Unii Europejskiej?

Oczywiście jestem głęboko przekonany, że stabilny i przyjazny kraj za naszą wschodnią granicą jest geopolitycznym marzeniem każdego polskiego rządu – zwłaszcza, że na rozsądek i stabilność na kierunku wschodnim rzadko kiedy można było liczyć. Niemniej jednak pomoc i przyjaźń polsko-ukraińska to jedno, a członkostwo Ukrainy w UE to drugie.

Musimy pamiętać o trzech istotnych czynnikach. Po pierwsze, czy jesteśmy gotowi na przynajmniej dekadę „matkowania” europejskim aspiracjom Kijowa? Czy możemy ponosić wszystkie – finansowe i wizerunkowe – koszty wspierania członkostwa Ukrainy w strukturach europejskich? Jeżeli rządowi w Kijowie powinie się noga (albo celowo wykona on jakiś fałszywy krok), to my będziemy musieli świecić oczami przed Brukselą i europejskimi partnerami. Co otrzymamy w zamian?

Po drugie, w trakcie procesu akcesyjnego może niebezpiecznie szybko włączyć się nam kresowy mesjanizm. Zacznie się pouczanie z pozycji starszego brata i ingerowanie w sprawy wewnętrzne suwerennego państwa. Czy Ukraina, która z ogromnym wysiłkiem postanowi wyrwać się z rosyjskiej strefy wpływów, długo będzie znosiła taki paternalistyczny stosunek Warszawy? Śmiem wątpić, a skutkiem takich działań może być gwałtowne ochłodzenie wzajemnych relacji i osłabienie naszej pozycji na wschodzie (patrz: relacje polsko-litewskie).

Po trzecie wreszcie, członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej oznacza katastrofę finansową dla Polski. Dlaczego? Bo większość naszych programów inwestycyjnych opiera się na programach unijnych, a obszary wiejskie (obejmujące przecież większość terytorium kraju) w dużej mierze opierają się na dotacjach z Brukseli. Nie wspominając już o ambitnych planach wobec tzw. ściany wschodniej, które bez pomocy w euro pozostaną planami. Tymczasem wejście do Unii dużego i biednego kraju (ponad 600 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni i niemal 45,5 miliona ludzi, wobec naszych 38,5 miliona osób na 312 tysiącach kilometrów kwadratowych) oznacza natychmiastowy przepadek dotacji bezpośrednich dla polskich rolników i przykręcenie kurka z programami strukturalnymi oraz gruntowną zmianę pozycji Polski w strukturach Unii Europejskiej (czyt. spadek znaczenia naszego głosu, ze względu na uzależnienie pozycji od liczby ludności).

Skoro więc partia rządząca wygrała wybory w 2011 roku sloganem z 300 miliardami z Brukseli, a największa partia opozycyjna przypomina, że „nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, to kwestia poparcia dla członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej powinna być przedmiotem pogłębionej dyskusji i chłodnej kalkulacji, a nie kwestią inicjatyw ad hoc.

Ukraina w Europie to kosztowne przedsięwzięcie, niech choć raz rachunek zysków i strat wyjdzie na korzyść Warszawy.


Komentarzy: 3

Kowal
1 marca 2014 (10:00)
Panie Michale, proszę sobie sprawdzić dane makroekonomiczne
dla Ukainy, Zachód ukrainy w rozumieniu do linii Kijowa, to już nie pusty step. On przynosi więcej PKB niż wschód.

TomaszO
1 marca 2014 (12:41)
Jaceniuk premierem, Kliczko prezydentem
i wszystko jasne. O ile dotrwają do wyborów i przeprowadzą reformy tak, że Ukraińcy ich na widłach nie wyniosą z Kijowa.

Piter
1 marca 2014 (16:17)
wojna! wojna ludzie
wczoraj Gruzja, dziś Ukraina, jutro?
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".