Rumunia: słońce na talerzu, słońce nad głową, słońce w sercu cz.2
    Rumunia5 · turystyka57 · reportaże z podróży201 · Bałkany37
2009-10-06
Tuż przed zmrokiem docieram do wioski Rimetea, której również nie ma na mojej mapie. Na obrzeżach dostrzegam ogrodzony trawnik otoczony drewnianymi domkami. Tu chcę poprosić o możliwość rozstawienia namiotu za, mam nadzieję, symboliczną opłatą.

Właściciel najpierw gorąco namawia mnie i mojego chłopaka na pokój niewiele większy od postawionego w nim łóżka – za 50 lei. Dogadujemy się w końcu w kwestii namiotu – płacimy 20 lei za noc, niestety, kiedy pytamy o prysznic, słyszymy, że to będzie nas kosztować dodatkowe 10. Odmawiamy i postanawiamy, że następnego dnia poszukamy jakiegoś miłego dzikiego, miejsca.

Kolejnego dnia udaję się do centrum pięknej Rimetei, będącej kiedyś górniczym miasteczkiem, teraz zaś rozkwitającej turystycznie, z pięknie odmalowanymi chatami, malowniczym kościołem na rynku i z wieloma prywatnymi pensjonatami. Na szczęście sierpień to nie sezon na wspinaczki górskie, więc turystów jest niewielu.

Kupuję w sklepie świeży, pachnący chleb pszenny i bryndzę, dodaję kupione dzień wcześniej przy drodze pomidory. Zajadam, siedząc na małym placyku zabaw przy rynku. Potem myję się przy miejskim ujściu wody i ruszam w stronę zawieszonej nad Rimeteą góry Piatra Seculuiului.

Rumunia

Góra od strony wioski wygląda dość niewinnie. Wydaje się niewysoka. Ruszam szlakiem niebieskim, trudniejszym, ale wydaje się, że przecież dam radę. I rzeczywiście dałam, ale było zaskakująco ciężko. Szlak bowiem od pewnego momentu prowadzi prawie pionowo góry. Kiedy wyczerpana docieram na szczyt, moim oczom ukazuje się zielona, tętniąca owadzim życiem polana i wspaniały krajobraz otaczających mnie Karpat. Odpoczywam trochę, leżąc w brzęczącej, pachnącej latem trawie. Potem ruszam po zielonym grzbiecie góry, ponieważ zejście z mojego szlaku jest po drugiej jej stronie – przy wiosce Coltesti. Zejście okazuje się być jeszcze bardziej wyczerpujące, niż wchodzenie – szlak prowadzi po trawiastym, prawie pionowym zboczu, po którym trzeba skakać lub staczać się, żeby nie męczyć zanadto wyczerpanych nóg. Kiedy u podnóża Piatry robi się już mniej stromo, czeka mnie jeszcze kilkadziesiąt olbrzymich schodów, utworzonych przez pola uprawne, a przypominających trochę azjatyckie tarasy ryżowe.

Mamałyga, czyli słońce na stole

Wyczerpana docieram do Rimetei. Jestem bardzo głodna i mam ochotę na duży, ciepły posiłek. Niestety, jedyna w wiosce restauracja o godzinie 17 jest zamknięta. Udaję się do otwartego baru, gdzie łamaną francuszczyzną (właściciel stojący za barem nie mówił po angielsku) pytam o coś do jedzenia. Niestety, w barze są tylko napoje. Wsiadam więc do samochodu i ruszam do sąsiedniej wioski, Coltesti.

Tu nie znajduję niestety żadnej restauracji. Wtedy dostrzegam strzałkę z napisem „kuria”. Wcześniej widziałam już takie tabliczki, jednak kojarzyłam to pojęcie z kościołem. Nagle olśniło mnie, że w Rumunii chodzi tu chyba o dom wczasowy. Tam musi być jakaś restauracja – pomyślałam. I nie myliłam się. Bardzo elegancka, urządzona w tradycyjnym stylu, z pięknym widokiem na Piatra Secuiului restauracja miała przystępne ceny i bogate menu. Decyduję się na narodowe, rumuńskie danie, czyli mamałygę, z bryndzą i śmietaną, chociażby z radości, że jakiś w jakimś kraju narodowe danie jest wegetariańskie. Mamałyga, którą pisarz Stanisław Makowiecki nazwał „słońcem na stole”, to miska pełna ugotowanej kukurydzy, pokryta serem i śmietaną. Warto spróbować, ale nie sądzę, żeby tą potrawę ktoś szczerze pokochał.

Karpacka cisza

Po obfitym obiedzie i kawie szukam noclegu. Po krótkiej podróży samochodem, nieopodal Rimetei, znalazłam niewielką polanę nad strumieniem, z miejscem na palenisko. Tu spędziłam noc, najpierw popijając piwo przy ognisku, potem śniąc w namiocie. Podobnie jak noc, poranek w tym miejscu u podnóża gór był cichy i spokojny, idealny na powolne przebudzenie, śniadanie i małą kąpiel w lodowatym strumyku. Po jego drugiej stronie, na która prowadził drewniany mostek, można było wspiąć się na rozległą polanę znów, tak jak na Piatra Secuiului, brzęczącą i dygoczącą od letniego życia. Cykady hałasowały tu cały dzień, ptaki pięknie śpiewały, każde stworzenie wydawało dźwięki, nie niepokojone przez człowieka… no, może poza naszą dwójkę.

Rumunia

Wtedy też odkryłam jeden z sekretów Rumunii. To, że tu znajdę spokój i ciszę, miejsca, gdzie cały dzień nikt nie będzie mnie niepokoił, gdzie cały dzień można wędrować wzgórzami i nikogo nie spotkać. Gdzie wędrując niedaleko wiosek natknę się jedynie na staruszkę z wiązką siana na plecach, która na nasze pozdrowienie odpowie spokojnym uśmiechem.

Bo również w mieszkańcach Karpat odnaleźć można ten spokój, który zewsząd ich otacza. Przejeżdżając przez wioski górskie, zwykle natykałam się na życzliwy, spokojny uśmiech i lekkie zaciekawienie. Kiedyś chcieliśmy nabrać wody z ujęcia na obrzeżach wioski. Jakiś staruszek, który koło nas przechodził zaczął krzyczeć. Pokazywał na migi, żebyśmy nie brali tej wody, że ona jest brudna. Potem zaczął wypytywać: Italiano? Franczeze? Germano? Angleze? Madziary? – Zdążył wymienić wiele narodowości, zanim nieśmiało powiedzieliśmy, skąd przyjechaliśmy. Staruszek pomachał nam przyjaźnie i obdarzył szerokim, szczerym uśmiechem.

Kolejną noc spędziłam znów w karpackiej ciszy, tym razem blisko terenu chronionego Gór Apuseni. I znów brzęczący strumyk, ognisko, gwiazdy i góry. I dzwonki owiec z samego rana. Wyruszyłam na ostatnią górską wyprawę. Ze szczytu góry oglądałam małe z tej odległości domki jakiejś wioski. W Górach Apuseni robi się już chłodniej. Najpierw samochodem jedzie się krętymi drogami pod górę, a dalej, już piechotą wspina się na z pozoru niewysokie góry. W rzeczywistości jest się już na sporej wysokości i zimny, górski wiatr, mimo mocnego słońca, daje się we znaki.

Dwa obiady – dwa miasta

A gdzieś po drodze odwiedziłam dwa piękne miasta: Cluj Napoca i Oradea. Rumunia ma chyba same piękne miasta, z zachwycającą architekturą, po których miło jest się powłóczyć.

W Cluj Napoca szybko znalazłam się na miejskim deptaku, gdzie znów dostałam świetną pizzę. Cóż poradzić, że wszędzie, gdzie jadę, zjadam z reguły pizzę, bądź makaron. Taki los wegetarianina w mięsnym świecie. W drodze powrotnej do samochodu wstąpiłam, zaciekawiona do jednego z kościołów i stanęłam oszołomiona jego wnętrzem. Piękne stare freski na ścianach i olbrzymi, mroczny żyrandol na środku tworzyły wyjątkowy klimat.

Oradea była moim ostatnim przystankiem przed przekroczeniem granicy rumuńsko-węgierskiej. I tutaj również przeszłam się centralną częścią miasta i zjadłam obiad w jednej z knajpek. „Wegetariański talerz” brzmiał dobrze (menu było również po angielsku) i okazał się pieczonymi warzywami – a był tam bakłażan, pomidory, papryka, cebula, i nie pamiętam co jeszcze. Po posiłku ruszyłam w drogę do domu.


Komentarzy: 1

istvan
18 listopada 2009 (10:57)
rumunskie miasta
Te miasta nie są rumunskie - są raczej węgierskie. Sibiu, Sigishoara, Medias, Bistrica, Timisoara zostały z kolei zbudowane przez Sasów. Siedmiogród ma bardzo bogatą historię, ale rumuński stał sie dopiero po 1-szej wojnie swiatowej.Warto o tym pamietać wędrując to tych terenach!
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".