Selector 2010, relacja z festiwalu
    Selector Festival3 · muzyka elektroniczna107 · Kraków34 · festiwale muzyczne112
2010-06-08
Na temat alter artowskiego festiwalu Selector można powiedzieć dużo różnych rzeczy. Bo różnie bywało. I nie żebym był przeciwnikiem różnorodności!

Faithless wystapił na Selector Festival 2010

To druga edycja festiwalu. A więc impreza raczkuje. I pod wieloma względami jak raczkująca wyglądała, czasem jednak tylko z pozoru. Line-up nie wyglądał imponująco. I rzeczywiście - Booka Shade czy nawet Boys Noize to raczej podnieta dla znawców. Gdzie tu do uciech dla mas, w rodzaju ubiegłorocznych headlinerów - Franza Ferdinanda, grup Roykssop czy CSS.

Osobnym tematem jest publiczność. Wyglądała ona... no cóż, po prostu dziwnie. Pozbawieni karku jegomoście ze swoimi blond partnerkami bawili się obok indie piętnastolatek, a gdzieś przez tłum przewijali się trzydziesto - czterdziestolatkowie czekający na Faithless. Do tego muszę na tych łamach wyrazić pełną dezaprobatę dla robienia sobie miliona zdjęć przez grupki nastolatków w Ray Banach, i to w środku tanecznego amoku. Tak, staram się mówić najdelikatniej.

Tym niemniej, muzyczna średnia wcale nie jest... średnia. Rzecz jasna, jak to bywa na festiwalach, zdarzały się występy beznadziejne, nieprzekonujące, zawodzące. Jednak kilka zjawiskowych, olśniewających, zaskakująco profesjonalnych i porażających spontanicznością.

Do tej pierwszej grupy zaliczyć można bodaj najlepszy występ festiwalu. Bloody Beetroots (Krwawe Buraki) to zespół, który do niedawna jeszcze czekał na odkrycie przez większą publiczność. Przed czwartym czerwca byli w Polsce lepiej rozpoznawalni chyba jedynie wśród fanów electro. Po tym. jak "kupili" publiczność w Muzeum Lotnictwa można mówić o nich jedynie jako o gwiazdach. A czemu? Bo najzręczniej ze znanych mi zespołów przechodzą od ekstremalnej elektroniki do ekstremalnego punka, grają najbardziej gryzący w uszy ekstremalny metal na zupełnie niemetalowych syntezatorach, do tego mają ekstremalnego wokalistę - gitarzystę z ekstremalnym głosem. Ach, za tę gitarę plus, choć czasem słychać było, że wzięli ją odrobinę na siłę, bo dublowała wiele partii elektronicznych. Do tego miodnie zrobione widowisko wizualizacyjne. Coś pięknego... choć ten przymiotnik tutaj jakoś źle leży.




Obowiązkowo trzeba było pójść na Calvina Harrisa. Choć jego ostatnia płyta wyszła w ubiegłym roku, jego utwory nadal rozkręcają najlepsze alternatywne (i nie tylko) imprezy. Tym większy był apetyt na dobrą zabawę. Wysłannik z lat 80., wynalazca disco, nałogowy podrywacz, wesoły imprezowiec. W konserwatywnym Krakowie. Na szczęście obyło się bez ofiar, a zamiast krwi lał się pot. Dopracowanie koncertu było imponujące - zespół Calvina w świetnej formie, znakomicie budował imprezowe napięcie. Rzecz jasna większość setu wypełniły utwory z ubiegłorocznej płyty "Ready for a Weekend", jednak nie zabrakło starszych, nie mniej bujających "Colours" czy "I Created Disco". Każdy utwór pulsował bitem dwa razy bardziej niż z taśmy, a Calvin bawił się tak samo fajnie, jak publiczność. szkoda jedynie, że na początku był odrobinę słabo nagłośniony.

I tutaj zaczynają się schody... w dół. Bo drugi dzień festiwalu zaczął się dość słabo. Obniżka poziomu. Zacząłem ten dzień od wizyty na Cyan Stage (po prostu większy namiot) i koncertu zespołu Delphic. Raz że całkiem dorośli panowie ujadający "Tell me nothing is wrong today" nie wyglądają poważnie. Dwa że nagłośnienie nie było najlepsze. Trzy że to niestety tylko naturalna konsekwencja Editors i White Lies, kiedy ci pierwsi zaczęli grać poważniejszą muzykę, a drudzy milczą. Dodaj modę na elektronikę - wyjdzie Delphic.

Zdecydowanie lepiej spisali się Metronomy. To już uznany skład z oddaną publicznością. I to było widać w tłumie, o wiele gęstszym niż w przypadku poprzedników. Muzyka to niesłychanie podrygogenna, do tego świetnie, choć skromnie, oprawiona. Członkowie zespołu mieli do klatki piersiowej przymocowane migające w rytm muzyki lampki. Wyszło sympatycznie. Do tego pełne empatii zapewnienia, że przynieśli Polsce słońce w czasach powodzi. Na plus.

Booka Shade. Czyli kolejny, po ubiegłorocznym Jonie Hopkinsie, występ z serii "Ej, to miało być takie czilałtowe plumkanie, a wyszedł chamski rave". Bo panowie rozkręcali się - od delikatnego muskania naszych bębenków usznych, przez delikatne zachęcanie do tańca, aż do wyciśnięcia z publiczności ostatnich potów. Do tego oszałamiające efekty świetlne - duet zadbał o to, by wszystko było doskonale zgrane z dźwiękiem. Niesamowite wrażenie potęgował stopniowy odpływ ludzi z namiotu, który przy trzecim bisie (tak, trzecim bisie) sprawiał wrażenie wielkiego, postindustrialnego obiektu utopionego w półmroku. Na końcu zostało, ja wiem,. z 300 osób? Przednia zabawa.




Następny koncert to już popis perfekcji wykonawczej. Show świetnie muzycznie, znakomite wizualnie, już gorzej z publicznością - namiot pękał w szwach, do tego wiele osób... no cóż, zdawało się, że przyszli na "jakiś koncert". Tym niemniej biję pokłony w stronę Faithless, zespołu, który już nieraz zagrał mi na emocjach, i tym razem pozostawił po sobie jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Umiejętne balansowanie między starym ("Insomnia"!) a nowym repertuarem wychodzi zespołowi świetnie. Szkoda, że dotarłem na ich koncert dopiero teraz. Dawniej byłem oddanym fanem, teraz to co najwyżej sentyment.

Wyprany z sił poszedłem do mniejszego namiotu, czyli Magenta Stage, by tam czekać na kończący festiwal set Boys Noize. Niemiec wyszedł do nas ze swoimi najlepszymi kąskami ("Jeffer", och!), klasycznym skłaniającym do pląsów łup-łup i niesamowitymi remiksami (tutaj Justice i znakomita przeróbka Depeche Mode). Alexander Ridha to prawdziwe imprezowe zwierzę - po półtoragodzinnym secie bisował (wcale nie oczywiste na tym festiwalu). Pozbawił mnie tym samym resztek sił.

Po kolana umorusany błotem, spragniony (Cola za szóstkę, i do tego płatność tylko AlterKartą - ważna informacja przed Open'erem!), ale z dobrymi wspomnieniami opuściłem Muzeum Lotnictwa. Oto pełną parą zaczęło się festiwalowe lato.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".