Singapur - Miasto Lwa
    Singapur5 · Indochiny38 · reportaże z podróży201 · Azja Południowa31
2009-09-29
Singapur to drugie najbardziej zaludnione państwo świata zaraz po Monako. Nazwa wyspy pochodzi od dwóch słów w sanskrycie: singa czyli lew i pura - miasto. Niepodległa Republika Singapuru, należąca do Commonwealth of Nations, powstała w 1965 zaraz po oddzieleniu się od Federacji Malezji.

Zajmuje drugie miejsce po Japonii jako najbogatszy kraj w Azji, obok Szanghaju to najważniejszy port na kontynencie. Singapur jest również jednym z dwóch miast na świecie, w obrębie których, znajduje się rezerwat przyrody. Na wyspę dostałem się drogą lądowo morską z sąsiadującego malezyjskiego miasta Johar Bahru. Stolica Singapuru położona jest nad Cieśniną Singapurską w południowej części państwa. Zatrzymałem się w dość drogim jak na typowe dormitorium dla backpackerów, hotelu na ulicy Victorii w pobliżu skrzyżowania z (?!) Arab street.

Spuścizna byłej brytyjskiej koloni przejawia się tu w dwujęzyczności i czymś co nazywam chińską para-brytyjską mentalnością mieszkańców. Stąd narzuca mi się proste porównanie Singapuru i Hongkongu. Obie byłe kolonie angielskie łączy podobna historia, oba miasta na płaszczyźnie ekonomicznej zyskały miano tzw. Azjatyckich Tygrysów, oba położone są na wyspach, w obu zlokalizowane są potężne porty wiec taka asocjacja jest jakby oczywista. Sposób zachowania ludzi i ich kultura osobista są jednak nieco inne. Hongkończycy są wyniośli, chełpią się swoim bogactwem i nie są tak przyjaźni jak Singapurczycy. Właśnie to przesądziło, że przestałem nazywać Miasto Lwa drugim Hongkongiem.

Singapur zawsze wzbudzał we mnie bardzo literackie skojarzenia. Tanamera to tytuł znanej książki, której akcja rozgrywa się w mieście Lwa. Powieść nie zachwyciła mnie swoją fabułą, jest to bowiem romans (może nie tak dobry jak Anna Karenina, ale jak na tego typu książkę jest nawet dość wciągający) i jako taki ze względu na swój charakter jest raczej kobiecą literaturą. W Tanamerze autorowi bardzo sugestywnie udało się zaprezentować Singapur. Dzięki tej powieści w moim umyśle wykrystalizował się pewien idealistyczny obraz miasta. Druga książka związana z byłą brytyjską kolonią to Król Szczurów Jamesa Clavella, moim zdaniem najlepsza powieść o tematyce obozów jenieckich. Dawno temu gdzieś w Wielkiej Brytanii pożyczyłem od mojego landlorda The Singapore Grip niestety nie udało mi się dobrnąć do końca. Kiedyś znajomy opowiadał mi o książce Singapur czwarta rano Marcina Bruczkowskiego, którą jeśli będę miał okazję pewnością zakupię i dołączę do mojej kolekcji literatury związanej z Singapurem. Wszystkie te przeczytane strony w połączeniu z świeżo nabytym przewodnikiem Lonely Planet, powodowały, że już w samolocie zastanawiałem: się jak to będzie; przespacerować się bardzo istotną dla fabuły Tanamery, sławną ulicą Orchard, czy podobnie jak główny bohater powieści wyskoczyć na drinka do Raffelsa (założonego przez braci imigrantów z Armenii znanego każdemu Singapurczykowi hotelu). Ciekawy byłem czy tamtejsze kobiety rzeczywiście obdarzone są wyjątkowym urokiem tak barwnie opisywanym przez brytyjskich pisarzy, czy jedzenie naprawdę jest tam aż tak różnorodne.

Singapur miasto Lwa

Wielu ludziom Singapur kojarzy się z drakońskimi karami za zaśmiecanie, publiczne spożywanie alkoholu i inne podobne wybryki. Moja naturalna przekora(głupota) spowodowała, że już pierwszego dnia pobytu w Mieście Lwa trzykrotnie złamałem przepisy: przebiegając ulicę na czerwonym świetle, paląc hinduskiego bidi w pobliżu przystanku i wyrzucając skórkę od banana na ulicę. Nazwijcie mnie nieokrzesanym prostakiem jeśli chcecie, ale ja porostu musiałem dokonać tych symbolicznych zakazanych „wyczynów”. Nie zostałem ukarany. Podczas wjazdu do Singapuru przydarzyła mi się natomiast nie do końca sympatyczna przygoda z celnikami.

Parę dni przed odwiedzinami państwa-miasta, na pewnym malajskim targowisku natknąłem się na stoisko z bogatym wyborem pałek teleskopowych. Pół roku wcześniej gdy zwiedzałem pewne chińskie miasteczko ze znajomym (patrz wycieczka po Chinach Yangzhou) strasznie rozbawiła nas bezzasadność idei kupna takiego przedmiotu, który ochrzciliśmy mianem pały z Yangzhou. Nie zastanawiając się długo za równowartość 5 dolarów nabyłem „teleskop” z zamiarem przywiezienia go w ramach żartu przyjacielowi z Szanghaju, jako swoistego suweniru z Malezji. Pała wylądowała na dnie plecaka i została przeze mnie zapomniana do czasu, gdy wykrywacz metali na przejściu granicznym pomiędzy Malezją a Singapurem groźnie zapiszczał. Ten kretyński przedmiot jest traktowany w Mieście Lwa jako niebezpieczna broń, a jego posiadanie jest ściśle zabronione. Zostałem zaprowadzony do pokoju przesłuchań i pozbawiony „pały”. Chyba tylko moje umiejętności komunikacji interpersonalnej uratowały mnie przed wysoka grzywną.

Na zawsze wryła mi się w pamięć, zupełnie przeciwna do powyższej, miła sytuacja, jakiej doświadczyłem szwendając się po China town. Towarzyszył mi znajomy backpacker, który po tygodniowym pobycie w Singapurze wybierał się do Indonezji. Obaj byliśmy zachwyceni atmosferą targowiska w chińskiej dzielnicy. Wygląd tego miejsca znaczne odbiega od swoich odpowiedników w Chinach kontynentalnych, jest tu schludnie jak w całym Singapurze a sprzedawcy nie są ani trochę nachalni. Po pewnym czasie zgłodnieliśmy.

Zaintrygowani nazwą Japanese Pizza na mini szyldzie jednego z tysiąca kramików, postanowiliśmy spróbować owego specyfiku. Potrawa okazała się placuszkiem nadziewanym tuńczykiem krewetkami i innymi bliżej niezidentyfikowanymi (ale smacznymi) owocami morza. Siedliśmy na pobliskim murku i skonsumowaliśmy japońską pizzę. Pałaszowałem aż uszy mi się trzęsły. Kiedy skończyliśmy, podeszła do nas sprzedawczyni o aparycji przemiłej staruszki i zapytała czy mamy ochotę na jeszcze jedną. Pomyślałem: czemu nie, smaczne, stosunkowo tanie a poza tym mam wakacje wiec mogę sobie pozwolić na tego rodzaju drobne przyjemności i dać się naciągnąć na kolejna porcję. Gdy sympatyczna pani podała mi Japońską Pizzę sięgnąłem po portfel, ale ona zatrzymała moją rękę i uśmiechnęła się dobrodusznie mówiąc, że to prezent. Sytuacja, jakiej nie doświadczyłem nigdy w kontaktach z pazernymi Chińczykami z Szanghaju. Możecie się śmiać, ale ten drobny gest wprawił mnie w doskonały humor i spowodował, że na pewien czas znów uwierzyłem, że natura ludzka jest z gruntu dobra.

Singapur miasto Lwa

Każdemu turyście, który zawita do Singapuru mogę z czystym sumieniem polecić odwiedzenie Muzeum Cywilizacji Azjatyckich. Zaprezentowana jest tu interesująca i bogata ekspozycja przedmiotów kultury związanych z panazjatyckimi cywilizacjami Azji południowo- wschodniej, Chin, Indii, Sri Lanki a nawet Turcji (te ostatnie w sekcji poświęconej Azji zachodniej czyli po naszemu bliskiemu wschodowi). Tak szerokie spektrum sąsiadujących ze sobą obiektów muzealnych powiązanych z różnymi cywilizacjami zapewnia ciekawe wrażenia porównawcze. W jednym pokoju napotykamy malajskie krisy, a w następnym na chińską porcelanę. Pięknie podświetlone zwoje z kaligrafiami z Koranu sąsiadują z kolekcją monet ze starożytnych Indii, a te z ceremonialnymi strojami taoistycznych kapłanów. Z tarasu widokowego, zaprojektowanego w stylu neopalladiańskim budynku muzeum, rozciąga się spektakularny widok na rzekę Singapur. Jest to chyba najciekawsze muzeum, jakie miałem okazję odwiedzić w Azji.

W chińskiej dzielnicy usytuowana jest Mariamman, mała ale urokliwa hinduska świątynia zbudowana w stylu drawidyjskim. To najstarsze sanktuarium hinduizmu w Mieście Lwa. Jak w każdym podobnym przybytku obowiązują tu pewne zasady. Należy zdjąć buty przed wejściem do środka. Można zadzwonić w dzwonek przy drzwiach, symbolizuje to (łatwo się domyślić) zapytanie bóstwa o pozwolenie wejścia do miejsca kultu. Wewnątrz należy poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Parokrotne okrążenie świątynnego hallu przynosi podobno szczęście.

Największe wrażenie wywarła na mnie Buddyjska Świątynia poświęcona Majtreji. Przechowywana jest w niej relikwia Ząb Buddy - stąd nazywa się ją po prostu świątynią relikwii zęba. Monumentalna budowla zaprojektowana jest w stylu inspirowanym architekturą z okresu dynastii Tang. W porównaniu z ponurymi betonowymi świątyniami , masowo produkowanymi w Chinach aby wypełnić lukę powstałą po zniszczeniach okresu Rewolucji Kulturalnej, ten czyściutki, błyszczący olbrzymi obiekt sakralny robi piorunujące wrażenie. Tak właśnie wyobrażałem sobie chińską świątynię, zanim skonfrontowałem się z kiczowatą rzeczywistością współczesnego Państwa Środka. Budynek wygląda jak żywcem wyjęty z gry komputerowej, której akcja rozgrywa się w starożytnych Chinach, lub dopieszczonego techniką cyfrową filmu „Przyczajony Tygrys ukryty Smok”.

Singapur miasto Lwa

Budowla ma cztery piętra. Na dachu rozpościera się cudowny ogród wypełniony specjalnymi gatunkami orchidei. Świątynia jest jednocześnie muzeum kultury buddyjskiej, i to muzeum nie byle jakim. Znajdziemy tu olbrzymią kolekcję posągów, relikwii, małych stup, mandali, i innych artefaktów sprowadzonych do Singapuru z różnych zakątków Azji. Sama relikwia, dla kogoś kto nie jest wyznawcą buddyzmu, nie jest żadną wielką atrakcją. Fotografowanie jest ściśle zabronione. Pamiętam, gdy rok wcześniej odwiedziłem Buddyjską świątynie na wyspie Landau, gdzie wewnątrz największego na świecie posągu siedzącego buddy również eksponowana jest relikwia, pokręciłem się przed wejściem i gdy pani bileterka poszła do toalety a druga zagapiła się na przystojnego turystę dostałem się „służbowo” do środka i dokonałem desakralizacji relikwii przy pomocy aparatu cyfrowego. W Singapurze nie odważyłem się na podobnie sztubackie i idiotyczne zachowanie.

Gdzie mieszkańcy Miasta Lwa chodzą na plażę i oddają się urokom południowo azjatyckiego nadmorskiego klimatu? Odpowiedź brzmi: Santosa - położona zaledwie pół kilometra od południowego wybrzeża miasta wyspa, miejsce gdzie Brytyjscy kolonizatorzy wybudowali kiedyś niedostępną fortecę. Mieszkańcy Singapuru zachwalali mi Santosę. Zapewniali o niesamowitych wrażeniach. Musze jednak przyznać, że się zawiodłem. Wyspa pełna jest niezbyt interesujących w moim przekonaniu plastikowych atrakcji, przeznaczonych dla najmłodszych. Wyjątkiem jest drogie, choć stanowczo warte odwiedzenia oceanarium (gigantyczne płaszczki) oraz pozostałości brytyjskiego fortu Sioloso. Bungalowy na tajlandzkich wyspach wydają mi się o wiele bardziej malownicze niż pięciogwiazdkowe hotele Santosy wypełnione po brzegi grubasami z bogatych zakątków europy. W centrum kurortu-wyspy stoi potężna kiczowata rzeźba przedstawiająca symbol Singapuru: Merliona - lwa z ogonem ryby. Na wyspę można dostać się, w zależności od zawartości portfela kolejką linową, lub autobusem przez most. Zdecydowanie na plus Santosie należy zaliczyć kursujące po jej całym, dosyć sporym terenie darmowe busiki.

W trakcie mojego krótkiego pobytu w Singapurze udało mi się nawet pójść na randkę. Moja koleżanka z Szanghaju, etniczna Chinka z Indonezji w trakcie zimowych wakacji wracała do Dżakarty via Singapur, gdzie zatrzymała się na weselu koleżanki ze studiów. Dziwnym zbiegiem okoliczności (no dobra, tak naprawdę trochę nagiąłem swój plan podróży po Malezji tak, aby znaleźć się w Singapurze w odpowiednim momencie) dotarłem na Wyspę w tym samym czasie. Devi postawiła mi drinka w barze, na Orchard Road, co dało mi doskonały pretekst do zaproszenia ją na kawę po powrocie do Szanghaju.

Chociaż to uśmiechnięta buzia Devi zapadła mi najbardziej w pamięć spośród zdarzeń tego wieczoru, to dwie interakcje z mieszkańcami Singapuru również wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z Indonezyjką skontaktowałem się przy pomocy publicznego telefonu. Ustaliliśmy, że spotkamy się w holu pewnego hotelu. Przekazałem nazwę miejsca taksówkarzowi i nastawiłem się na sporą opłatę w tym relatywnie drogim mieście. Kierowca nie znał miejsca. Tłumaczył się mówiąc, że nazwy hoteli często się zmieniają. Co teraz, pomyślałem, nie mam czasu szukać budki telefonicznej i łapać kolejnej taksówki.

Singapur miasto Lwa

Taksówkarz pożyczył mi swój telefon komórkowy, ale Devi padła bateria w telefonie - nici z mojej randki. Sympatyczny kierowca postanowił jednak za wszelką cenę mi pomóc przez 10 minut dzwonił do swoich kolegów, ale w końcu dowiedział się gdzie znajduje się nieszczęsny hotel. Tymczasem licznik niebezpiecznie bił, i w końcu przebił zawartość mojego chudziutkiego portfela. Ku mojemu zaskoczeniu kierowca policzył mi jedynie 50 procent ceny. Fajni ci Singapurczycy. Na umówionym miejscu byłem przed czasem, a Devi spóźniała się. W holu hotelu zagadnął mnie portier, który wyraźnie miał ochotę na rozmowę z obcokrajowcem. Trochę się zdziwiłem, w swoich znoszonych japonkach i jedynej jeszcze czystej (żałośnie wymiętej po wyjęciu z plecaka) koszuli, na tle gości hotelowych w ubranych w drogie garnitury przedstawiałem raczej mało atrakcyjny widok.

Mój rozmówca był 50 letnim dystyngowanym pół Hindusem pół Chińczykiem. Przez 15 minut ciekawie perorował na temat Singapuru i swojego życia w tym miecie. Opowiadał jak po 20 latach mieszkania w Niemczech i Australii wrócił do rodzinnego Singapuru. Wychwalał miasto, jako prawdziwy raj na ziemi. Ekscytował się, że jest to jedyne miejsce gdzie prawo zezwala na małżeństwo z Muzułmanką bez jednoczesnego wyrzeczenia się swojej wiary i przejścia na islam. Prawie z żalem opuściłem sympatycznego jegomościa, gdy w obrotowych drzwiach ujrzałem zgrabną sylwetkę mojej koleżanki.

Moje zauroczenie mieszkańcami Singapuru, jako najbardziej przyjaznymi, pomocnymi i otwartymi ludźmi okazało się w pewnych aspektach niestety mylne. W parę dni po opuszczeniu Singapuru, rozkoszowałem się krajobrazami malezyjskiej wyspy Tioman. Pewnego wieczoru wdałem się w rozmowę z parą Chińskich turystów z Pekinu. Zweryfikowali oni moje entuzjastyczne podejście do natury Singapurczyków. Otóż, mówił z kwaśną miną Pekińczyk, może to prawda, że Singapurczycy zachowują się tak przyjaźnie wobec białych, ale w kontaktach z Chińczykami z kontynentu sytuacja przedstawia się diametralnie odmiennie, patrzą na nas z góry, kontynuował, uważają nas za gorszych, a nawet nami gardzą, dodał z goryczą. Nie wiem czy to osobiste doświadczenia mieszkańca Pekinu wpłynęły na jego nastawienie, jednak intuicja podpowiada mi, że niestety ma rację, obym się mylił i moja pierwotna konstatacja w postaci frazesu rozróżniającego aroganckich Hongkończyków i przyjaznych Singapurczyków była prawdziwa.

Przeczytałeś relację z podróży? Podobała się?
A może Ty Drogi Internauto byłeś gdzieś w Polsce, gdzieś w świecie i chciałbyś się tym pochwalić?
Nasz serwis stoi dla Ciebie otworem. Przyślij tekst, relację, dodaj swoje zdjęcia do niego, opublikujemy go na stronie mojeopinie.pl!
Prace prosimy wysyłać na adres: redakcja@mojeopinie.pl


foto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąbfoto:Michał Gołąb
Komentarzy: 2

magda
3 października 2009 (13:34)
Singapur
Świetny artykuł z dozą humoru:-)Myślę, że równie pozytywnie oceniłbyś stosunek Tajwańczyków do obcokrajowców. Trudno mi przypisać do nich cechy, jakimi odznaczają się Chińczycy z kontynentu.

Lunisparol
26 lipca 2014 (02:24)
Kolejny bezczelny artykuł
"Nazwijcie mnie nieokrzesanym prostakiem jeśli chcecie, ale ja porostu musiałem dokonać tych symbolicznych zakazanych „wyczynów” ". No pewnie, Polska wyjechała za granicę i już daje całemu narodowi piękne świadectwo. I co, wyżyłeś się, dzieciaczku? Co chciałeś w ten sposób udowodnić? Że do Orwella jeszcze daleko? Oczekujesz poklasku? Mam nadzieję, że ta przygoda z celnikami trochę ostudziła twój zapał. Zero szacunku dla Miasta Lwa. To nie polskie podwórko, do jasnej anielki! Swoją drogą spojrzałem na twoje zdjęcie i już wszystko stało się jasne. Jak będą szukali kogoś do roli Hagrida w nowym cyklu HP, to możesz się zgłosić na casting. Nie lepiej zaszyć się w jakiejś brudnej hinduskiej wiosce i tam zabawiać ludzi swymi mądrościami? I nie zastawiaj się studiami, bo one często (choć nie zawsze) produkują wyuczonych, bezrefleksyjnych cymbałów kalkujących bezmyślnie słowa "autorytetów" (ach ten Tiziano, orgazm na stojąco). Chyba nie muszę wspominać, że dumnie reprezentujesz tą kategorię. PS. SENTOSA, jak już.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".