Skolimowski (niezwyczajny) powraca - „CZTERY NOCE Z ANNĄ”
    kinematografia polska21 · recenzje filmowe146 · festiwal filmowy86
2008-10-11
Odrzucony i wzgardzony, odsunięty, zapomniany. A jednak z niecierpliwością oczekiwany. Andrzej Leszczyc - James Dean polskiej Nowej Fali przybywa. Czyli Jerzy Skolimowski, którego przełamana na pół biografia przeszła już do historii kina. Zastanawia się nad tym, czy jego młodzieńcza decyzja o wyjeździe z kraju nie była błędem. Gdyby nie wyjechał, pozostałby nowofalowcem. Jak Godard. Do końca. Tymczasem powraca. Nie, jednak nie jako Leszczyc, choć krytyka snuje marzenia, chce w Skolimowskim zobaczyć dawnego bohatera „Rysopisu” (1964), „Walkowera” (1965), „Bariery” (1966), zatrzymanego przez cenzurę filmu „Ręce do góry” (1967). Zamiast tego znajduje niezależnego, osobnego artystę. Pogodzonego ze sobą człowieka, który po siedemnastu latach reżyserskiego milczenia ma odwagę mówić o rzeczach głębokich i zaskakujących.


„W Anglii zawsze byłem bloody foreigner, w Malibu – resident alien. Polska jest jedynym krajem świata, gdzie czuję na sobie jakąkolwiek odpowiedzialność” - powie artysta w jednym z wywiadów. Po latach spędzonych w Ameryce, gdzie zajmował się wrzucaniem płócien do basenu i pokrywaniem ich przypadkowymi bluźnięciami farbą, tak lubianymi przez Jacka Nicholsona, wiernego kolekcjonera malarskich prac Skolimowskiego, reżyser coraz częściej spędza czas w Polsce. Akcję swojego najnowszego filmu „Cztery noce z Anną” (2008) umieścił w prowincjonalnym miasteczku, gdzieś na Mazurach. Jedno z jego pierwszych ujęć przypomina obraz. Główny bohater idzie ulicą. Filmowany z góry, jest kropką w miejskim krajobrazie. Kompozycja płaszczyzn, kształtów i kolorów w tym ujęciu wydaje się klasycznie doskonała. W złotym podziale wielka plama brudnego różu – widziany od frontu budynek, znaczony białymi obwódkami wysokich okien, sąsiaduje z mniejszymi, bocznymi płaszczyznami domów w szarościach i brązach, nałożonymi na siebie jak karty w pasjansie. Wieńczy je profil kościelnej wieży. Wielką zasługą autora zdjęć Adama Sikory jest wizualny wdzięk filmu Skolimowskiego. Reżyser podczas gali kończącej XXXIII Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, odbierając nagrodę za najlepszy dźwięk dla swoich francuskich współpracowników, powiedział, że wolałby odbierać nagrodę za wdzięk - dużo wizualnego wdzięku, choć nie jest to wdzięk oczywisty, jak wszystko w tym filmie – pogrążonym w ciemności, ukrywającym się przed wzrokiem.

„Cztery noce z Anną” oglądałam podczas gdyńskiego festiwalu, który w tym roku cieszył się wyjątkowym zainteresowaniem publiczności. Wczesnym sobotnim popołudniem sala kinowa była wypchana po brzegi, ludzie siedzieli na schodach. Oglądanie filmów w takim tłumie mi nie przeszkadza, ale też nie jest obojętne. Akurat takich filmów jak ten Skolimowskiego. Może wolałabym kameralniej? Może wolałabym sama? „(...) jest we mnie ogromna potrzeba izolacji – mówi reżyser w wywiadzie - I to nie jest żadna wymyślona koncepcja, żeby stronić od ludzi. Tak to jakoś wynika z mojej psychiki, a psychiki nie powinno się gwałcić. Pewnie dlatego prowokuję los, żeby mnie w takie sytuacje wyalienowania pakował. Staram się żyć w miarę wolny, nieuzależniony od niczego”. Więc może rzeczywiście lepiej byłoby oglądać ten film w samotności, bo mimo odwagi opowiadania o tak nieatrakcyjnych rzeczach jak platoniczna miłość i to w poważnym nastroju, wiele jest w nim wstydu, zawstydzenia, zażenowania. Opowiada historię Leona Okrasy (Artur Steranko), pracownika szpitalnej spalarni, który spędza cztery noce w pokoju pielęgniarki Anny (Kinga Preis).

Kolejne ujęcia, zaraz po tym, które przypomina obraz. Okrasa kupuje siekierę. Ostrze zawinięte w szary papier. Mijając ludzi, stara się ją ukryć, potem wchodzi do szpitalnej spalarni niczym do jakiejś oświetlonej pełgającymi płomieniami pieczary. Z kubła wyciąga odciętą dłoń, wrzuca ją do pieca. Myje ręce, spoglądając w lustro, a jego twarz filmowana w tym świetle z dziwnej perspektywy jest zdeformowana i przerażająca. Jest tam, w tym swoim podziemnym królestwie trochę obłąkanym mordercą, ćwiartującym ludzkie ciała, trochę Prometeuszem, potem okazuje się garbusem, dzwonnikiem z katedry Notre Dame, Quasimodo. Może tak właśnie widzi siebie w wyobraźni, na różne sposoby, w różnych rolach. Wreszcie zechce urzeczywistnić jeden ze swoich snów, ten, w którym „spotyka się z kobietą”, choć równie dobrze mógłby spotkać się i stoczyć walkę ze smokiem. Ale to nie jest taka prosta historia. O facecie, który miewa sny i kobieta jest specjalna. Skolimowski plącze chronologię, trudno się zorientować, z której strony patrzymy, z którego czasu, co należy do przeszłości i jest tylko męczącym wspomnieniem, jak to poukładać. Z początku ten film się rwie, jak obrazy w głowie Okrasy.

Więc kiedy przyjdzie zastanowić się nad tym, kiedy się to wszystko zaczęło, to chyba jednak owego deszczowego dnia, kiedy rzeką jak Bressonowski osioł płynęła martwa krowa i kiedy Okrasa usłyszał wycie syreny. Takie oznaki. I kiedy został świadkiem gwałtu na tej właśnie specjalnej kobiecie, która być może stała się nią właśnie w tamtej chwili. Gdyby siedział w fotelu, można by powiedzieć, że przerażenie wcisnęło go w fotel. Ogrom przerażenia. Czy miłość może się urodzić w tak skrajnych warunkach? Prawdopodobnie. Wszystko, co wydarzyło się później nigdy już nie było w jego oczach tak straszne. A przecież wydarzyło się wiele.

W centrum opowieści znajdują się cztery noce, które Okrasa spędza w mieszkaniu owej specjalnej kobiety – pielęgniarki Anny. Obserwuje ją przez okno szopy. Dokładnie wie, kiedy będzie spała na tyle mocno, żeby jego obecność jej nie obudziła. Włamie się do jej pokoju. Zmiesza proszki nasenne z cukrem, który ona sypie do herbaty. Co będzie tam robił, w tym dziwacznym, uśpionym kobiecym towarzystwie? Wstrzymywał oddech. Przyszyje oberwany guzik przy jej bluzce. Posprząta po urodzinowej imprezie. Podaruje kwiaty i pierścionek. Naprawi zegar. Wong Kar-wai z podobnego miłosnego fantomu uczynił jeden ze swoich znaków rozpoznawczych. Jednak Skolimowski buduje w swoim filmie inny od reżysera z Hongkongu rodzaj aury, bardziej mroczny, pełen niebezpieczeństw, ale i naiwności, bezsilności, biedy. Posługuje się sposobem opowiadania, który więcej zakrywa, niż ujawnia. Okrasę z innymi outsiderami łączy nieporadność, wrażliwość, milczenie. W niemym geście protestu spali rzeczy po zmarłej babce. Przesłuchiwany, nie potrafi się obronić. Węsząc w poszukiwaniu czułości, będzie się przed nią ukrywać. Jedyny człowiek na Ziemi. Tak bardzo ludzki, że inni ze wstrętem odwrócą głowy.

Ale „Cztery noce z Anną” to bardziej film o ciemnym jądrze miłości, niż o nieśmiałym wyczekiwaniu na życie, które nie przychodzi. Kamuflaż. Trochę maska. Coś z jakiejś głębi tego filmu do nas gada i jest tak inne od wszystkiego dokoła, że za trudne. Przychodzi spoza czasu jak ta historia, która mogłaby zdarzyć się wczoraj i ze sto lat temu. I ma w sobie wiele wdzięku, ale na pewno nie jest to wdzięk niewinny.


„Cztery noce z Anną”, reż. Jerzy Skolimowski, scen. Jerzy Skolimowski, Ewa Piaskowska, zdj. Adam Sikora, muz. Michał Lorenc, wyst.: Kinga Preis, Artur Steranko


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".