Śmierć wydajności!
    wydarzenie kulturalne67 · reportaż60 · Warszawa56 · fotografia18
2010-12-01
Jedną z płaszczyzn festiwalu „Warszawa bez fikcji” była sfera obrazu w reportażu. Spotkanie z fotografią w warszawskiej Yours Gallery 26 listopada 2010 roku odbyło się pod naprawdę wymownym tytułem „Teatr mediów – przesuwanie granic”. W dyskusji wzięli udział fotografowie: Rafał Milach, Adam Lach i Łukasz Sokół, fotoedytor „Gazety Wyborczej” Beata Łyżwa-Sokół i socjolog, medioznawca Jacek Wasilewski. Chociaż wnioski z tej dyskusji nie były nowe, ciekawie było usłyszeć, jak fotografowie wyobrażają sobie nas, odbiorców ich prac. Nawet, jeśli nie jest to do końca pochlebne.

Zdejmowanie rzeczywistości

„Każdy fotograf kłamie. Chodzi o wybór tego kłamstwa” zaczął Jakub Śwircz słowami słynnej fotograf Susan Sontag. Zgodnie z tezą spotkania przedmiotem rozważań miała być rzeczywistość w oczach fotografów. Kiedy jednak Jacek Wasilewski oświadczył, że rzeczywistość nie istnieje, dyskusja przybrała zupełnie inny obrót. Szybko ustalono kilka faktów.

Po pierwsze: dlaczego fotografujemy? „Ludzie bardzo chcą, żeby rzeczywistość istniała, więc chcą ją fotografować” – kontynuował swoją myśl Wasilewski. Według jego teorii fotografujemy rzeczywistość aby skopiować, zdjąć kawałek i stworzyć dokumentację tego, co jest. Skąd wiadomo, że byliśmy na wakacjach w Egipcie – z fotografii. Kiedy jest już zdjęcie, zaczyna się proces powtarzania go na wszystkie sposoby. Ponieważ niemal każdy zakątek świata został już sfotografowany i pokazany w mediach, widz szuka w realnym świecie obrazów, które już zna. Cała turystyka opiera się na takim odtwarzaniu „widoczków”. W ten sposób rzeczywistość kurczy się w zastraszającym tempie. Turyści rzadko chcą widzieć coś innego niż znane z folderów i podróżniczych magazynów widoczki.

Pokazuje to, jak rola mediów, w tym fotografii, zmieniła się na przestrzeni lat. Kiedyś gazety były oknami na daleki świat, pokazywały nieznane światy tym, którzy nie mogli podróżować, często inspirując ich do zwiedzania tego świata. Dziś telewizja, Internet przejęły pałeczkę. Paradoksalnie, im więcej widzimy na ruchomych obrazkach, tym częściej siedzimy w miejscu, podróżując jedynie wzrokiem. Właśnie dlatego fotografia, nazwijmy to umownie, ambitna jest tak potrzebna. Przełamywanie kultu widoczków leży w rękach fotografów, którzy starają się pokazywać znaną rzeczywistość pod innym kątem. Zdaniem gości spotkania fotografia jest czymś zupełnie innym niż zdjęcie, czyli kopiowanie, zdejmowanie rzeczywistości na własny użytek.

Zgodnie ze słowami Rafała Milacha fotografia przeskoczyła do internetu, pozostawiając archaiczną prasę za sobą. Jeśli fotoreporter postanowi wypowiedzieć się indywidualnie, szerzej niż w ramach znanego kodu, przestaje być użyteczny dla mediów. Redakcje prasowe nie mają najczęściej odwagi pokazać czegoś odmiennego niż „widoczki”. Odkąd wszyscy mogą fotografować, wszystkim wydaje się, że znają się na fotografii” – skarży się Beata Łyżwa Sokół, fotoedytor w dzienniku. Ze smutkiem przyznaje, że jej zawód powoli się kończy. Aktualnie o wyborze zdjęcia decyduje redaktor, który najczęściej wybiera „widoczek”, a więc ikonę najłatwiej czytelną dla widza. W tym miejscu doskonale pasuje parafraza znanego cytatu z filmu „Rejs”, że bawią nas tylko te fotografie, które znamy. Fotoreporter ma tylko kilka sekund żeby złapać widza, musi więc zawierać kompromis między indywidualną wizją a językiem kodów, który zapewni nam uwagę odbiorcy. W ten sposób media skonstruowały rzeczywistość społeczną, w której zanika indywidualny odbiór, zastąpiony tym, co powinniśmy wiedzieć i znać: światem ikon, kodów. Co gorsza – świat ten zawęża się w zastraszającym tempie, ponieważ coraz mniej kodów jest dla widza zrozumiałych. Pozostaje zero-jedynkowy świat najprostszych komunikatów. Świat kopii.

Jesteście wierszem idioty, odbitym na powielaczu

Takich słów użył Stanisław Ignacy Witkiewicz w swoim wierszu „Autoportret”. Adam Lach uważa, że warstwa informacyjna i emocjonalna powinna iść w parze w fotografii. Ambitna fotografia reportażowa próbuje dokonać odkrycia, ale widz wcale tego odkrycia nie pragnie. Jakością mediów rządzi przecież kategoria podoba się/nie podoba, a nie głębsza prawda.
„Nie doceniamy dzieła, bo funkcjonujemy w świecie kopii” – podkreśla Wasilewski. Zanikają metafory, zanikają obrazy osobiste, informacja jest coraz bardziej precyzyjna, a wartością staje się wydajność. Liczy się sprzedaż, nie siła przekazu materiału.

„Czasem gazety traktują odbiorcę jak kompletnego idiotę” – uważa Rafał Milach. Wszystko, co wychodzi poza ikonę jest przez wydawców odrzucane automatycznie. Zapominają, że zaletą fotografii jest fakt, że zostaje na zawsze w naszych głowach. Możemy odłożyć niepokojącą książkę i nigdy jej do końca nie przeczytać, ale fotografia jeśli zostaje raz zobaczona, zobaczoną zostaje. Może ewoluować, owocować w naszej świadomości.

W idealnych warunkach fotografia nie uczy o pokazanym miejscu czy sytuacji, ale o nas samych. Dialoguje, jak to zgrabnie wymyślili dyskutujący goście. W ten sposób nabiera wymiaru medytacyjnego. Odbiorca przestaje szukać powiązań ze światem kodów i zadaje sobie pytanie: co mnie porusza w tym obrazie? Dlaczego? Fotografia staje się źródłem autorefleksji. W myśl najstarszych ideałów, taki jest właśnie cel sztuki. A więc czy jedynym wyjściem dla reportera jest przejść do obozu artystów?

Gdyby połączyć głosy fotoreporterów, edytorów, ambitnych wydawców, otrzymujemy krytykę współczesnych mediów. Rysuje się czarny scenariusz. Fotoreporter coraz częściej decydują się na prezentowanie swoich prac na wystawach, w magazynach fotograficznych, coraz rzadziej na łamach prasy. Oskarżają redaktorów, że unikają ambitnych, dużych materiałów reporterskich. Liczy się efekt sprzedażowy z jednej strony, a z drugiej strony materiał musi być tani. Nie ma tu miejsca na ambitny fotoreportaż, na rozmowę z odbiorcą, na refleksje. Tego typu kontakt z widzem staje się możliwy tylko w zaciszu galerii.

Przez kilka kolejnych dni festiwalu tego typu głosy pojawiały się regularnie. Dziennikarze oskarżają odbiorców, widzów o bycie płytkim, być może zbyt leniwym, żeby dokonać autorefleksji. Oskarżają wydawców, że pod wpływem słupka oglądalności pozwalają widzom decydować o jakości materiałów, tworząc błędne koło w świecie prostych kodów. Jaki mamy wybór? Pomysły są różne: przywrócić edukację w dziedzinie estetyki, zaatakowanie widza ambitną fotografią, lub zwyczajne robienie swojej robot w nadziei, że to coś zmieni.

Wszystko to jest prawdą, ale nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to nic nie zmieni z jednego tylko powodu: my, narzekający na wady przeciętnego widza nigdy się za takiego nie uważamy. „MY” jesteśmy inni. Wszyscy inni są tymi leniwymi odbiorcami, ale nie my. „MY” nie musimy się zmieniać.
Więc świat też się nie zmieni.

Artykuł jest podsumowaniem spotkania, które odbyło się w ramach festiwalu „Warszawa bez fikcji” 26 listopada 2010 roku:
„Teatr mediów — przesuwanie granic” (Yours Gallery) udziałem: Rafała Milacha, Łukasza Sokół, Adama Lacha, Beaty Łyżwy Sokół, Jacka Wasilewskiego; prowadzenie: Jakub Śwircz.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Zaproszenie: 2. Festiwal Wybieram Wschód!

Partnerstwo Wschodnie to idea znacznie wykraczająca poza deklaracje polityków i umowy handlowe – to narzędzie integracji europejskiej, most łączący Wschód z Zachodem. Wiara w ten wymiar...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".