Social Media - facebookowa promocja
    społeczeństwo informacyjne15 · społeczeństwo116 · reklama internetowa2 · facebook8
2010-04-28
Czy social media gryzie? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć nie tylko zwykli użytkownicy, publikujący na portalach społecznościwych szczegóły z prywatnego życia, ale również szefowie największych firm i instytucji. Okazuje się bowiem, że w wielu przypadkach - mimo mody na "facebookowe" kampanie reklamowe - nie musi się im to opłacać.

"Kawa z mlekiem. Z tobą bez przerwy." Obok tego hasła w ostatnich miesiącach nie można było przejść obojętnie. Innowacyjnie poprowadzona kampania producenta kawy Maxwell House trafiła w miejsce, które dotąd pozostawało niezagospodarowane - gdzieś między młodych klubowiczów, a bywalców festiwali w rodzaju Open'era. Krótko mówiąc - w "nową" młodzież, dla której bycie cool i trendy nie wystarczy. W kampanii zaakcentowano to, czego młodzi łakną - podkreślania ich indywidualizmu, chodzenia własnymi drogami. Jednak o powodzeniu kampanii zadecydowało użycie facebooka - pierwszy raz na taką skalę w Polsce. Rozdanie tam kubków termicznych za darmo było gestem zbliżającym grupę docelową do marki. Reasumując - wszystko pięknie się udało, młody kawosz, nawet jeżeli nie zmienił od razu przyzwyczajeń, to zauważył produkt do tej pory dla niego niemal anonimowy. To już sukces. Jednak nie zawsze i nie dla wszystkich social media to promocyjną ziemią obiecaną.

Hasło klucz w tym przypadku to "negatywny feedback". Kolejne: "Toyota". Bo ta firma wyjątkowo boleśnie odczuła działanie portali społecznościowych. Dlaczego? No właśnie - jak komunikować się z klientami, którym co dopiero sprzedaliśmy 8,1 miliona samochodów z trefnymi hamulcami? Bo taka historia przytrafiła się Toyocie. Firma nie ma w tej chwili "międzynarodowego" profilu na facebooku (istnieje tylko konto Toyota USA), do tego zatrudnia kilkuosobową grupę monitorująca negatywne opinie o firmie krążące w portalach społecznościowych (na tweeterze ich ilość w czasie nasilenia "kryzysu hamulcowego" sięgała 30 na minutę). Dodatkowo na facebookowej stronie "Toyota USA" nadal (mimo kilku miesięcy, które upłynęły od kryzysu) publikowane są uszczypliwe i cyniczne uwagi dotyczące gigantycznej hamulcowej wpadki.

Jednak nie trzeba patrzeć na daleki wschód, żeby dostrzec nawet boleśniejsze przypadki "socialmediowego" upadku marki. Choć UMCS Lublin marką jest połowicznie - to szkoła wyższa. Niekompetentne zarządzanie wpędziło ją w 60-milionowe długi, co z kolei pchnęło Uniwersytet w stronę cięć etatów - w niesamowicie gęstej atmosferze zwolniono kilkuset pracowników obsługi niższych szczebli - czyli konserwatorów, sprzątaczki, portierów. Nie zbudowało to dobrej marki uczelni, która mimo to postanowiła wystartować z promocją na facebooku. Nie trudno domyślić się, że profil niemal od razu zalała fala niezadowolenia studentów, którzy bez ogródek wyśmiewali plany inwestycyjne niewydolnej finansowo uczelni i wskazywali na skandaliczne zachowanie dziekanatów i sekretariatów w stosunku do siebie. Sytuację dodatkowo zaognił kryzys wokół Akademickiego Centrum Kultury - z którego najpierw został zwolniony wiceszef, animator kultury alternatywnej Szymon Pietrasiewicz, a potem, ponoć przez blokowanie inicjatyw przez rektorat, zrezygnował kierownik - Arnold Deć. Do grupy broniącej prawo do pracy w ACK dla Szymona Pietrasiewicza dołączyło ponad tysiąc osób. Większość była związana z UMCS, wielu z nich przestało "fanować" stronie uniwersytetu, uprzednio zalewając ją niepochlebnymi komentarzami.

Jak widać - nie zawsze się opłaca. Gorąco jest również w mediach. Po pierwsze - publicznych, kierowanych z politycznego stołka, i tych, które zmieniają swój wizerunek, stopniowo odsuwając się od dotychczasowej grupy docelowej. Druga sytuacja gryzie w oczy w przypadku "Przekroju". Sprzeciw wobec obecnej linii pisma nie wygląda ani w jednej setnej tak radykalnie jak to, co dzieje się wokół UMCS-u. Jednak działa efekt kuli śnieżnej - niepochlebny wpis powoduje następne niepochlebne wpisy. Sytuacja szczególne zaostrzyła się w okresie, kiedy realnym zagrożeniem było to, że Grzegorz Hajdarowicz - właściciel pisma - dołączy do swojego katalogu prasowego "Wprost". Jeszcze nieprzyjemniej zrobiło się, gdy odeszli naczelny i wicenaczelny Przekroju. Sytuacja była jednak na bieżąco, choć nie wprost i często ze specyficzną ironią komentowana przez "Przekrój" na facebooku, co, można zaryzykować stwierdzeniem, uratowało pismo przed socialmediową klapą, i pokazało, że redakcja ma dystans do sytuacji - a ten udzielił się również czytelnikom.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".