Steinbach, Sarrazin - impreza nie tylko antypolska
    Steinbach5 · nacjonalizm6 · Niemcy70 · CDU7
2010-09-10
Czy skrajny nacjonalizm ogarnia Niemcy? Co za diabeł wstąpił w kilka osób będących na świeczniku życia politycznego naszych zachodnich sąsiadów, które zaczęły głosić twierdzenia, jakie można uznać za rasistowskie lub wybielające Hitlera? Jak zwykle w podobnych wypadkach odpowiedzi należy szukać w sprawach wewnętrznych państwa, którego rzecz dotyczy. Sytuacja gospodarcza Republiki Federalnej nie jest dobra, a może się stać jeszcze gorsza.

Najnowszy plan cięć wydatków państwowych oznacza dalsze pogorszenie sytuacji zwykłego człowieka w Niemczech, która tak czy owak ledwie daje się wytrzymać, zwłaszcza w odniesieniu do osób trwale bezrobotnych. Hasła skrajnej prawicy i skrajnej lewicy cieszą się coraz większą popularnością, a monopol na władzę tzw. partii mieszczańskich zaczyna być zagrożony. Politycy tych partii zaczęli grać w grę na uprzedzenia. Nie obchodzi ich, że igrają z ogniem.

Nacjonalizm, podobnie jak socjalizm, już dawno temu podzielił się na dwa kierunki. Socjaliści będący przede wszystkim demokratami utworzyli socjaldemokrację. Nacjonaliści będący przede wszystkim chrześcijanami lub konserwatystami powołali do życia ruchy oparte na nacjonalizmie chrześcijańskim. Nacjonalizm chrześcijański, a inaczej zwąc nacjonalizm pozytywny oznacza: nie zabijaj, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Socjaldemokracja i nacjonalizm pozytywny uznają, że ani walka klasowa o wyzwolenie człowieka z nędzy i poniżenia, ani walka za ojczyznę czy też działalność na rzecz własnego narodu nie daje nikomu prawa do wyzucia innych ludzi z ich godności, zabijania bezbronnych, popełniania haniebnych czynów. Ponad klasą robotniczą, ponad własnym narodem stawiają prawo moralne. Niemcy są ojczyzną socjaldemokracji, ale nacjonalizm pozytywny nie zapuścił tam korzeni.

Podyktowane mrocznym przeczuciem zdania wieszcza Ryszarda Wagnera, że jeśli niemiecki patriotyzm polega na biciu innych narodów bez umiaru i miłosierdzia, to nie należy być niemieckim patriotą czy też iż w wypadku nadmiaru patriotyzmu (czyli skrajnego nacjonalizmu) jeszcze tylko religia może uratować obywatela państwa przed zatraceniem pojęcia godności ludzkiej [1], pozostały bez echa. „Naród poetów i filozofów” już za jego życia zaczął się zamieniać w naród wywołujący wojny i prowadzący je bez moralnych zahamowań. Nie pozostało to bez skutków również i dzisiaj. Wystarczy poczytać materiały programowe NPD, aby zrozumieć, że również współczesny niemiecki nacjonalizm jest oparty na takich pojęciach jak krew i ziemia (co wyklucza np. integrację z Niemcami ludzi przybyłych z innych krajów, a także zrzeczenie się byłych niemieckich ziem wschodnich). Religia (lub prawo moralne) może być zgodnie z tym tokiem rozumowania w najlepszym wypadku niechętnie tolerowana, ponieważ stoi na przeszkodzie niemieckim celom narodowym. Jest to pożałowania godne, a w pewnych okolicznościach może się stać niezwykle niebezpieczne dla Europy i świata.

Thilo Sarrazin – młot na Turków

Deutschland schafft sich ab. Wie wir unser Land aufs Spiel setzen tzn. Niemcy się likwidują. Jak ryzykujemy naszym krajem, względnie: Jak ryzykujemy utratę naszego kraju. „Pracownicy wydawnictwa drukują jak szaleni, ale popyt przewyższa najśmielsze oczekiwania.“ – podsumował reakcję niemieckiego społeczeństwa na tę książkę jeden z niemieckich dziennikarzy. „Na platformie aukcyjnej Ebay rozpoczęła się istna licytacja. Jedna z ofert doszła do aż 74 euro” – donosił dalej, nie kryjąc zarazem swego wstrętu i oburzenia. Z jego podsumowaniem – „wielkie pieniądze za byle jaką polemikę” – jednak się nie zgodzę. [2] Co prawda produkowanie opisów pod hasłem: „Niemcy za 100 lat” można uznać za tanią sztuczkę, ale reszta jest śmiertelnie poważna. Autor odwołuje się do prognoz demografów, uwzględnia szereg danych gospodarczych (nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego życiorys, o czym nieco dalej) i przepowiada zakończenie wszelkiego wzrostu gospodarczego w Niemczech około roku 2020. Wskutek tego nie będzie już można rozwiązywać problemów społecznych i gospodarczych Niemiec dzięki podziałowi zwiększającej się ilości dóbr materialnych, „ale tylko przy pomocy ponownego podziału już istniejących zasobów”. (s. 37) Już to samo w pełni tłumaczy wielkie zainteresowanie tą książką, ale na tym nie koniec.

Rozwiązywanie spraw społecznych i gospodarczych przy pomocy ponownego podziału już istniejących zasobów nie będzie się odbywać gładko. Wręcz przeciwnie. Już obecnie w Niemczech przychodzi na świat coraz więcej dzieci w środowiskach odznaczających się wykształceniem i inteligencją poniżej przeciętnego poziomu, podczas gdy w pozostałych (jak nietrudno się domyślić, lepiej wykształconych, zdolnych lepiej wychować swoje dzieci) warstwach społecznych jest coraz mniej potomstwa. Zmiana tej sytuacji będzie praktycznie niemożliwa, ponieważ „problem stanowi nie tyle materialne ile duchowe i umysłowe ubóstwo.” (s. 123). Już teraz ma miejsce zjawisko dziedzicznego ubóstwa. W przyszłości będzie tylko gorzej. Konieczne jest energiczne przywrócenie porządku i wydajności pracy zanim będzie za późno. Bezrobotni dorośli powinni zostać powołani do pracy przymusowej w zamian za świadczenia otrzymywane od państwa. W szkołach należy przywrócić dyscyplinę, co pozwoli na skuteczne nauczenie dzieci przynajmniej czytania i pisania po niemiecku oraz podstaw matematyki. Dzieci z rodzin z trudnościami wychowawczymi powinny przymusowo uczęszczać do szkół z internatem. Należy powiększyć uprawnienia urzędników do karania rodziców za złe (antypaństwowe, aspołeczne) wychowanie dzieci i ograniczania praw rodzicielskich. To nie jest socjalista, to narodowy socjalista (to oczywiście nie znaczy automatycznie: nazista) – dodam od siebie.

Największą sensację wywołały jednak twierdzenia towarzysza Sarrazina w sprawie żyjących w Niemczech muzułmańskich przybyszów z Bliskiego Wschodu. Wypowiedział się przeciw tzw. społeczeństwom równoległym, które jego zdaniem zwiększają zagrożenie terroryzmem oraz stwarzają groźbę „podboju dzięki większej płodności”. Ludność pochodzenia bliskowschodniego musi zostać poddana surowym środkom kontroli i wychowania stosownie do obowiązującej ideologii „społeczeństwa otwartego”, a wzrost jej liczby radykalnie ograniczony. Islam należy uznać za religię niższej kategorii, ponieważ wytwarza „roszczeniowe, obciążające system opieki społecznej, kryminalne, dziwaczne, odznaczające się pogardą dla kobiet postawy życiowe […] w świetle których terroryzm wydaje się rzeczą logiczną.” Szerokim echem odbił się też wywiad pana S. dla „Welt am Sonntag” (niedzielny dodatek do konsekwentnie prawicowej gazety codziennej „Die Welt”), w którym odniósł się do zagadnień rasy i narodowości. Słowa: „wskaźnik inteligencji na jakieś 50 do 80 procent jest dziedziczny” spowodowały oskarżenia tego pana o rasizm. Niemieccy Turcy uznali to za rzecz dowiedzioną. [3] Pod wpływem skierowanej przeciw niemu kampanii Sarrazin podał się do dymisji ze stanowiska członka zarządu Banku Federalnego (niemieckiego banku emisyjnego).

Postać pana Sarrazina (jego kariera) stanowi poważną wskazówkę dla usiłujących dociec, co właściwie dzieje się w Niemczech. Urodzony w Niemczech Wschodnich (1950) dzięki „głosowaniu nogami” przez swoich rodziców stał się obywatelem RFN. Ukończył gimnazjum klasyczne (z łaciną i greką). Nie jest to bez znaczenia. Takie szkoły opuszczali ludzie wychowani w wielkiej dyscyplinie myślenia, o ambicjach przywódczych w duchu konserwatyzmu społecznego, a nie ludzie z ambicjami naprawiaczy świata. Jego kariera polityczna, którą w 1975 rozpoczął w rządzie federalnym jako referent ministerstwa finansów (w tym celu wstąpił do SPD), zaczęła się w okresie, gdy formalnie socjaldemokratyczny kanclerz Helmut Schmidt stał się faktycznym przywódcą nieformalnego sojuszu na rzecz prawa (nie zmienionego od czasów Rzeszy Wilhelmińskiej) i (kapitalistycznego) porządku. Właściwie rzecz biorąc nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym aż do roku 2002, kiedy zaczął głosić swoje tezy, nieprzychylne wobec niemieckich Turków i Arabów. Ci, którzy wiążą to z 11 IX 2001 w Nowym Joru i Waszyngtonie, zapewne nie błądzą.

Tölg, Sänger i Steinbach – młoty na Polaków

Przyznaję się do swoich błędów i biję się w piersi. Nie doceniłem Związku Wypędzonych (BdV). Jako zwolennik pokoju i przyjaźni między narodami wyobraziłem sobie, że wszyscy inni też myślą w ten sposób. Co za błąd! Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto potrafi nas uwolnić od złudzeń. Tym kimś stali się dwaj członkowie Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie z ramienia BdV. Hartmut Sänger – rzecznik ziomkostwa pomorskiego, niezmordowany mimo strasznych lipcowych upałów, przedstawił Niemcom, Europie i światu swoje zdumiewające odkrycia w sprawie przyczyn drugiej wojny światowej. „Wszystkie wielkie mocarstwa” latem 1939 „w zdumiewający sposób dążyły do wojny”, z tym że „szczególnie wojowniczo zachowywała się Polska” oraz oczywiście, perfidny Albion. Anglia „zrobiła z wojny o Gdańsk konflikt ogólnoświatowy”. Poprzedziła to wszystko polska mobilizacja w marcu 1939. [4] No i tak oto biedny Hitler został zmuszony do wojny względnie jak on sam stale powtarzał, wojna została Niemcom narzucona.
To jakiś dowcip?

Jeśli tak, to ten, kto to wymyślił, powinien przeprosić. Jednak nic podobnego. Sängera poparł jego kolega Arnold Tölg, który w podobny sposób mówił już w roku 2000, a na koniec również pani Steinbach, oświadczając, że ona nic nie poradzi na to, że Polska przeprowadziła mobilizację w marcu 1939, bo taki jest „stan faktyczny”. Co prawda, dodała, nie przekreśla to winy Niemiec. Czuję się w obowiązku wyjaśnić tu, że polska częściowa, tajna mobilizacja trzydziestu dywizji piechoty, jedenastu brygad jazdy i brygady pancernej oraz lotnictwa i marynarki wojennej miała miejsce nie w marcu, ale kwietniu i maju 1939. Była to tzw. mobilizacja kartkowa czyli imienne powołanie do wojska (stosunkowo niewielkiej) części rezerwistów w celu przestawienia sił zbrojnych ze stopy pokojowej do stanu podwyższonej gotowości. Biorąc pod uwagę ówczesną nierównowagę sił (zwłaszcza w lotnictwie i broni pancernej) między Drugą Rzeczpospolitą a Trzecią Rzeszą na korzyść tej drugiej, nie stanowiło to najmniejszego zagrożenia dla terytorium Niemiec. Stawianie tej sprawy inaczej jest tak samo niemądre i niesprawiedliwe jak uznanie wojny polsko-bolszewickiej z armią międzynarodowych awanturników Lenina, gwałcącą, rabującą, podpalającą i mordującą Rosję i próbującą zrobić to samo na ziemiach polskich, fińskich, rumuńskich, węgierskich, a nawet w Iranie, za przejaw polskiego imperializmu (tenże Sänger).

Szok i oburzenie czy sprytny podział ról?

Na słowa pani Steinbach jako jeden z pierwszych zareagował ostro i jednoznacznie ujemnie wicekanclerz i minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle: „Dwuznaczne wypowiedzi, podające w wątpliwość ciężką odpowiedzialność Niemiec za wybuch drugiej wojny światowej, są nie do przyjęcia.” Dodał, że szkodzi to poważnie wizerunkowi Niemiec na świecie. Zdaniem niektórych niemieckich środków masowego przekazu „Westerwelle wypowiedział wojnę Steinbach”[5]. Pozwalam sobie w to wątpić. Co więcej, wydaje mi się, że nawet jeśli to prawda, to ta na pozór nie mająca ze sobą zbyt wiele wspólnego para zdąży zawrzeć pokój przed wyborami. W każdym razie tak właśnie zakończyła się w sierpniu poprzednia „wojna na górze” między przewodniczącym FDP a w. w. działaczką CDU.

Tymczasem na posiedzeniu zarządu klubu CDU/CSU w Bundestagu doszło do kłótni między dwiema przyjaciółkami; panią Steinbach i panią Merkel. Przewodnicząca wzięła w obronę przed kanclerką ... pana Sarrazina. Określiła go jako odważnego człowieka, którego nie wolno pozwolić zniszczyć. [6] Poprzedniego dnia Eryka Steinbach wycofała się z zarządu CDU, twierdząc że nie ma tam dla niej miejsca, ale nie z powodu kontrowersji w sprawie rzekomej odpowiedzialności Polski za drugą wojną światową, lecz dlatego, że znalazła się tam zupełnie sama broniąc konserwatywnych wartości.

Sam Sarrazin zapewne dzięki dochodom ze swej książki, która najprawdopodobniej do końca bieżącego roku pozostanie bestsellerem, przeboleje utratę swojego stanowiska w Banku Federalnym. Na pewno będzie mu się powodzić lepiej niż bezrobotnym w Berlinie, którym (jako senator do spraw finansów) doradzał zimą, aby „zmniejszyć ogrzewanie i włożyć jeden pulower więcej”, jeść codziennie kluski itd. Grozi mu wykluczenie z SPD, ale kto to wie... Tak popularny polityk może przecież się jeszcze przydać, a przynajmniej niektóre swoje twierdzenia odwołać. Gorzej będzie zapewne z Muzeum Przeciw Wypędzeniom, któremu odmówiła na dniach poparcia Centralna Rada Żydów w Niemczech – siła też nie bez znaczenia. Nie szkodzi. W ostateczności powoła się nową fundację w tym samym celu. Koniec końców wszystkie te skandale rozejdą się po kościach. No i o to właśnie najprawdopodobniej chodzi.

Z braku „rewolucji od góry” ucieczka do przodu

Pora na wnioski, stanowiące opinię autora tego artykułu. To, co dzieje się w niemieckiej polityce, a czego najbardziej widowiskowym wyrazem stały się książka towarzysza Sarrazina oraz antypolskie wycieczki pani Steinbach i jej kolegów ze Związku Wypędzonych, ma trzy zasadnicze cele: 1) Odwrócić uwagę własnego społeczeństwa od problemów wewnętrznych, z finansami na czele (Steinbach) względnie przedstawić politykę rządu w tej dziedzinie jako właściwą, służącą w dłuższej perspektywie narodowi niemieckiemu (Sarrazin). 2) Uniemożliwić lub przynajmniej opóźnić wejście NPD do Bundestagu „kradnąc” jej najbardziej popularne hasła oraz utrzymać poparcie dla partii mieszczańskich na minimalnym poziomie umożliwiającym legalne sprawowanie władzy (ok. 55 % ważnych głosów oddanych na CDU/CSU, SPD i FDP). 3) Sprawdzić, jak daleko Stany Zjednoczone i Rosja pozwolą posunąć się rzeczywistym ośrodkom władzy Niemiec (wielkiemu kapitałowi i biurokracji) w prowadzeniu samodzielnej polityki zagranicznej.

Jest to jedyna linia obrony, jaka pozostała rzeczywistym ośrodkom władzy oraz reprezentującym ich interesy politykom po niepowodzeniu podjętej przez wicekanclerza Westerwellego próby „rewolucji od góry” (określenie Bismarcka), mającej polegać na poważnym zmniejszeniu obciążeń podatkowych klasy średniej, wciąż jeszcze stanowiącej bardzo dużą część tamtejszego społeczeństwa. Nie pozwoliły na to zobowiązania, które zaciągnęły aż trzy poprzednie koalicje rządowe wobec wielkich banków krajowych i amerykańskich. Ze względu na te zobowiązania rząd w Berlinie jest zmuszony zmniejszać wydatki socjalne oraz poważnie ograniczyć ulgi obiecane średniemu i drobnemu kapitałowi krajowemu.

Jest to zarazem linia ataku na rozszerzające się wpływy rosyjskie w Europie, oznaczająca także nasilenie prób scentralizowania Unii Europejskiej aż do przekształcenia jej w narzędzie interesów niemieckich, francuskich i włoskich, z uwzględnieniem strategicznych celów elit politycznych i gospodarczych W. Brytanii i innych Anglosasów. W najbliższym czasie będą podejmowane próby zablokowania budowy albo skutecznego działania polskiego gazoportu oraz narzucenia niemieckiego pośrednictwa w handlu surowcami energetycznymi między Polską a Rosją. Polityka ta będzie prowadzona z zachowaniem pozorów szacunku i przyjaźni wobec Polski w wykonaniu osób sprawujących władzę w Berlinie, za pośrednictwem osób i organizacji nie powiązanych bezpośrednio z niemieckim rządem. Jedynym możliwym sposobem przeciwstawienia się tej polityce może być dalsze zbliżenie na linii Warszawa-Moskwa, ponieważ elity władzy i pieniądza Federacji Rosyjskiej prędzej czy później zorientują się, że nowa linia pani Merkel (czy też jej możliwego w najbliższym czasie następcy) jest nie do pogodzenia z doktryną Miedwiediewa w sprawach zagranicznych („sytuacja, w której wszyscy mają wpływy u wszystkich”). Innych realnych możliwości niestety nie widać.

Korzystałem:
[1] http://www.aphorismen.de/display_aphorismen.php?search=9&sav=3977&hash=7d571e5c15bad5ef8c4352ce7a1d9e78&page=3
[2] http://www.sueddeutsche.de/geld/hohe-gebote-fuer-deutschland-schafft-sich-ab-viel-geld-fuer-billige-polemik-1.994667
[3] http://de.wikipedia.org/wiki/Deutschland_schafft_sich_ab
[4] http://www.sueddeutsche.de/politik/stiftung-flucht-vertreibung-versoehnung-versoehnen-oder-verhoehnen-1.98218
[5] http://www.ftd.de/politik/deutschland/:eklat-um-kriegsschuldfrage-westerwelle-erklaert-erika-steinbach-den-krieg/50167551.html
[6] http://www.sueddeutsche.de/politik/steinbach-vs-merkel-und-dann-die-polen-und-der-zweite-weltkrieg-1.997611

Komentarzy: 7

ewa
10 września 2010 (17:46)
Bardzo jednostronny artykul
Mieszkam od wielu lat w kraju niemieckojezycznym i majacym podobne problemy jak Niemcy. Zdaje sobie sprawe, ze na wszelkie fale przewalajace sie przez Niemcy, patrzy sie przez pryzmat historii polskiej. Nie wiem, czy tyle lat po wojnie, po dosc duzej zmianie charakteru narodu niemieckiego, po przyznaniu sie do popełnionych win, po sporych probach zadoscuczynienia, mozna patrzec sie na obecna niemiecka dyskusje tylko z polskiego punktu widzenia. Aby ocenic wartosc dyskusji, ktora rozpetala sie po wydaniu ksiazki, nalezaloby troche pozyc w dzisiejszych Niemcach. W Polsce podobnych problemów nie ma, na to jesteśmy zbyt homogenni. Ale przypominam sobie, jakie niesnaski panowały swego czasu w okolicach, gdzie mieszkalo sporo Ukraincow. A przeciez to narod nam pokrewny. Aby ocenic, co sie dzieje w Niemczech, Francji, Austrii, należałoby tam pożyć obecnie. Należałoby zobaczyć, jak w ostatnich latach zmienił się wygląd dużych miast, jak zniknął z ulicy język państwa. Mieszkam w Wiedniu już prawie 30 lat. To nie jest to samo miasto, jakim bylo jeszcze paręnaście lat wcześniej. Całe dzielnice zostały opanowane przez obcokrajowców. Ludzi, którzy nawet w najmniejszym stopniu nie maja zamiaru dostosować się do autochtonów. Ludzi, którzy dobrze potrafią wykorzystać system socjalny, ale nawet nie próbują nauczyć się w dostatecznym stopniu języka swojego kraju gościnnego. Dzis jest wiele okolic miasta, do których na pewno się nie zapuszczę po zapadnięciu zmroku. Przestępczość wzrosła lawinowo. Moja trzyosobowa rodzina była w okresie 6 miesięcy 3 razy na policji, aby zgłosić kradzieże. Czyli każdy z nas. Wśród znajomych praktycznie nie ma nikogo, u którego w rodzinie nie bylo podobnie. Wystarczy wziac pierwsza lepsza gazetę, aby poczytać o rozboju, włamaniach, zorganizowanej przestępczości. Ostatnio zaczynam słyszeć nawet od ludzi, których przez cale lata uznawałam za tolerancyjnych, coraz ostrzejsze słowa przeciwko migrantom. Kiedy miarka sie przeleje, kiedy ludzie wyjdą na ulice, zacznie lać się krew. Gniew obróci sie przeciwko tym, którzy uchodzą za zasymilowanych. Boje sie, ze wtedy i mnie obejmie niechec autochtonow. Sarazzin w swojej książce podaje przede wszystkim fakty. A z tymi trudno jest polemizować. Aby napisać rozsądnie recenzje książki, należałoby ja przeczytać. A to jest trudny temat. Częściowo szokujący. Dający do myślenia. Cala dyskusja na temat książki poszła w tylko jednym kierunku: jaki wpływ na poziom życia maja migranci. Tymczasem to tylko drobny ułamek zawartych w książce problemów. Ale o innych sie nie mówi, bo trudno coś przeciwstawić statystykom np. na temat chybionego wykształcenia, lub jego braku. Na temat wyczerpywania się środków na świadczenia socjalne. Na temat walącego się systemu emerytalnego. Niemcy muszą zaciskać pasa, maja zbyt wybujały system socjalny, po który sięga coraz większa ilość ludzi. Ludzi, którzy do tego koszyka nigdy nie wpłacali i wpłacać nie będą. Tego na dłuższa metę nie wytrzyma żadne państwo. Nikt tez nie rozumie, ze z jednej strony sam musi oszczędzać, z drugiej strony ma ratować tych, którzy oszczędzać nie maja zamiaru. W ostatnich latach Niemcom przybyło w portfelu raptem jakieś 2-3% dochodów. Grecy podnieśli sobie zarobki w tym samym czasie o prawie 50%. Dowiedziono juz dawno, ze 2-3% obcych jest przyjmowane przez społeczeństwo spokojnie, 10% juz trwożnie, przy 20% autochtonne spoleczeństwo zaczyna sie bać, od 30% to napływowi zaczynają nadawać ton. Niemcy nie czuja sie już panami we własnym domu. Ponieważ jednak akurat u nich każdy sprzeciw odbierany jest przez innych jako faszyzm, nazizm czy rasizm (przy czym te określenia traktowane sa wymiennie), wiec przez zbyt długi czas starano sie przemilczać od dawna narastające problemy. O nich rozmawiano, jeżeli już, tylko w kręgach znajomych. Książka rozpętała dyskusje, która powinna rozpocząć się już bardzo dawno. Juz dawno należało wprowadzić jakieś modus vivendi z napływowymi. Może nie doszłoby do dzisiejszej sytuacji. Czy pokazywano w polskiej telewizji, jak odbierał na niemieckiej uczelni dyplom arabski terrorysta, który brał udział w ataku 11.9? Otóż ten nie podał reki kobiecie, mimo ze zrobił to sekundę wcześniej odbierając go od mężczyzny? Czy to jest respektowanie europejskich obyczajów? Czy jest normalne, ze muzułmańskie dziewczyny sa zmuszane do małżeństw? Ze sa mordowane w imię honoru rodziny? W Niemczech to juz powoli normalne. Po 30 latach nie mam ani jednego znajomego wśród Turków, mimo, ze mam ich w pracy sporo. Mam dobrych znajomych wśród wielu innych nacji. Czy to jest normalne? Czy to normalne, ze przez 30 lat poznałam raptem jednego Turka, który opanował doskonale niemiecki? Który studiował? Już z racji zawodowych powinno ich być co najmniej kilkudziesięciu. Jestem przekonana, ze jeżeli w Polsce znajdzie sie podobna ilość migrantów muzułmańskich, nastroje w Polsce będą bardzo podobne. Jestem tez w pełni przekonana, ze jeżeli do Polski sprowadziłoby sie kilka milionów Ukraińców, nastroje takze upodobniłyby sie do panujących w Niemczech. Zwłaszcza, gdyby nowoprzybyli oczekiwali pełnej pomocy spolecznej. Widzimy właśnie, jak reagują Francuzi na rzesze cygańskich grup (cyganskich, nie Romow, czy Sinti, oni sami sie tak nie chcą nazywać). Widzimy, co sie dzieje na włoskiej Lampeduzie. Polecam wiec zapoznanie sie z treścią książki Sarazzina, można już ja ściągnąć przy odrobinie trudu z netu. Uważam, ze lepiej jest otwarcie dyskutować, co można jeszcze - być może - zmienić, niż doprowadzić do rozlewu krwi, gdy kolejno zaczną wygrywać wybory partie zdecydowanie bardziej radykalne, gotowe bronic swoich obyczajów zbrojnie. Czytam ze zdziwieniem coraz liczniejsze wypowiedzi na lamach polskich forów. Wypowiedzi ludzi, którzy nie znają sytuacji za zachodnią granica. Ludzi, którzy zapoznają się z tematem na podstawie pisanych wybiorczo artykułów. Ludzi, którzy, o ile będą osobiście dotknięci problemem, z pewnością będą bardziej radykalnie reagować. Ludzi, którzy pewnego dnia ockną sie i zobaczą, ze mieszkają nagle w obcym ghetto, mimo, ze nie zmienili miejsca zamieszkania. Czekam, az Polska przejmie przyznana przez EU kwotę uciekinierów. Jestem ciekawa, jak sie zmieni ton wypowiedzi w mediach. Polska jest krajem ksenofobicznym, tego chyba nikt nie zakwestionuje. Na razie jednak mozna wytykać palcem innych. Uregulowanie stosunkow z imigrantami, zwłaszcza muzułmańskimi, bo przecież to głownie oni są problemem, spowoduje, ze generalnie odnoszenie sie do obcych ulegnie poprawie, a to powinno byc chyba w interesie polskich obywateli. Każdy temat, który jest prowadzony metoda dyskusji, a nie zbrojne, powinien byc dopuszczalny. Tylko tak można doprowadzać do rozwiązywania konfliktów. Z drugiej strony czekam na dyskusje na temat pozostałych tematów poruszanych w książce. Gdyż te będą kszałtowały późniejszy poziom mojego życia na emeryturze. Podobne problemy ma tez Polska (emerytury, opieka zdrowotna, edukacja), ale i tutaj jakoś nie można dopatrzyć się rzeczowości.

Grzegorz Wasiluk
10 września 2010 (22:00)
Uprzejmie dziękuję za tak rzeczowy komentarz
Nawet się z wieloma rzeczami zgadzam, nawet sam na tym serwisie "popełniłem" kilka artykułów w podobnym duchu (np. Tragedia nielegalnych imigrantów, Z czego będą żyć Niemcy na starość?). Przedmówczyni zadała sobie wiele trudu pisząc taką wręcz polemikę z moimi tezami. Najwyraźniej przynajmniej zasługują na uwagę... Ja jednak wcale nie twierdzę, że książka pana Sarrazina jest głupia, on sam jest krwiożerczym faszystą itd. Ten człowiek trafił swoimi tezami w dziesiątkę nastrojów narodu niemieckiego, ale... I tu moim zdaniem to ale jest ogromne, bardzo dziwne i jakoś tak niepokojąco pachnie idealnie upranymi mundurami oraz świeżą skórą pasów na broń i koalicyjek. Polecam w tym przedmiocie inną książkę: Henryk Grynberg, Historia społeczna Trzeciej Rzeszy. Otóż hitlerowcy zaczęli w bardzo podobny sposób, jak to postuluje pan S. Nie zaczęli bynajmniej od ludobójstwa synów i córek Izraela, ale od wzięcia za twarz owej Unterschicht (najniższych warstw społecznych), które zostały około 1935 albo tak zastraszone, że nikt z nich nie zbił już nawet szyby, albo usunięte na dobre ze społeczeństwa (jak oficjalnie określano ich fizyczną likwidację). Jasne, że nie można bez końca utrzymywać z opieki społecznej iluś tam setek tysięcy muzułmanów mających po siedmioro dzieci i żeniących nastolatków, tak samo jak np. Murzynów w Stanach itd. itp. Tylko że jeżeli zaczniemy mówić, pisać, że to przez genetycznie uwarunkowaną głupotę czarnych, że jedna religia jest dozwolona, a druga szkodliwa... Naprawdę, to już było i ludzie ginęli zakatowani za drutami, palili się żywcem na stosach, popełniano na wielką skalę nieludzkie, potworne czyny, a straszliwym teatrem takich widowisk były właśnie Niemcy i Austria (odnoszę się tu do np. do wojny trzydziestoletniej). Zaś Niemcy, Austriacy, jeśli się rzucą z nożami, kamieniami, pistoletami na meczety, muzułmańską ludność... Ja naprawdę tym narodom źle nie życzę, jestem wielbicielem muzyki Wagnera, miłośnikiem języka niemieckiego itd. Bardzo bym nie chciał, aby nie pomogły spadkobiercom Hohenstaufów nawet samoloty i armaty. Są palące problemy, które trzeba rozwiązać, nawet ostro wziąć się za niektórych ludzi tylko nie według tego toku rozumowania: obcy - nieprzystosowani - aparat przemocy państwa - rozbudowa policji i służb specjalnych - ustawy wyjątkowe - odebranie dzieci - kolumny marszowe pod eskortą - nadzór całodobowy - inwigilacja. Na wszystko co dobre i rozumne, ratunku!

Wojtek Szczupak
11 września 2010 (00:52)
Odpowiedzialnosc spoczywa na imigrantach
Problem jest niesłychanie trudny. Każdy ma prawo do obrony własnej tożsamości. Każdy. Zarówno Niemiec, jak i Arab (Turek, Marokańczyk etc.) Ale mimo wszystko uważam, ze na własnym podwórku demokratycznie wybrana władza ma prawo egzekwować swoje prawa, tradycje etc. A demokratycznie wybrana władza może stanąć w obronie tradycyjnych wartości, tylko wtedy,kiedy zrobi to szybko. Bo za chwile większość może już mieć inny charakter i walczyć o nowe wartości. Wiec prawica Europy się spieszy. Wiem, ze to pachnie brunatno, ale imigranci tez powinni być świadomi konsekwencji swojego nonkonformizmu. Gdyby Polacy, którzy tłumnie najechali GB, kontynuowali masowy proceder zjadania łabędzi, chlania w parkach i sikania po dworcach, to Anglicy wcześniej czy później zwróciliby sie przeciwko nim. Gdyby jeszcze ci Polacy, jak pisze o Turkach Ewa, nie zadali sobie trudu nauki języka, ale świetnie wiedzieli jak wykorzystać socjal, to wcale bym się nie dziwił, gdyby jakiś cwany polityk wykorzystał to aby pociągnąć za sobą wzburzone tłumy. I wcale bym tych Polaków nie bronił. Przyznałbym racje autochtonom. Po co im to dziadostwo? Polacy-imigranci szybko wyczuli rodzące się wrogie nastroje i w jakimś sensie sami zadbali o swoje dobre imię asymilując się, ciężko pracując, dbając o PR i odcinając sie od tzw. "Andrzejów", którzy albo wrocili do kraju, albo zeszli na margines i nie stanowią dużego problemu. Tendencja u niektórych nacji imigrantów jest niestety odwrotna - wręcz nakręcaja sie swoja odrębnością, która często (przy braku wykształcenia i pomysłu na życie) stanowi jedyna wartość, z której sa dumni. Ksenofobia to nieunikniona konsekwencja tego, co się w Europie dzieje. Musimy się z tym pogodzić. I to nie Europejczycy powinni myśleć jak rozwiązać ten problem, ale właśnie imigranci. I to na nich będzie spoczywać odpowiedzialność za ew. przykre konsekwencje. Liderzy tych grup powinni wyjść z inicjatywa. Bo na zaostrzenie prawa antyimigracyjnego i uprzykrzanie życia imigrantom, jak zauważa Ewa i Grzegorz, argumenty się znajdą. Największy problem maja faktycznie Niemcy. Przez to, co nabroili na przestrzeni historii, ciężko im będzie podjąć jakieś stanowcze akcje. Nie pozwoli na to ani niemiecka, anie międzynarodowa lewica. Imigranci są świadomi niemieckiej bezsilności. Kraje sąsiednie wiedzą, że taka sytuacja (sytuacja, o której pisze Sarrazin) osłabia Niemcy, wiec jest im to na rękę. Nie jest przecież tajemnicą, ze "kolorowe" Niemcy wpisują się też w polską rację stanu. Problem w tym, że ciśnienie w tym kotle bez bezpiecznika będzie rosło, aż w końcu wybuchnie.

od autora
11 września 2010 (16:25)
Odpowiedzialność spoczywa również na niemieckim szowinizmie
Turcy i inni robotnicy cudzoziemscy byli potrzebni z powodu braku rąk do pracy w latach 60-tych. Narodziło się pojęcie robotnik cudzoziemski - Gastarbeiter, które po niemiecku wiele mówi. Kiedy w latach 1971-75 w Niemczech zaczął się poważny kryzys gospodarczy i masowe bezrobocie, trzeba było albo podziękować gościom za pracę (za darmo przecież nie pracowali) i odesłać ich do domu obiecując (i oczywiście dotrzymując potem słowa; podpisać układy międzypaństwowe) niemiecki wkład/dodatek do przyszłej emerytury albo podjąć maksymalny wysiłek w celu ich integracji przynajmniej społecznej i państwowej. To drugie oznaczało wymaganie równych obowiązków, ale też nadanie równych praw. Na to Niemcy długo nie mogli się zdecydować, podtrzymując np. prawo o obywatelstwie z roku 1913. Wydalenie "gości robotników" też nie wchodziło w grę, bo kto by sprzątał Niemcom ulice, czyścił szalety, zmywał talerze itd.? Wchodził też w grę czynnik polityczny, który wspomniał przedmówca, ale to był i jest tylko jeden z czynników. Podpalenie kilku meczetów czy też publiczne spalenie Koranu nie zmieni gorzkiej prawdy o paru istotnych sprawach. Czym innym jest odsyłanie muzułmańskich nielegalnych imigrantów zaraz po ich przybyciu, a nawet przechwytywanie ich na morzu (Włochy, Hiszpania), a zupełnie czym innym traktowanie bez końca z góry ludzi, którzy już się urodzili w danym kraju, słabo znają język ojczysty i przyczynili się jako zbiorowość do dobrobytu tego kraju, a jeszcze przezywanie ich lumpenproletariatem, głupkami i obiecywanie im, że poczują na sobie podkute buty w majestacie prawa. To rodzi wściekłość i sieje nienawiść po obu stronach. budując między nimi barykady. Proszę o dalsze komentarze. Dzisiaj spróbuję zacząć i zakończyć przekład tego artykułu na niemiecki. Po opublikowaniu go w języku Wagnera postaram się wspomnieć czytelnikom niemieckim o wnioskach polskich internautów, a tutaj przedstawię jakie będą ewentualne komentarze internautów niemieckojęzycznych.

ewa
11 września 2010 (20:57)
Trzeba zaczac ustanawiac metody wspolzycia.
Ciesze sie, ze dyskusja jest rzeczowa, nie podbarwiona epitetami, jak zazwyczaj sie dzieje w polskich forach. Dziękuje tez, iż moderator zadał sobie bardzo dużo trudu aby poprawić mój pisany tylko niemiecką czcionką tekst na prawidłowy polski. Zdaje sobie sprawę, ze temat jest niesłychanie trudny. Tutaj trudno o dobre rady, rozwiązań nie ma. Każdy ma prawo do własnej tożsamości - to nie ulega wątpliwości- ale ja mam prawo oczekiwać, ze we własnym domu mam prawo zachować moja własną. Zwłaszcza, ze ci, którzy u mnie uważają, ze mogą się zachowywać, jak chcą, u siebie potrafią wyegzekwować ode mnie swoje wymagania. Podobnie jak mój poprzednik uważam, ze odpowiedzialność spoczywa na imigrantach. Twierdze, ze jeżeli się człowiek dobrowolnie decyduje zmienić miejsce zamieszkania, to musi także przyjąć sposób zachowania kraju gościnnego. To nie jest tylko nauczenie się języka, to także przyjecie etykiety, formy zachowań i ich zaakceptowanie. Nawet jeżeli one są zupełnie inne, niż w kraju ojczystym. To także odpowiedni poziom wyksztalcenia. Zgadza się, w latach 70-tych kraje zachodnie pozwoliły na przyjazd wielu Gastarbeiterow. Widziałam w telewizji, pierwszych przyjezdnych witano kwiatami. Ale już wtedy trzeba było się liczyć z faktem, ze za pracownikami przyjadą także ich rodziny. Nie wolno zapominać, ze ci, którzy przyjechali, nie mieli nic do stracenia. Zazwyczaj bez wyksztalcenia, bez dochodów u siebie, bez przyszłości. Pewna ilość pracowników do prostych prac potrzebuje każde społeczeństwo. Ale o ile Jugosłowianie potrafili sie w większości dostosować, to Turcy żyją dziś tak, jak żyli przed dziesiątkami lat u siebie. Przez wiele lat ogłaszano, przynajmniej w Austrii, ze ci ludzie wpłacają do systemu więcej, niż wyjmują. Taka opinia panowała przez cale lata. Bardzo powoli, juz wtedy mieszkałam w Austrii, zaczęto przebąkiwać, ze tak chyba być nie może. Ze osoba zarabiająca niewiele, nie wpłaca aż tyle, aby zrównoważyło to wydatki ponoszone przez państwo na opiekę zdrowotną i dopłaty do wielu dzieci. Rzad przeprowadził odpowiednie badania i ich wyniki były tak negatywne, iz zamknięto je pod klucz. To było na początku lat osiemdziesiątych. Od tego czasu wyniki muszą być one jeszcze bardziej negatywne. W Austrii pracuje około 3,5 miliona ludzi, aż 2,4 miliona nie płaci żadnych podatków, gdyż zarabia za mało. W tej grupie są ci właśnie Gastarbeiterzy (to słowo jest już także znane w języku polskim, wiec nie staram sie go tłumaczyć). O zyskach nie może być mowy. Pewna ilość takich dopłat może przełknąć dobrze prosperujące państwo, ale jeżeli ich ilość zaczyna wzrastać, to system socjalny zaczyna sie łamać. Taka sytuacja panuje od lat. Nasi Gastarbeiterzy, juz w międzyczasie druga, albo nawet trzecia generacja, nigdy nie wyszli z tej grupy. Oczywiście prowadzone sa odpowiednie badania, ale ich wyników prawie nie można poznać. Z tej grupy Gastarbeiterow może 3-4% nie wymaga dopłat z systemu. Ta grupa rośnie w tempie geometrycznym. Na dodatek ciągle wychodzą na jaw fakty, jak sie do systemu socjalnego mozna "zalogowac". Wprowadzono n.p. tzw. eCard dla wszystkich. Z taka karta można odwiedzić lekarza i skorzystać z jego uslug. Wypisane recepty wykupuje sie wtedy za grosze. Zaden lekarz nie sprawdza, czy pacjent jest właścicielem eCard. Wiec te karty wedrowaly po wszystkich możliwych członkach rodziny i znajomych. Leczył sie każdy, kto miał na to ochotę. A kasy zdrowotne produkuja od lat coraz wieksze deficyty. Doplaty na dzieci sa pobierane takze na dzieci, ktore tutaj wcale nie zyja. Ta suma, chyba 170€ na miesiąc, to więcej, niz dochody miesięczne w wielu regionach Anatolii. A dzieci, które tutaj rzeczywiście żyją, stanowią w niektórych szkołach wiedeńskich zdecydowana większość uczniów. Ponieważ maja ogromne deficyty, których już nie są w stanie nadrobić, cierpi na tym reszta klasy. Poziom spada. Wszelkie propozycje, aby dla nie mówiących po niemiecku dzieci organizować własne szkoły, pala na panewce. To byloby przeciez rasistowskie. Ci, ktorych na to stac, posylaja swoje dzieci do szkol prywatnych. O dziwo, do takich szkol chodza tez dzieci najwyższych polityków austriackich, takze tych czerwonych, którzy oficjalnie twierdza, ze w Austrii problemu nie ma. Moj syn takze chodzil do szkol prywatnych, skonczyl takze gimnazjum dla wybitnie zdolnych i teraz studiuje to, co Sarazzin wykazuje w swojej ksiazce jako MINT, czyli wykształcenie konieczne w każdym uprzemysłowionym kraju (Matematyka, Informatyka, Naturwissenschaft - nauki przyrodnicze, Technologia). Maz pracuje na uczelni: nie ma praktycznie muzulmaninow na kierunkach MINT. Dlaczego, jezeli stanowią oni az tak duży procent społeczeństwa? W kraju pojawia sie coraz większa ilosc ludzi, często sprowadzanych przez cale zorganizowane bandy szmuglerów. Ci ludzie doskonale sa poinformowani, jak przeżyć na koszt państwa. Zawsze znajda sie tez ludzie, ktorzy w ramach solidarnosci pomagaja uciekinierom i w ten sposób przedłużają ich pobyt. Historia Arigony Zogaj, która musiała opuścić Austrię po wielu latach, przysporzyła Austrii bardzo wiele zlej prasy. Przeciaganie podan o azyl trwalo wiele lat, na pozytywne rozpatrzenie nigdy nie bylo szans, ona tu praktycznie wyrosla. Jej rozpacz jest zrozumiala. Ale jak tu znalezc wyjscie, jezeli jej pomaga ksiadz, caly szereg ludzi, ktorzy wymagaja humanitarnego podejscia? Nie jestem zle nastawiona do muzulmanow. W samej Turcji bylam chyba z 11 razy. Poznalam tam mnostwo swietnych ludzi, dobrze wykszatconych, zadnych religijnych fanatykow. Ale tacy przedstawiciele nie opuszczaja swojego kraju. Problemem sa wlasnie ci, ktorzy za kazda cene chca sie dostac do Europy. Oni takze u siebie nie maja zadnych szans. To wlasnie tacy imigranci buduja pozniej opinie o swoim rodzie/religii. To najbardziej zagorzali zwolennicy islamu. A religia to osobny rozdzial. Bardzo duzo sie ostatnio zajmuje religiami, gdyz stanowia one w duzej czesci podstawy obecnych konfliktow. Islam przerabia dzisiaj to, co chrzescijanstwo ma na szczescie juz za soba. Ale o ile nasz kosciol bardzo powoli sie zreformowal, to islam na to nie pozwala. Wyznawcy Mahomeda nie moga wierzyc w nic, czego nie doznal ich prorok. Wiec czesc nie wierzy nawet ladowanie ludzi na ksiezycu. Mozna polemizowac z teza, ze to gen, ale fakty mowia za siebie. Der Spiegel okolo roku temu podawal, ze cala spolecznosc arabska nie zglosila do tej pory tylu patentow, ile w jednym roku zgloszono w Hiszpanii. Czy wiec teza, ze od muzulmanow nie mozna oczekiwac niczego tworczego jest pozbawiona podstaw? Oczywiscie, takie tezy gloszone w kraju z przeszloscia, jaka maja za soba Niemcy czy Austriacy, to stapanie jak po szkle. Dlatego tez pewne rzeczy nie moga byc nazwane po imieniu. Dlatego pod dywan sa chowane problemy, ktore musza byc rozwiazane, chociazby dlatego, aby nie doszlo do powtorzenia sytuacji z ubieglego wieku. Narody przez pewnien czas dusza w sobie zlosc, kiedys jednak ta wybucha. Niemcy juz pokazali, ze wtedy takze rozwiazania krancowe potrafia wykonywac z duza precyzyjnoscia. Tego sie boje. Boje sie, ze wtedy nie bedzie rozrozniania na "zasymilowanych" i "niezasymilowanych". Jestem z urodzenia Polka i tak bede odbierana. Moj syn jest "mieszancem", wiec byc moze zadna ze stron go nie zaakceptuje, jezeli powtorzy sie sytuacja sprzed kilkudziesieciu lat. Przeciez do gazu w drugiej wojnie swiatowej powedrowali takze zydzi, ktorzy za walecznosc w pierwszej wojnie otrzymali zelazny krzyz. Ja nie jestem w wieku, ktory pozwoli, aby w razie potrzeby gdzies zaczac zycie od nowa. Im predzej wiec rozpoczna sie zmiany, im predzej spoleczenstwo autochtonne uspokoi sie, tym wieksza bedzie szansa, ze wszystko rozwiaze sie bezkrwawo. Byc moze musze dziekowac, ze kryzys wlasnie teraz dopadl swiat, kiedy - byc moze - da sie jeszcze jakos przepisami cos zmienic na lepsze. Kryzys jeszcze nie skonczyl sie, malo, mysle, ze jeszcze zobaczymy drugie dno, gdyz na razie to tylko zmiany dorazne. Czyli czasy beda jeszcze ciezsze, a wtedy atmosfera jeszcze bardziej stezeje.

od autora
12 września 2010 (16:57)
Aha, jeszcze jedno
Mimo kilkugodzinnego wysiłku w dniu wczorajszym jeszcze nie zakończyłem tłumaczenia na język Schmidta i Kreisky'ego. W niedzielę takiego dużego wysiłku nie podejmuję, ale jutro już powinienem wysłać, bo skończyłem w połowie przepisywania "na czysto". Na razie jesteśmy sami w tej dyskusji, ale jutro, a najdalej pojutrze będzie inaczej. To będzie naprawdę ciekawe, porównać zdania z obu stron granicy.Ja zaś ze swej strony chyba jednak będę zobowiązany poczytać Deutschland schafft sich ab w oryginale.

od autora
30 września 2010 (11:09)
Reakcja czytelników w Niemczech
http://www.online-presseportal.com/politik/steinbach-sarrazin-und-andere-ein-nicht-nur-polenfeindliches-affentheater-7530 Zainteresowanie wyrażone komentarzami okazało się niestety mniejsze niż w Polsce. Właściwie rzecz biorąc był tylko jeden głos, zapytujący mnie grzecznie i konkretnie o to, czy to prawda że II Rzeczpospolita również prowadziła politykę agresji wobec swoich sąsiadów. Odpowiedziałem w równie grzeczny sposób, wyliczając konkretne przykłady, że przejawy "Polski mocarstwowej" trudno nawet określić mianem agresji, a już w żadnym razie nie da się tego porównać z kursem polityki Hitlera w latach 1938-45. Zwyczajnie i po prostu nic w polityce zagranicznej i wojskowej sanacji nie stanowiło zagrożenia dla Trzeciej Rzeszy. Nawet tendencje do ograniczania praw mniejszości narodowych i wyznanionwych dotykały mniejszość niemiecką w stopniu symbolicznym, a to ze wzglęu na posiadane przez nią wielkie pieniądze oraz jej ogromny stopień zorganizowania i wzajemnej solidarności. Na zakończenie streściłem tam nieprzychylne muzułmańskim środowiskom napływowym głosy pani Ewa i pana Wojtka. Próżno czekałem na odpowiedź w tym samym trybie. Redakcja portalu zamieściła jedynie wyniki studium mającego rzekomo obalać wszystkie tezy krytyki Sarrazina. Niestety, sam posiadam stopień naukowy itd. i wiem, że wyniki badań socjologicznych są zależne bezpośrednio od tego, kto, gdzie i w jaki sposób przeprowadza ankiety itd. W przypadku zagadnień politycznych powstaje pytanie, gdzie, kiedy i który jakiś uczony pan albo uczona pani przewidzieli np. dwie wojny światowe i bezmiar wynikłych z nich zniszczeń oraz strat w ludziach, a także związaną z nimi katastrofę dziejową totaliryzmów? Dokonali tego tylko artyści, paru obdarzonych wyjątkową wprost przenikliwością publicystów (np. Bolesław Prus), jeden działacz gospodarczy (Jan Bloch) - ludzie dalecy od akademickiej nauki, jej chramów i jej kłamów.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Co zostało z egipskiej rewolucji?

Bracia Muzułmanie wygrali wybory parlamentarne, ale nie rządzą. Do dziś nie udało się uformować konstytuanty, choć niedługo powinien powstać tekst nowej ustawy zasadniczej. Trzech...