Steve Jobs - odszedł największy celebryta biznesu
    Apple5 · biografie32
2011-10-21
Autor: Otto Katz
Kilka tygodni temu, kiedy Steve Jobs oficjalnie poinformował o swoim ustąpieniu z funkcji prezesa Apple, zaczęto mówić o tym, że skończyła się pewna epoka w świecie nowych technologii. Niedługo później nadeszła szokująca wieść o śmierci amerykańskiego biznesmena. To było na początku października. Teraz zdążyliśmy już odrobinę ochłonąć i można na spokojnie rzucić okiem na błyskotliwą osobę Jobsa.

Steve Jobs i jego dziecko - Ipad, wikimedia, CC, matt buchanan

Legenda

Przed chwilą przeczytaliście o tym, że informacja o odejściu Steve'a Jobsa była szokująca. Jakby się zastanowić, to wcale nie powinna taką być. Fatalny stan zdrowia byłego prezesa Apple nie był żadną tajemnicą. Zresztą właśnie przez związane z tym problemy opuścił wygodny fotel CEO jednej z najszybciej rozwijających się firm na świecie. A jednak, nie znam nikogo, kto na wieść o śmierci Jobsa by się nie zdziwił. Jak to, świat bez Steve'a? To już nie to samo. Z zachowaniem proporcji można by to przyrównać do sytuacji sprzed kilku lat, gdy na łożu śmierci leżał Karol Wojtyła. W pewnym momencie jasne było, że cała sytuacja w niepokojącym tempie zmierza ku nieuniknionemu. I tak jak papież Polak odcisnął swoje piętno na historii naszego kraju i Kościoła, tak Jobs na zawsze zostawił swoją sygnaturę w opowieściach o historii biznesu. Całkiem możliwe, że w przyszłych podręcznikach traktujących o tym, jak należy zarządzać firmą, znajdzie się wzmianka i o nim.

Choć na większości fotografii Jobs wygląda jak dobrotliwy pan w średnim wieku, to w rzeczywistości aż kipiał pewnością siebie, graniczącą wręcz z arogancją. Dodajmy do tego legendarny wręcz indywidualizm byłego prezesa i wrodzoną charyzmę, z jaką potrafił na słynnych już prezentacjach pokazywać nawet najbardziej błahe i zwyczajne funkcje nowych produktów
Co właściwie w Jobsie było takiego niezwykłego? Cóż, sam fakt, że jego nazwisko stało się powszechnie znane, a wizerunek łatwo rozpoznawalny dobitnie świadczy o tym, że zyskał sobie status biznesowego celebryty. Powiedzmy sobie szczerze – nazwiska ilu prezesów wielkich, międzynarodowych firm potraficie wymienić? Na ogół wystarczą palce jednej dłoni. Bill Gates, bo długo był najbogatszym człowiekiem na świecie. Mark Zuckerberg od Facebooka, bo niedawno powstał o nim film. Rupert Murdoch, bo jego News Corp niedawno było bohaterem głośnej afery, przez co musiał zamknąć News of the World. I, poza Jobsem, to już chyba wszyscy.

To brzmi okrutnie, ale jak mocno czyjaś osoba zakorzeniła się w publicznej świadomości, można spróbować zmierzyć tym, ile na jej śmierci można zarobić. Przykłady można by mnożyć. Specjalne wydania płyt Pavarottiego, filmy o Michaelu Jacksonie, czy wspominanym już Karolu Wojtyle – na ich sławie ktoś zrobił świetny interes. Z Jobsem nie będzie inaczej. W kwietniu firma Simon & Schuster poinformowała, że tej jesieni jej nakładem ukaże się pierwsza autoryzowana biografia współzałożyciela Apple, napisana przez Waltera Isaacsona, byłego naczelnego magazynu TIME. Nietrudno zgadnąć, że nie była to najbardziej elektryzująca nowinka na światowym rynku wydawniczym. Aż do 5 października, kiedy zmarł Jobs. Ogromny internetowy sklep wysyłkowy Amazon zanotował wtedy nieprawdopodobny wzrost liczby zamówień przedpremierowych na biografię amerykańskiego biznesmena. Co się tutaj rozumie przez „nieprawdopodobny”? 41 800... procent. Nowa książka w ciągu zaledwie jednego dnia awansowała na sam szczyt listy bestsellerów. I ciągle okupuje najwyższe miejsce, a premierę w wyniku nagłej potrzeby przesunięto z 21 listopada na 24 października.

Wizjoner

Co Steve Jobs zrobił takiego, że jak świat długi i szeroki, wszyscy o nim słyszeli? Stary czy młody, kobieta czy mężczyzna – na pytanie o to, kto do niedawna był prezesem Apple prawie każdy potrafi udzielić poprawnej odpowiedzi. Pytanie brzmi – dlaczego tak jest? Logiczne wydawałoby się stwierdzenie, że wyprowadził swoją firmę z głębokiego kryzysu i pozwolił jej ponownie znaleźć się na szczycie, ucierając nosa wszystkim konkurentom, od Microsoftu, przez Nokię, aż po Google. Ale nie oszukujmy się, co z tego? Ani on pierwszy, ani ostatni. Obecnie największy rywal Apple (a także, o ironio, biznesowy partner), Samsung, też jest w znakomitej kondycji. Foxconn ciągle rozszerza swoje wpływy i zaryzykowałbym stwierdzenie, że każdy z nas ma w domu jakiś sprzęt, który powstał w ich fabryce. ExxonMobil to koncern, który w Ameryce przynosi większe zyski, niż jakakolwiek inna firma. Ale czy kojarzycie z nazwiska prezesa którejkolwiek z tych korporacji? Gdyby, odpukać w niemalowane, jeden z nich nagle zmarł, wiedzielibyście o kogo chodzi? Nie można odciąć sławy Jobsa od sukcesu Apple, to pewne, ale nie jest to jedyny czynnik, a pokusiłbym się nawet o teorię, że nie decydujący.

Co uczyniło współzałożyciela Apple najsławniejszym biznesmenem ostatnich lat? Odpowiedź jest prozaiczna, ale prawdziwa. Niesamowita siła jego osobowości. Choć na większości fotografii Jobs wygląda jak dobrotliwy pan w średnim wieku, to w rzeczywistości aż kipiał pewnością siebie, graniczącą wręcz z arogancją. Dodajmy do tego legendarny wręcz indywidualizm byłego prezesa i wrodzoną charyzmę, z jaką potrafił na słynnych już prezentacjach pokazywać nawet najbardziej błahe i zwyczajne funkcje nowych produktów. Co wychodzi z tej mieszanki? Idealny materiał na celebrytę. I to bynajmniej nie w żadnym negatywnym rozumieniu. Steve Jobs to po prostu osoba, która dzięki swojej osobowości w świetle fleszy prezentowała się znakomicie. A swoimi wizjonerskimi pomysłami potrafił sprawić, że o nim i jego firmie ciągle było głośno. Z charakterystyczną dla siebie przekorą kilkukrotnie udowadniał krytykom i krytykantom, że nie potrzebuje opinii, badań i analityków – sam dobrze wie co robi. I faktycznie wiedział. A to tylko napędzało machinę jego sławy. Bo nic tak nie irytuje szeroko pojętej publiki, jak arogancki, potwornie pewny siebie człowiek pokazujący wszystkim innym, że to oni się mylili. Najbardziej zagorzali przeciwnicy Jobs mogli się przez to nabawić nerwicy.

Najpierw, na początku wieku, Apple szturmem zdobyło rynek odtwarzaczy multimedialnych. Już sama nazwa - „iPod” - budziła tylko politowanie. A tu niespodzianka, mimo tylu zarzutów kierowanych pod adresem kolejnych urządzeń z tej linii ponad 100 milionów sprzedanych egzemplarzy. Tego jednak było Jobsowi mało. Sukces Apple w batalii z potężnymi producentami telefonów komórkowych też dla wielu był mocno wątpliwy. Ale Steve i tym razem wyszedł z tego obronną ręką. Tablet iPad? „Kto dzisiaj potrzebuje tabletu PC?” pytali rozbawieni komentatorzy. Nie było im do śmiechu, kiedy po zeszłorocznej premierze urządzenia nagle okazało, się, że każdy chce takie mieć. Boom na tablety okazał się tak wielki, że kilka innych dużych firm rzuciło się na ten rynek jak sępy.

Swoją drogą, zapowiedź iPada może służyć jako doskonałe podsumowanie kariery Jobsa. Lekko przygarbiony facet w starym polo wsadzonym w spodnie przechadza się po scenie i mówi o tym, że na nowym sprzęcie jego firmy (w praktyce: pół laptopa z ekranem dotykowym) można przeglądać Internet. Niby nic, ale jak on to mówi! Co najmniej jakby w siedzibie Apple w miasteczku Cupertino właśnie opracowali wehikuł czasu albo lek na raka. A ludzie, ci zgromadzeni na sali, w której odbywa się prezentacja i ci oglądający ją w sieci, wpatrują się w niego jak w obrazek i chłoną każde słowo. To nic, że mówi o czymś tak prozaicznym jak możliwość korzystania z tabletu ułożonego w pionie i w poziomie. Ale mówi to Steve Jobs – coś musi w tym być! To niesamowite, z jaką lekkością i łatwością, jak naturalnie były prezes Apple potrafił przekonać ludzi, że są świadkami epokowego wydarzenia, choć oni tylko oglądali nowy komputer. Takim podejściem amerykańskim biznesmen zjednał sobie tylu sympatyków (czy wręcz wyznawców), co zagorzałych przeciwników. Ale z tych drugich nigdy nic sobie nie robił.

Skąd w Jobsie taka charyzma, taka umiejętność przemawiania? Niewykluczone, że z motywacji i silnego przekonania, że to co mówił było esencją jego podejścia do życia. Pamiętajmy, że genialny Amerykanin przez wiele lat borykał się z bardzo poważnymi problemami zdrowotnymi (rak trzustki). Choć o swoim prywatnym życiu nie mówił wiele, to nie bał się stwierdzić, że każdy dzień może być jego ostatnim. Co więcej, właśnie ta świadomość śmierci nakręcała Jobsa. Dawała mu siłę do pracy i do tego, by na zawsze zapisać się w historii. Brzmi to górnolotnie, ale sam prezes Apple mówił o sprawach ostatecznych z wielkim patosem. I jestem przekonany, że teraz w zaświatach śmieje się śmierci w twarz, święcie przekonany, że to on wygrał w tym pojedynku. Doniesienia o mojej śmierci były mocno przesadzone – 3 lata temu takie oto słowa padły z ust Jobsa. Wielka szkoda, że nie pojawi się już na scenie w swoim słynnym polo wsadzonym w dżinsy, by powtórzyć ten cytat z Marka Twaina.




Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".