Stone Temple Pilots
    grunge4 · muzyka rockowa129 · premier3
2010-06-14
Panowie ze Stone Temple Pilots postanowili się jakoś dogadać. Zejść. Nagrać nowy album (zatytułowany po prostu Stone Temple Pilots). Ile w tym prawdziwej chęci reaktywowania kapeli, a ile chęci ratowania własnych budżetów – nie pytam, bo odpowiedź mnie nie interesuje. Interesuje mnie za to album, który – nie będę się z tym krył – zwyczajnie mnie rozczarował.

Okładka Stone Temple Pilots

Nigdy nie byłem jakimś zagorzałym fanem tej formacji. Wiedziałem, że gdzieś istnieją i gdzieś grają. Znałem kilka utworów, ale kiedy gruchnęła wieść że panowie się rozpadają z rozpaczy nie zawyłem. Z zachwytu też nie jęknąłem kiedy panowie do siebie wrócili. Powrót przypieczętowali albumem, z którego najbardziej podoba mi się okładka.

Chociaż wejście mocne: rytmiczny, oparty w dużej mierze na bębnach Between The Lines nie męczy, wręcz nakręca. Podobać się mogą też partie gitary, zwłaszcza zgrana solóweczka. Numer w żadnej mierze nie zaskakuje, ale pozwala mieć nadzieję, że z albumem będzie można spędzić kilka pozytywnych chwil. I tu nadchodzi numer drugi, potem trzeci…
Ciągle to samo: duża rola perkusji, nieprzesadnie melodyjny refren, gitara raczej asystuje niż prowadzi. W Hucklberry Crumble pojawia się ciekawe nawiązanie do bluesa i ładne harmonie wokalne, a nawet solówka po pierwszym refrenie, ale to chyba szczyt szaleństwa jakiego możemy się spodziewać na STP.




Nie mam zamiaru opisywać kawałków po kolei, bo nie dość, że źle się to czyta, to nie ma specjalnego sensu. Płyta prezentuje się dostatecznie równo, by odpowiednie wnioski móc wyciągnąć po przesłuchaniu jednego czy dwóch kompozycji. Są tutaj oczywiście odstępstwa od rockowego 1,2,3,4, w postaci np. ballady czy nawet próba zmierzenia się z brzmieniami iberoamerykańskimi (Samba Nova). Gdzieniegdzie pojawiają się klawisze (chyba najlepszy na płycie, z ciekawym refrenem Dare If You Dare), ale to wszystko za mało. Brakuje tutaj jakiejś bardziej złożonej myśli przewodniej. Nie pomaga nawet fakt, że większość kawałków brzmi bardzo luzacko (mogący kojarzyć się z Red Hot Chili Peppers to dobry tego dowód Hazy Daze). Brakuje tutaj ognia i odwagi. Dla mnie to propozycja wyjątkowo zachowawcza, a przecież po Weilandzie, który ma opinię łobuza i rozrabiaki można było spodziewać się jakichś harców. Rzeczywistość jednak pokazuje, że zamiast harców mamy harcerstwo.

Skoro już przy wokaliście jesteśmy… Specjalnie zostawiłem go na koniec, jest on przecież uważany za jednego z najlepszych wokalistów jacy jeszcze drepczą po ziemi. Ładnie wypada we fragmentach delikatnych, spokojnych, kiedy może trochę pośpiewać w wyższych rejestrach. Gdzie indziej na kolana nie powala, specjalnie się nie forsuje, śpiewa. Po prostu śpiewa: nie drze się, nie robi sobie dobrze swoim głosem. Miejscami brzmi jak Keith Caputo z jego ostatnich solowych dokonań (inna sprawa, że niektóre kawałki brzmią jakby były wyjęte z płyty małego nowojorczyka, vide Maver).

Stone Temple Pilots reaktywował się i nagrał płytę, która starszym słuchaczom przypomni o istnieniu tej załogi, fanów ucieszy, przecież ich ulubieńcy wrócili! Pozostaje zadać pytanie czy jest to materiał, który jest w stanie nakłonić pozostałych do zapoznania się z twórczością STP… Nie wydaje mi się, ale znając Weilanda, i tak się o zespole dowiedzą: wszak on sam potrafi zadbać o zainteresowanie mediów nie gorzej niż niejedna agencja PR.

Mam nadzieję, że – jeżeli panowie przetrwają na okres dłuższy niż jedno płytowy – będą jeszcze w stanie polatać wysoko. Jak na prawdziwych pilotów przystało.


Komentarzy: 2

ovo
28 sierpnia 2010 (11:11)
recenzja?
Jeśli autor tego artykułu nie słucha takiej muzyki ,to po co pisze recenzje???!!!!.Jedna z najlepszych płyt w tym roku,znakomite kompozycje,kapitalna realizacja.Zdecydowanie najlepsza płyta STP. Nie pisz,jeśli nie masz o czymś pojęcia. ps.z reguły nie reaguje na takie artykuły,ale tym razem już nie wytrzymałem....

marila
1 września 2010 (01:58)
recenzja!
Gdyby autor tego artykułu nie słuchał takiej muzyki, toby nie pisał o niej recenzji. Owa ma zresztą ma to do siebie, że prezentuje punkt widzenia subiektywny a z tego co widzę jest on tutaj przedstawiony jasno i klarownie, z taktem i pełną znajomością tematu. Subiektywnie bowiem nie znaczy, że należy rozpływać się nad każdym wydawnictwem ukochanego zespołu -- co najwyraźniej w odczuciu przedmówcy właśnie powinno się czynić w recenzji, lecz by przy użyciu wiedzy, doświadczenia i wykształcenia kierunkowego (muzycznego może?), z odrobiną dystansu do tematu stworzyć tekst mający się przysłużyć czytelnikowi. Niepotrzebne są tutaj wycieczki osobiste - oceniaj tekst, nie autora. A oceniaj pod względem merytorycznym i pragmatycznym, a zobaczysz, Drogi Przedmówco, że znajomość tematu w tym względzie jest wystarczająca. Przeszkodą w ocenie może być brak odpowiednich kwalifikacji i zacietrzewienie. W końcu STP to jedna z najlepszych płyt w tym roku.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".