Mhmmf – wymruczał coś uśmiechając się sympatyczny, na wpół bezzębny malajski dziadzio, pokazując jednocześnie palcem do góry. What?!... 
- Gdzie jedziesz? Do Afganistanu? – spytał przybierając groźną minę uzbrojony po zęby irański żołnierz. – To ty żaden turysta nie... 
Chiński Nowy Rok nazywany Świętem Wiosny to najważniejsze święto w chińskim kalendarzu. Rozpoczyna się właśnie rok Bawołu. Na ulicach... 
Jedziemy już od dłuższego czasu ale kompletnie nic nie wskazuje na to, że za kilka chwil znajdziemy się w wychwalanym przez podróżników i... 
Znajomi, którzy kilka miesięcy temu powrócili z RPA, powiedzieli mi, że po wylądowaniu w Johannesburgu stwierdzę, że standard życia... 
Tuż przed wyjazdem pytałem mojego znajomego, doskonale obeznanego z Indiami, o wszystkie miejsca, które zamierzałem odwiedzić. Gdy dotarłem do... 
Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... 
W czerwcu 1991 roku, gdy miałem niecałe 10 lat nastąpiła erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach. Wydarzenie to wbiło mi się w pamięć z powodu... 
Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... 
W Złotej Świątyni w Amritsarze znajduje się pewna podziurawiona ściana. Gdy, nie zwróciwszy na nią specjalnej uwagi, mijałem ją, podszedł... 
Rok temu na urodziny dostałem cudowny prezent: książkę Tiziano Terzaniego „Powiedział mi wróżbita”. Od tamtego czasu stał się on jednym... 
Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... 
Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... 
Ciekawe jakiej narodowości byliby pasterze, gdyby dziś bieżeli do Betlejem. A raczej – ponieważ pewnie byliby Arabami z Palestyńskich... 
Gruzja
Gruzja przywitała nas bezchmurnym niebem i gorącą temperaturą. Korzystając z tego, zaraz po przekroczeniu granicy udaliśmy się na... 
Ladakh: podniebna kraina
Ladakh to prawdziwa perełka, którą polecam każdemu, kto chce zobaczyć jeden z ostatnich fragmentów wielkiego kulturowego dziedzictwa Tybetu. 
Wyprawa dookoła Sahary, część I
Pierwsza część relacji z podróży land roverem dookoła Sahary. Przygody trzyosobowej grupy odkrywców opisuje Cyprian Pawlaczyk.
Afryka. Taki mały pomysł. Ale realizacja nie będzie taka prosta. Jest nas dwoje - ja i siostra. Nie udaje... 
Phnom Penh (PAP/AFP,AP) - Czterdziestu lat więzienia zażądał w
środę międzynarodowy prokurator William Smith dla byłego członka reżimu
Czerwonych Khmerów Kainga Gueka Eava. 67-letni Kaing, znany jako
"towarzysz Duch", jest od ponad... 
Zestrzelony helikopter wojskowy, śmierć trzech policjantów i 16 kryminalistów – to bilans ostatniego weekendu w Rio de Janeiro. Kiedy mają miejsce tego typu spektakularne wydarzenia, świat przez chwilę interesuje się Brazylią, utożsamia... 
Mamy powody by używać w tym kontekście nazwy „grupa”. Grupa baz nuklearnych wydaje się być faktem. Powołując się na dane przesłane z satelity KH 22, w prowincji Fujien (Fukien) leżącej na południowym wschodzie Chin, znajduje się... 
Liban - kraj bogaty różnorodnością
Liban zwykł być turystyczną potęgą, a jego rozwinięty sektor bankowości i mieszanka religijna mieszkańców zdobyły mu już kilkadziesiąt lat temu miano Szwajcarii Bliskiego Wschodu. Jednakże burzliwa historia tego kraju i jego niestabilna... 
Gambia: ptasi raj w sercu Afryki
Kilkaset gatunków ptaków na wyciągnięcie ręki. Nikt ich nie łapie, nikt do nich strzela, nie płoszy. Fikcja? Nie to ptasi raj w samym sercu... Afryki. To Gambia. 
Gruzja
Gruzja przywitała nas bezchmurnym niebem i gorącą temperaturą. Korzystając z tego, zaraz po przekroczeniu granicy udaliśmy się na plażę. Chcieliśmy trochę odpocząć po długiej jeździe autobusem, oraz zjeść wreszcie arbuza wiezionego z samego Istambułu, który zaczynał nam już ciążyć.
Jeszcze na długo przed wyjazdem wiele słyszałem o gruzińskiej gościnności, z której słynie ten kraj i bardzo szybko przekonałem się jak wiele jest w tym prawdy. Gdy tylko zaczęliśmy rozkładać się z arbuzem na karimacie właściciel plażowej restauracji, zaprosił nas do siebie i zaproponował, żebyśmy zjedli sobie arbuza „kulturalnie” i spokojnie przy stoliku.
Stopa do Batumi złapaliśmy w dwie minuty. Miasto urzeka przede wszystkim swoim położeniem, wśród wzgórz, na brzegiem Morza Czarnego. Szczególnie ładne widoki rozciągają się podczas spaceru plażą. W sezonie przyjeżdża tu mnóstwo turystów z całej Gruzji, a także z zagranicy. Pierwszy raz od wyjazdu poczułem się tam, trochę tak jak w Polsce, nad Bałtykiem. Z tą różnicą, że plaża w Batumi jest kamienista, natomiast woda dużo cieplejsza. Wieczorem w Batumi zaczyna się istny „pokaz mody”. Tłumy ciągną na promenadę, położoną wzdłuż plaży, gdzie zaczynają się koncerty i dyskoteki. Życie nocne kwitnie na całego, może nawet bardziej niż w Istambule.
Czytaj pierwszą część reportażu z wyprawy: Stopem na Kaukaz i do Iranu
My spędziliśmy w Batumi niestety tylko jeden dzień. Było przed nami jeszcze tyle ciekawych miejsc do zobaczenia i baliśmy się czy wystarczy nam na wszystko czasu. Nie zwiedziliśmy więc żadnych muzeów polecanych w przewodniku, ani nawet słynnego ogrodu botanicznego. Z jednej strony żałuję, ale z drugiej strony wydaje mi się, że zdążyliśmy poczuć prawdziwą atmosferę tego miasta. Noc spędziliśmy rozbijając się namiotem na plaży. Trochę bałem się tego czy nikt nas nie okradnie w nocy, bo choć staraliśmy się znaleźć miejsce najmniej rzucające się w oczy, to i tak było to jedynie 15 metrów od promenady, którą całą noc chodziło mnóstwo osób, a i plażą spacerowało wielu ludzi. Zrobiliśmy tak głównie dlatego, ponieważ szkoda nam było wydawać 15 USD na hostel. Niby nie jest to dużo, ale w swoim budżecie miałem zaplanowane jedynie około 10 USD na dzień. Czas pokazał, że był to dobry wybór. Szczególnie przyjemną atmosferę stworzyła grupa młodych Gruzinów z gitarami, którzy rozsiedli się niedaleko naszego namiotu.
Bardzo często brak pieniędzy, skłania nas do robienia rzeczy których normalnie byśmy nie zrobili. Ze strachu, z wygody, lub po prostu dlatego że nie przyszłoby nam to do głowy. Dlatego choć wydaje się, że cienki portfel jedynie ogranicza nasze możliwości, to tak naprawdę nie raz zwiększa on wyobraźnię zmuszając do szukania rozwiązań innych, nietypowych. Normalnie raczej nie zdecydował bym się na rozbicie namiotu praktycznie w centrum tak dużego miasta, a tak był to jeden z najlepszych wieczorów całego wyjazdu.
Kolejnym celem naszej wyprawy było skalne miasto Wardzia. Bardzo szybko złapany pierwszy stop miał nas podwieźć jedynie około 20 km od Batumi. Jednak kierowca i jego towarzysz zaczęli nas wypytywać dlaczego nie jedziemy autobusem. Ani ja, ani Hania nigdy nie uczyliśmy się rosyjskiego, więc nie chcieliśmy wdawać się w dyskusje typu „taki jest nasz sposób podróżowania”. Krótko odpowiedzieliśmy więc, że nie mamy pieniędzy. Nasi towarzysze wymienili kilka zdań po gruzińsku, po czym zaczęli zawracać. Okazało się, że postanowili zawieźć nas na stacje i kupić nam bilety. Z jednej strony było mi trochę głupio przyjmować od nich te bilety, z drugiej nie bardzo mogliśmy się już wycofać. I tak, po raz pierwszy doświadczając prawdziwej gruzińskiej gościnności (o której choć wiele sobie wyobrażałem, to ta sytuacja przerosła moje wszelkie oczekiwania) ruszyliśmy „w Gruzję”.
Ponieważ nasz bus jechał całkowicie naokoło, trasą dwa razy dłuższą, na miejsce dojechaliśmy, gdy było już całkiem ciemno. Było to około 25 km. od skalnego miasta. Kierowca, który jechał dalej główną drogą, zaproponował podwiezienie do oddalonego o 20 minut drogi miasta, gdzie moglibyśmy zostać w hotelu na noc, a następnego dnia dojechać do Wardzi taksówką. Ostrzegł jednocześnie, że tutaj jest niebezpiecznie spać w namiocie, ponieważ pełno tu wilków. Trochę mnie te wilki przestraszyły i zaczynałem się zastanawiać czy faktycznie nie pojechać do hotelu, przy czym minę musiałem mieć wtedy dość głupią, bo kierowca uznając, że nie zrozumiałem dorzucił „no dzikie sabaki” z czego wszyscy w autobusie mieli dużo śmiechu. Zdecydowaliśmy się jednak wysiąść i rozbić namiot gdzieś w okolicy. Na szczęście okazało się, że te wilki to w rzeczywistości po prostu bezpańskie psy, ale bardzo spokojne.
Następnego dnia dotarliśmy do Wardzi. Jest to miasto wydrążone w skale, które kiedyś mogło pomieścić podobno nawet 60 tys. osób. Kompleks niegdyś cały ukryty, na skutek trzęsienia ziemi, został częściowo zniszczony, dzięki czemu dziś widoczny jest już z daleka. Wardzia zrobiła na mnie duże wrażenie. I to zarówno ze względu na samą budowlę, jak i przez swoje malownicze położenie. Sam dojazd tu, to nie lada atrakcja. Zwłaszcza, że jechaliśmy rozklekotaną ciężarówką po drodze gruntowej, pełnej kamieni, po stromym zboczu, skąd można było oglądać leżące 20 metrów niżej, w rzece, wraki samochodów. Całe szczęście nasz kierowca sprawiał wrażenie osoby która dobrze wie co robi.
Kolejnym punktem naszej podróży był Park Narodowego Borżomi-Karagauli. Chcieliśmy pochodzić trochę po górach, a Park Borżomi wydawał się idealny do tego celu. Góry sięgają tu 2600 m n.p.m. i, jak wyczytałem, jest tam wiele rzadkich gatunki flory i fauny. Plan był następujący. Po dojechaniu do Parku, podejść jakieś 1,5 godziny pod górę, znaleźć miejsce z pięknym widokiem, rozbić tam namiot i relaksować się do wieczora. Następnego dnia, biorąc ze sobą jedynie coś do jedzenie i picia, wejść na grań, zrobić mnóstwo zdjęć zapierających dech w piersiach, po czym zejść wieczorem do namiotu na kolację, a nastepnego dnia zejść do drogi i pojechać dalej. Niestety z całego tego misternego planu, udało się zrealizować jedynie jego pierwszą część. Po godzinie drogi od szosy, znaleźliśmy polanę z piękną panoramą. Jednak następnego dnia, po dwóch godzinach marszu, droga zaczęła powoli zanikać przemieniając się w chaszcze pełne pokrzyw. Musieliśmy dać za wygraną i wrócić. Także żadnymi nowymi widokami nie udało nam się nacieszyć, ponieważ las jest tam bardzo gęsty. Jeszcze tego samego dnia byliśmy w Gori i pewnie żałował bym, że zdecydowaliśmy się jechać do Parku Borżomi i stracili przez to cały dzień gdyby nie Gruzini spotkani w Parku pierwszego dnia.
Kiedy rozbiliśmy namiot na wspomnianej łące zgodnie z planem zajęliśmy się pięknym nic nie robieniem. Jednak już po godzinie rzeczywistość z powrotem do nas zastukała. Nie mieliśmy wiele wody, a nigdzie w pobliżu nie było widać ani słychać żadnego strumyka. Zdecydowaliśmy się więc pójść do położonego w dole samotnego gospodarstwa rolnego. Gospodarze przyjęli nas bardzo życzliwie i od razu wskazali kran z wodą. Gdy już mieliśmy wracać gdy gospodarz zaproponował żebyśmy zostali na kolacji. Bez namysłu przyjęliśmy zaproszenie, bo tak naprawdę już od samego wjazdu do Gruzji marzyłem, żeby znaleźć się na gruzińskiej kolacji i wysłuchać słynnych gruzińskich toastów. Co prawda przyszło nam czekać prawie dwie godziny, bo gospodarze musieli dokończyć swoją pracę, ale warto było. Kolacja była pyszna, mimo że nie składała się z niczego specjalnego. Głównym daniem była potrawa zrobiona z bakłażanów i pomidorów, do tego biały ser i chleb, arbuz i oczywiście wino. Widać było, że Ci ludzie nie mają dużo, ale dzielą się wszystkim tym co mają. Nie zabrakło także wspomnianych toastów, które były jednak krótkie, oraz rozmów o rodzinie i polityce. Gospodarz opowiedział nam jak to będąc małym dzieckiem, myślał że ponieważ w Gruzji wiele nazwisk kończy się na „dze”, kamikadze również był Gruzinem. Bardzo wtedy żałowałem, że nie znam rosyjskiego i nie mogę spytać tych ludzi o to, o co bym chciał, ani zrozumieć wszystkiego tego, co chcieli mi powiedzieć. Najtrudniejszy był jednak powrót do namiotu. Było ciemno, a nam szumiało w głowach. Gdyby nie latarka, którą nam pożyczyli pewnie w ogóle byśmy nie doszli, a tak jedynie trochę pobłądziliśmy.
Do Gori dojechaliśmy pod wieczór. Nie było już czasu na zwiedzanie twierdzy, ani muzeum Stalina. Zrobiliśmy więc tylko zakupy i ruszyliśmy w stronę kolejnego skalnego miasta Upliscyche. Ponieważ słońce już zachodziło zamierzaliśmy jedynie wyjść z Gori, i znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotu, a do Upliscyche pojechać następnego dnia. Gdy już prawie wyszliśmy z miasta, zatrzymał się przed nami kierowca w bardzo starej Ładzie. Kierowca zapytał się nas czy jedziemy do Upliscyche i zaproponował podwiezienie. Samochód był naprawdę bardzo wiekowy. Miałem wrażenie, że przy mocniejszym trzaśnięciu drzwiami rozleci się kawałki. Po dojechaniu na miejsce nasz kierowca zaproponował nam żebyśmy zostali u niego na noc. W nocleg „wliczone” było oczywiście również zaproszenie na obiado-kolację wraz z winem. Naszą obecnością bardzo zaciekawiony był szwagier gospodarza, którego ciekawiły różne akcesoria podróżnicze. Oczy najbardziej mu się zaświeciły gdy zobaczył jak wyjmuję i rozkładam swój śpiwór. Potem w nocy gdy smacznie sobie spaliśmy przychodził do nas na krótkie pogaduszki i częstował owocami. I tak najedzeni, acz nie bardzo wyspani następnego dnia poszliśmy zobaczyć skalne miasto. Upliscyche jest ciekawym miejscem, ale dużo większe wrażenie zrobiła na mnie Wardzia.
Jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy do Tbilisi. Przed wyjazdem czytałem o tym mieście same dobre opinie, jednak mnie ono trochę rozczarowało. Szczególnie główna Aleja Rustaveli, która jest tak głośna, że myślałem tylko o tym jak najszybciej uciec gdzieś daleko od niej. Niepowtarzalną atmosferę miasta można natomiast poczuć zapuszczając się w uliczki Starego Tbilisi i podziwiając, niestety trochę zniszczone już i zaniedbane, ale bardzo ładne kamienice. Spędziliśmy w Tbilisi dwa dni. Planowaliśmy wyrobić tam sobie wizy do Azerbejdżanu ponieważ wyczytaliśmy, że w Tbilisi do ich wyrobienia nie potrzeba mieć żadnego zaproszenia. Okazało się jednak, że przepisy się zmieniły i ujednoliciły dla obywateli z krajów Uni Europejskiej. Obecnie, niezależnie od tego czy wyrabia się wizę w Warszawie czy gdzie indziej, trzeba mieć wspomniane zaproszenie. Dodatkowo wiza zdrożała do 60EUR. Zrezygnowaliśmy więc z wyjazdu do Azerbejdżanu, tym bardziej że i tak planowaliśmy spędzić tam tylko trzy dni.
Opuszczając Tbilisi wiedzieliśmy, że jeszcze przynajmniej raz tam wrócimy. Wyjechaliśmy z miasta nie stopem, ale busem, który zawiózł nas do oddalonej o 15 km. starej gruzińskiej stolicy Mcchety, gdzie znajduje się najważniejszy zabytek gruzińskiej kultury, katedra Sweti Cchoweli. Stamtąd udaliśmy się, już stopem, w podróż Gruzińską Drogą Wojenną do miejscowości Kazbegi położonej poniżej góry Kazbek. Ze względu na rozciągające się krajobrazy, przejazd tą drogą jest przeżyciem, którego nie sposób zapomnieć. Przez pół trasy siedziałem z aparatem przy oknie. Robienie zdjęć było o tyle łatwe, że trasa prowadzi przez przełęcz położoną na wysokości 2370 m n.p.m. i droga jest miejscami bardzo kręta i stroma, przez co samochód jedzie dość wolno.
Wyjeżdżając w tą podróż miałem w głowie trzy miejsca, na których najbardziej mi zależało. Po jednej W Gruzji, Armenii i Iranie. Pamiętam, że oglądając jeszcze przez wyjazdem zdjęcia z tych miejsc nie mogłem wysiedzieć przed komputerem i już chciałem tam być. To właśnie w oparciu o te miejsca organizowałem podróż. W Gruzji takim miejscem był kościół Tsminda Sameba, położony na wysokości 2170 m n.p.m, godzinę drogi od Kazbegi. Całą moją podróż po Gruzji przyświecała mi myśl dotarcia na szczyt góry na której znajduje się klasztor i rozbicia tam namiotu. Jednak jednocześnie obawiałem się czy miejsce to dorówna moim wyobrażeniom. Dorównało, a nawet było lepiej niż sobie wyobrażałem. Klasztor leży w prawdziwie magicznym miejscu. Najbardziej niesamowicie jest pod sam wieczór lub rano, kiedy nie ma jeszcze żadnych turystów, a spotkać można jedynie pasące się stada koni lub krów. Niestety nie mieliśmy szczęścia do pogody. Co prawda nie planowaliśmy wejść na sam Kazbek, a jedynie podejść pod lodowiec, ale i to się nie udało. Z drugiej strony, burza która spotkała nas pod kościołem dodała krajobrazowi jeszcze więcej uroku.
Ze smutkiem opuściliśmy Kazbegi i udaliśmy się w stronę Kacheti, regionu znajdującego się na wschodzie Gruzji. Noc złapała nas jakieś 50 km za Tbilisi. Rozbiliśmy namiot na trawie, niedaleko drogi. Wiedzieliśmy, że wokół rozciąga się czyjeś pole, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Wystarczyło wstać razem ze wschodem słońca, nim ktokolwiek by nas zobaczył. Tak też nastawiłem budzik. Jednak byliśmy na tyle śpiący, że rano gdy zadzwonił przestawiłem go tylko i spaliśmy dalej. Nie długo. Nagle obudziłem się słysząc jak ktoś próbuje się dostać do naszego namiotu. Jak się okazało, był to pan... z widłami. Był bardzo zaskoczony naszą obecnością. Na początku był też dość podejrzliwy, ale gdy wszystko mu wytłumaczyłem zaczął się z nas śmiać i powtarzać „o chytry ty”.
Szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zatoczyliśmy po Kacheti mała pętlę zwiedzając największe zabytki regionu. Na noc dojechaliśmy do malowniczo położonego miasteczka Signagi. Miejscowość ta nie przypomina innych gruzińskich miasteczek, a raczej portugalskie, czy hiszpańskie. Jest bardzo zadbane, utrzymane w takiej różowej kolorystyce. Jest też bardzo ładnie położone. Z Signagi roztacza się cudowny widok na całą Kachetnię, na góry Kaukazu, za którymi znajduje się już Czeczenia. Również tam pomogła nam gruzińska gościnność. Gdy szukając miejsca na rozbicie namiotu szliśmy ulicami Signagi, zaczepił nas policjant i spytał gdzie zamierzamy spać. Gdy dowiedział się o naszych planach rozbicia namiotu, zaproponował gościnę u niego w hotelu, który właśnie budował. Hotel był jeszcze cały zakurzony i praktycznie pusty w środku, ale dzięki temu mogliśmy bezpiecznie zostawić bagaże i podładować wszystkie baterie. Nasz gospodarz dał nam klucze i powiedział, żebyśmy następnego wyjeżdżając zostawili je na komendzie. Spotkaliśmy go ponowie jeszcze tego samego dnia podczas wieczornego spaceru. Zaprosił nas do winiarni swojego przyjaciela, który poczęstował nas winem. Czasami zdaje mi się, że gruzińska gościnność nie zna granic.
Następnego dnia udaliśmy się do klasztoru Dawid Garedża. Stopa w Gruzji łapie się bardzo łatwo. Prawie nigdy nie czeka się dłużej niż kwadrans. Jednak Klasztor ten oddalony jest około 30 km. od głównej drogi i jakieś osiem od najbliższej wioski, przez co dojeżdżają tam praktycznie jedynie samochody z turystami. Mimo tego, dość szybko udało nam się dojechać na miejsce i to w dodatku z dwoma arbuzami, które otrzymaliśmy w prezencie. Ostatni odcinek trasy pokonaliśmy dzięki dwóm Polakom, którzy podróżowali po Gruzji wynajętym samochodem. Droga do klasztoru przypomina trochę mongolskie stepy. Sam klasztor znajduje się na zboczu góry, z której widok rozciąga się na Azerbejdżan. Obok klasztoru Tsminda Sameba jest to moim zdaniem drugie miejsce, które każdy turysta zwiedzający Gruzję powinien obowiązkowo zobaczyć. Jedynie co zagłuszało ciszę, niestety całkowicie, był bardzo silnie wiejący wiatr, który nie ustępował przez cały dzień. Wiatr był tak silny że stawianie namiotu byłby bez sensu. Zdecydowaliśmy się więc przenocować w jaskini. Wiało całą noc i uspokoiło się dopiero nad ranem. Najwięcej problemów mieliśmy z wyjechaniem z klasztoru. Pierwszy samochód pojawił się dopiero o 11. Byli to oczywiście turyści, którzy po przyjechaniu spędzali tam jeszcze ponad 2 godziny. Dodatkowo wszystkie przyjeżdżając samochody były prawie pełne i mogły zabrać tylko jedną osobę. Musieliśmy się więc z Hanią rozdzielić i spotkać dopiero przy głównej drodze.
Do Iranu przez Armenię: Stopem na Kaukaz i do Iranu,Armenia
Tego samego dnia dotarliśmy do Tbilisi, gdzie umówieni byliśmy z czwórką Polaków, którzy właśnie przyjechali do Gruzji. Oni także dodarli do Gruzji stopem. Poznaliśmy się przez Internet, a potem spotkałem się z nimi w Warszawie, tego samego dnia kiedy zaczynałem swoją podróż. Od tego czasu byliśmy w kontakcie smsowym. Ponieważ wszyscy byliśmy głodni, od razu udaliśmy się do restauracji która specjalizuje się w typowo gruzińskiej potrawie – chinkali. Są to pierogi o specyficznym kształcie. Mogą być z mięsem, ale też z serem, ziemniakami czy grzybami. Każdy zamówił więc kilka chinkali, oraz gruzińską lemoniadę Kazbegi. W takich warunkach podjęliśmy decyzję, że następnego dnia wszyscy, całą naszą szóstką, pojedziemy do Armenii.
Agata
8 luty 2010 (15:30)
Tekst obudzil wspomnienia... Chce znow jechac do Gruzji! =)
Marta Minakowska
3 luty 2010 (19:53)
Wow, widoki rzeczywiście niesamowite!
Andrzej
3 luty 2010 (13:22)
zdjęcie nr 11....ten klasztor w skale...
Prawicowi przywódcy Izraela nie próżnują w wymachiwaniu szabelką przed oczami swoich arabskich sąsiadów. Na początku 2010 roku doszło do wymiany gróźb między Jerozolimą a...
Kiedy idę do kawiarni czy restauracji w Polsce, zdarza mi się być obsługiwanym przez osobę w moim wieku. Mamy zupełnie inny status – ja klienta, ona pracownika. W tej chwili...
Od czasów Johna Maynarda Keynesa banki centralne na całym świecie wielokrotnie musiały walczyć z zagrożeniem zbyt wysokiej inflacji. W Europie i Stanach Zjednoczonych z pewnością...