Subiektywny przegląd wydarzeń filmowych 2010 roku
    podsumowanie 5 · kino europejskie18 · film dokumentalny38 · festiwal filmowy86
2011-01-21
Każdego kinomana radością napawa fakt, że ostatnia dekada stała się w Polsce symbolem rozwoju festiwalowego życia. Dziś to już norma, że polska publiczność ma dostęp do filmów prezentowanych na międzynarodowych festiwalach, a różnorodność propozycji przyprawia o zawrót głowy. Poznajemy odległe kinematografie, wracamy do wciąż pulsujących historycznych źródeł, z łatwością przekraczamy granice kina i sztuki. Oto subiektywny i cząstkowy przegląd wydarzeń filmowych 2010 roku.

DEBIUTY

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Rotterdamie, świętujący właśnie czterdziestolecie, stał się kuźnią młodych talentów, a co za tym idzie - ważnym punktem na selekcjonerskiej mapie. W głównym konkursie są tam pokazywane debiuty i drugie filmy twórców z całego świata. Zeszłorocznym laureatem VPRO Tiger Award był m.in. film „Agua fría de mar” Paz Fábregi, który znalazł się potem w konkursie festiwalu kina niezależnego Off Plus Camera w Krakowie. Młoda reżyserka z Kostaryki nad scenariuszem pracowała w amerykańskim Instytucie Sundance, powstał z niego subtelny, intrygujący film z tajemnicą. „Agua...” ma dwie bohaterki – siedmiolatkę Karinę, spędzającą lato z rodziną pod namiotem na plaży oraz dwudziestoletnią Marianę, która z chłopakiem, za którego niebawem wyjdzie za mąż, zatrzymuje się w nadmorskim hotelu. Spotykają się przez przypadek, dzieli je wiek i pochodzenie. Samodzielna Karina znika od czasu do czasu z obozowiska rodziców, po prostu idzie przed siebie, nocuje w wysokich trawach przy brzegu. Mariana znajduje ją tam, myśląc, że dziewczynka potrzebuje pomocy, wymaga opieki. Karina zmyśla historię swojego życia, dodając mu dramatyzmu. Uwodzi swoją „wybawicielkę”, bawi się jej zaangażowaniem, wreszcie bez słowa odchodzi. Dla Mariany staje się kimś istotnym, katalizatorem wewnętrznego przebudzenia.

Innym wyjątkowo wyrazistym zeszłorocznym pełnometrażowym debiutem był film Argentyńczyka Sebastiána Diaza Moralesa, artysty wizualnego, wystawiającego swoje prace w największych galeriach świata. „Droga między dwoma punktami” (El Camino Entre Dos Puntos), pokazywana w awangardowej sekcji Trzecie Oko 10. MFF Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, to tylko z pozoru samograj. Razem z enigmatycznym tubylcem, podróżującym po argentyńskiej Patagonii samolotem, samochodem, pieszo, czy konno, wkraczamy w sam środek surowej, dziwnej pustki. Film, pozbawiony konwencjonalnej fabuły, poświęcony trwaniu i znikaniu, w hipnotycznym rytmie przeciwstawia cywilizację naturze, symboliczne gesty - pejzażom. Trudny do zdefiniowania spacer wśród kamieni jak medytacja działa podprogowo, długo nie daje o sobie zapomnieć.

RETROSPEKTYWY

To był rok Mekasa w Polsce. Ów zasłużony człowiek kina, kronikarz i opiekun zwykłości, jak często powtarza, odebrał w Krakowie za wieloletnią pracę mistrzowskiego Smoka Smoków. Jonas Mekas: pisarz i poeta, krytyk filmowy, założyciel magazynu filmowego Film Culture i Anthology, słynnego nowojorskiego archiwum awangardowego kina, artysta i przyjaciel artystów, filmowiec, o każdym swoim dziele mówi: „to nie jest film, a ja nie jestem filmowcem, mam tylko obsesję na punkcie filmowania, filmowanie mnie zachwyca jak nic innego. Po co robić filmy, skoro można filmować?” Filmowanie Mekasa jest czystą afirmacją życia. Filmuje od późnych lat 40., kiedy z bratem Adolfasem wyszedł na nowojorski brzeg po długiej podróży z rodzinnej Litwy. Pierwsze co zrobił w Ameryce, to za pożyczone pieniądze kupił Bolexa. Jego „filmy” najczęściej nazywane są filmowymi dziennikami, filmowymi poematami, pokazują jego najbliższe otoczenie, nowojorskie środowisko, rodzinę, mają zarówno znanych (Andy Warhol, John Lennon, Yoko Ono, George Maciunas, Stan Brakhage), jak i anonimowych bohaterów. Złożone z zarejestrowanych „prawdziwych” chwil, są trudne dla oka, abstrakcyjnie pulsujące, pełne rys, zepsucia, pełne koloru, ziarniste. Ostatnio Mekas trzęsącą się ręką, za pomocą cyfrowej kamery rejestruje swoją starość. Jest rozczarowany światem, nie znajduje w nim już ukojenia.

Mekas wystąpił niedawno w monumentalnym dokumencie „Wizjonerzy” (Visionaries) Chucka Workmana, poświęconym historii światowej awangardy filmowej, pokazywanym podczas 1. American Film Festival we Wrocławiu, jednak niekwestionowaną gwiazdą nowego festiwalu Romana Gutka okazał się John Cassavetes, Nowojorczyk greckiego pochodzenia, nieco zapomniany dziś prekursor niezależnego amerykańskiego kina. Cassavetes (1929–1989) karierę rozpoczął jako aktor w latach 50. XX wieku. Kreował postacie zbuntowanych i niezależnych mężczyzn (m.in. Victora Franko w „Parszywej dwunastce” Roberta Aldricha), ale aktorstwo szybko przestało mu wystarczać. W filmowych psychodramach przez krytykę nazywanych „miazgą” jak nikt wcześniej potrafił obnażyć bolesne sekrety amerykańskiej klasy średniej, opresyjność obyczajowych norm, najróżniejsze kryzysy - męskości i kobiecości, rodziny i starzenia się. Był szczery, brutalny, czuły – zawsze bliski życiu. Pisząc scenariusze, korzystał z własnych doświadczeń. Cassavetes grywał też w swoich filmach, w głównych rolach obsadzał swoją żonę Genę Rowlands, matkę Katherine Cassavetes, ulubionych aktorów i przyjaciół Petera Falka, Bena Gazzarę, Seymora Cassela. Do jego najsłynniejszych filmów należą: „Twarze” (1968), „Mężowie” (1970), „Kobieta pod presją” (1974), „Zabójstwo chińskiego bukmachera” (1976), „Premiera” (1977), „Strumienie miłości” (1984).

FILMY I KINEMATOGRAFIE

W zeszłym roku polska publiczność miała okazję poznać dwie interesujące, obecne na międzynarodowych festiwalach, egzotyczne kinematografie – turecką (10. MFF Era Nowe Horyzonty) i singapurską (4. Festiwal Filmowy Pięć Smaków). Reprezentacja Turków była niezwykle bogata, na czele z Zekim Demirkubuzem i Nuri Bilge Ceylanem. Kolejny twórca z najwyższej półki - Reha Erdem pokazał we Wrocławiu swój najnowszy film „Kosmos”. Przy całej różnorodności tej kinematografii dzieło być może najbardziej dla niej emblematyczne, skontrastowane, pełne szaleństwa i chłodu jednocześnie. Akcję reżyser umieścił w zasypanym śniegiem Karsie, do którego przybywa „święty szaleniec”, uzdrowiciel i złodziej (w tej roli niesamowity Sermet Yeşil), reprezentujący filozofię życia, natury i miłości, która musi zderzyć się z zastanym w mieście „ludzkim” porządkiem.

Kinematografia Singapuru - azjatyckiego tygrysa, niewielkiego państwa-miasta rządzonego od lat żelazną ręką Lee Kun Yewa, na ulicach którego można zapłacić mandat za żucie gumy czy długie włosy - narodziła się niemal przed chwilą – w latach 90. XX wieku. Retrospektywa Eric Khoo - jej prekursora, reżysera i producenta - pokazała bunt i nostalgię za minionym, charakterystyczne dla tego kulturowego tygla, który z tropikalnego portu zmienił się w klimatyzowany raj. O dekadę młodszy Ho Tzu Nyen - multimedialny artysta, performer i reżyser, twórca malarstwa wideo i spektakli z pogranicza teatru i kina – zaprezentował z kolei swój pełnometrażowy debiut „Tutaj”, bardzo współczesny, odnoszący się do zachodniej filozofii, łączący teorię filmową i psychoanalizę. Pięć Smaków zakończyła jego postapokaliptyczna filmowa alegoria „Ziemia”, do której muzykę skomponował i na żywo wykonał dj Wolfram.

W moim podsumowaniu roku nie może zabraknąć niezwykłego filmu Kanadyjczyka Petera Mettlera „Petropolis” (10. MFF ENH), nakręconego na zlecenie Greenpeace'u. Z lotu ptaka oglądamy w nim zdegradowane, a jednocześnie układające się w przepiękne abstrakcyjne obrazy, przestrzenie pól naftowych w kanadyjskiej Albercie. To kolejna w historii kina niepokojąca odsłona związku piękna i zła. Po stronie mroku znajduje się również pokazywany w konkursie festiwalu w Cannes rosyjski film „Moje szczęście” Siergieja Łoznicy (10. MFF ENH). Jego bohater, zabłąkany w rosyjskim interiorze kierowca ciężarówki poczuje cuchnący oddech Matki Rosji. To film niebezpieczny, bezlitosny, ciężki. W odsłanianiu bezdusznego charakteru homo sovieticusa Łoznicy blisko do Aleksieja Bałabanowa.

I na koniec na potwierdzenie zeszłorocznej tendencji, coraz wyraźniej popychającej kino w kierunku sztuk wizualnych, eksperyment amerykańskiej reżyserki Sharon Lockhart „Double Tide”(1.American Film Festival). To już filmowa ekologia, film do powieszenia na ścianie jak obraz malarski, do bycia z nim na co dzień, do omijania go i oglądania godzinami. Sprzyjający rozmyślaniom o czasie, delikatnie rytmiczny, a jednocześnie zatrzymujący. „Double Tide” składa się z dwóch statycznych ujęć, pokazuje pracę zbieraczki ostryg w pejzażu stanu Maine. Sharon Lockhart prowokuje nim wrażenie znajome, dostępne w pozornie nieruchomym krajobrazie, kiedy powoli zaczynamy dostrzegać jego mikroruchy, zmiany, emocje. Jonas Mekas mówił wiele we wspomnianych „Wizjonerach” o odbiorze filmów awangardowych, o tym procesie, o treningu zmysłów. Oglądanie „Double Tide”, jak i innych zeszłorocznych filmów, było dla mnie wyjątkową lekcją patrzenia.


Komentarzy: 2

Joanna
22 stycznia 2011 (19:02)
Pani Agnieszko
Wszystko pięknie, ale to nie do końca tak jak pani pisze, że: "Dziś to już norma, że polska publiczność ma dostęp do filmów prezentowanych na międzynarodowych festiwalach (...)" Jeśli norma, to szybciej w Krakowie, Wrocławiu, Wa-wie. W mniejszych miastach w kinach jest to co jest, szybciej jakieś komercyjne hity w kinach sieciowych. A jak się idzie do kina studyjnego to czasem zdarza się i tak, że odprawiają z kwitkiem bo nie zebrało się określonej liczby osób, a oni dla mniejszej liczby osób filmu nie puszczą. Zresztą, pomijając filmy, które pani wymieniła, nawet komercyjne filmy nie są puszczane w całym kraju w tym samym terminie. Są poślizgi czasowe, albo pół kraju może film normalnie obejrzeć, a drugie pół już wcale i przy kasie ze zdziwieniem jeden pan pyta: "ale dlaczego? kumpel z sąsiedniego miasta normalnie wczoraj obejrzał, dlaczego u nas tego filmu wcale nie grają?". "A bo widzi pan, dystrybutor jest pokłócony z naszą siecią kin" - choć to ostatnie zwykle nie pada, wielu rzeczy trzeba się domyślić, doszukać informacji.

Agnieszka Szeffel
23 stycznia 2011 (07:39)
pani Joanno,
oczywiście ma pani rację, rozumiem rozgoryczenie, tylko że ja piszę o obiegu festiwalowym w Polsce - nie o codziennej dystrybucji, już dawno pozbyłam się złudzeń i przestałam chodzić do kina "po bożemu" :) pozdrowienia
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".