Szorstka miłość Ameryki, czyli wojskowy sojusz „po wuju” (Samie)
    bezpieczeństwo narodowe62 · stosunki polsko amerykańskie16 · modernizacja armii34 · armia zawodowa4
2010-12-15
Wikileaks jednak wpłynęło na naszą politykę zagraniczną. Wreszcie do ogólnej świadomości trafia, jak traktuje nas nowy „ukochany sojusznik”, który zamiast modernizacji armii oraz rakiet Patriot daje nam namiastkę jednego i drugiego. Namiastkę kosztowną zarówno ekonomicznie jak i politycznie. Warto, aby nasi politycy zrozumieli, że deklaracje dyplomatyczne nic nie kosztują. W odróżnieniu od „bratniej pomocy”. Wschodni „Wielki Brat” kazał płacić za swoją pomoc uległością, zachodni „dobry wujek” (Sam) żąda twardej waluty i walki za amerykańskie interesy. Czy ta droga czegoś nam nie przypomina? A przede wszystkim, czy to jest droga, którą powinniśmy iść?

Ćwiczeban bateria Patriotów to za mało aby ochronic Polskę.

Walczymy za interesy, które pozornie bywają wspólne, ale jak przychodzi do rozliczenia, nieodmiennie okazuje się, że my dostajemy koszty, a Amerykanie zyski. Czy nasi politycy są tak zapatrzeni w Amerykę, czy tak nieporadni, że dają się zbyć deklaracjami i pustymi obietnicami? Dlaczego nie słuchają ekspertów i samych wojskowych, którzy mówią wprost, że „darmowa pomoc USA” kosztuje nas co roku grube miliony, które można by spożytkować na realną modernizację, Modernizację która jest naszej armii niezbędna. Również po to, aby współpraca z USA przeszła do fazy sojusznika z sytuacji biedniejszego krewniaka.

Wbrew temu, co robią od lat polskie rządy, warto słuchać ekspertów. Zwłaszcza ekspertów światowej sławy, takich jak np. George Friedman, który już rok temu mówił np. w wywiadzie dla Newsweeka. -Aby zyskać na takiej współpracy [ z USA], Polska musi najpierw zainwestować w samą siebie. Musi zrozumieć, że współpraca wojskowa z Amerykanami będzie tym lepsza, im np. silniejsza będzie polska armia. Tylko wtedy Amerykanie zdecydują się na masowe transfery technologii militarnej.

Stanowisko Friedmana wydaje się logiczne i zrozumiałe, ale dla naszych władz obronność od lat jest tematem drugiej kategorii. Uzawodowienie i modernizacja armii to puste frazesy bez pokrycia. Fikcja, ograniczająca się do likwidacji powszechnego poboru i redukcji liczebności. Armia zawodowa musi być lepiej wyszkolona i wyposażona, aby skutecznie mogła zapewnić bezpieczeństwo.

Tymczasem ważne i oczywiście kosztowne, projekty modernizacyjne ślimaczą się latami tak, jak np. zakupy samolotów szkoleniowych, czy przeciwlotniczych systemów rakietowych średniego zasięgu. Rozległe cięcia obejmują zaawansowane i perspektywiczne projekty mające na celu modernizację armii. W zeszłym roku, w ramach antykryzysowego szukania pieniędzy zawieszono np. program korwety Gawron, która pochłonęła już ponad miliard złotych. Zamiast rozwijać nowoczesny, przyszłościowy i przede wszystkim własny projekt, nasza marynarka pompuje miliony w eksploatację „podarowanych” nam przez USA okrętów klasy Oliver Hazard Perry. Jednostek starych (wodowanych na przełomie lat 70 i 80 zeszłego wieku), zdezelowanych, dla naszej floty i basenu Morza Bałtyckiego zwyczajnie zbyt dużych, kosztownych i niezbyt przydatnych. Ta sytuacja to dobry przykład, jakie benefisy przynosi dotychczasowa „pomoc” USA.

Bardziej Hazard niż Oliver Perry

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych nasza Marynarka Wojenne odczuwała silne braki w sprzęcie. Jednostki posowieckie były stare i awaryjne, a przez to kosztowne w eksploatacji. Ze względów politycznych pozyskiwanie części zamiennych bywało bardzo problematyczne, natomiast modernizacja mało perspektywiczna. Program budowy nowych korwet własnej produkcji miał się zakończyć wodowaniem pierwszego okrętu najwcześniej w roku 2005 (mowa o projekcie „Gawrona”, który do dziś jest tylko gołym kadłubem, głównie ze względów finansowych). Flota potrzebowała sprzętu, aby zapewnić sobie minimum zdolności bojowych i ciągłość szkolenia załóg.

W tej sytuacji polskie władze zaczęły negocjować z Amerykanami, którzy bynajmniej nie palili się z pomocą akurat w tej sferze. Polska marynarka nie była w stanie wykonać dla USA żadnych działań. Strona polska chciała pozyskać dwa okręty nieodpłatnie, jednak Amerykanie zaproponowali dwie fregaty patrolowe Oliver Hazard Perry. Pierwsza miała kosztować 50 mln dolarów, a drugą Waszyngton obiecał dorzucić „w promocji”. W takim razie wezmę tylko tę drugą – miał odpowiedzieć, prowadzący wówczas negocjacje w imieniu Polski, minister Janusz Onyszkiewicz.

Ostatecznie Amerykanie zgodzili się przekazać nieodpłatnie dwie korwety rakietowe Oliver Hazard Perry w ramach Programu Pomocy Woskowej SAP (Security Assistance Program). Pierwszą był ORP „Gen. K. Pułaski”, na którym w 2000 roku z wielką pompą podniesiono polską banderę. Dwa lata później, równie gorąco witano ORP "Gen. T. Kościuszko". Odtrąbiono wielki sukces i wzmocnienie naszej floty. Bardzo szybko okazało się, że w kwestiach pieniędzy Amerykanie jednak postawili na swoim.

Okręty dostaliśmy co prawda za darmo, ale ich dozbrojenie, modernizacja, wprowadzenie do służby i szkolenie załóg pochłonęły łącznie ponad 55 mln dolarów. Ale to bynajmniej nie koniec kosztów, jakie ponosiliśmy na rzecz USA, płacąc za „darmową pomoc”. Oba okręty nie były nowe, wodowano je odpowiednio w 1979 i 1980 roku. W związku z tym wiele systemów pokładowych odmawiało posłuszeństwa, lub wręcz, nigdy nie zostało doprowadzonych do pełnej sprawności. W zasadzie nie zdarza się, aby oba okręty były jednocześnie zdolne do rejsu. Kompleksowe remonty kosztowały już ponad 40 milionów dolarów, gdyż zgodnie z umową naprawiając „darmowe okręty” musimy korzystać z amerykańskiego serwisu i amerykańskich części. Zysk cokolwiek jednostronny.

Jak gdyby tego było mało, jednostki napędowe „Kościuszki” i Pułaskiego” są bardzo paliwożerne, systemy niezbyt kompatybilne z innymi jednostkami, a załogi zbyt liczne jak na możliwości naszej floty. Mimo że okręty są dalekie od pełnej zdolności bojowej, to ich eksploatacja (bez kosztów napraw) to coroczny wydatek około 23 mln złotych. Dziś tak naprawdę mamy do wyboru: wydać (czy raczej utopić) kolejne 200 mln zł modernizując amerykańskie patrolowce, lub wydać te pieniądze na wprowadzenie do służby nowoczesnego okrętu własnej konstrukcji.

Dobry, zły interes, czyli w polityce USA nie ma darmowych obiadów

Kwestia okrętów dla marynarki to typowy przykład amerykańskiej pomocy. Ktoś mógłby zauważyć, całkiem słusznie z resztą, że nasza Marynarka Wojenna nie współdziała z flotą USA i dlatego mogła być traktowana przez naszego sojusznika nieco po macoszemu. Kuszący wniosek, lecz niestety zwodniczy. Równie dobrze, lub nawet gorzej, wychodzi na „bratniej pomocy” nasza armia i siły powietrzne. Nawet, kiedy dokonujemy zakupów, po cenach całkiem rynkowych, strona amerykańska potrafi umiejętnie wykorzystać naiwność i koniunkturalizm naszych władz, które po odtrąbieniu sukcesu negocjacji, zapominają często o wyegzekwowaniu umowy i kontroli jej wykonania.

Tak było np. z samolotami F-16 które zakupiliśmy w USA za całkiem niemałą sumę. Mimo że były to maszyny w jednej z najnowszych wersji (Block 52 +), pierwotnie dotyczyło to jedynie poziomu zainstalowanych systemów i dostępnych opcji. Same płatowce jakie nam zaproponowano, miały pochodzić z zakonserwowanej rezerwy i mogły mieć nawet dwadzieścia-trzydzieści lat. Dopiero w wyniku długich negocjacji udało nam się uzyskać samoloty fabrycznie nowe. Mimo tego, maszyny docierały do Polski nie bez problemów, a ich eksploatacja to historia licznych usterek, drobnych awarii i problemów.

Kontrakt opiewał na ponad 3.6 mld dolarów i zawierał gwarancje bardzo wysokiego poziomu offsetu, co miało ostatecznie zdecydować o jej zwycięstwie nad ofertami Francuzów i Szwedów. Do dnia dzisiejszego spłaciliśmy już 30% ceny, natomiast ze świecą szukać obiecanych przez Amerykanów benefisów. Większość ekspertów już w momencie finalizowania umowy mówiła o jej znikomym wpływie, zwłaszcza na poziom technologiczny naszego przemysłu. Nakłady na cele badawczo-rozwojowe były symboliczne, podobnie jak innowacyjność proponowanych rozwiązań. Jest to temat do szerszego omówienia, przekraczającego ramy tego tekstu. Dość powiedzieć, że transakcja nie była tak opłacalna jak na papierze, a jej ostateczna wycena jest co najmniej dyskusyjna.

Dodatkowo, nasz rząd nie wziął pod uwagę pełnych kosztów szkolenia, dostosowania obiektów i eksploatacji maszyn. Dla pełnego wykorzystania 48 kupionych samolotów F-16 należy wyszkolić niemal półtora tysiąca żołnierzy obsługi i co najmniej 72 pilotów, na co zwyczajnie nie ma pieniędzy. Nie zadbano też o infrastrukturę szkoleniową. Zwłaszcza o szkolenia podstawowe. Pilotów musimy, więc szkolić za grubą kasę w USA, lub krajach, które były bardziej od nas zapobiegliwe.

Rząd Donalda Tuska odtrąbił niedawno jako sukces możliwość stacjonowania amerykańskich C-130 Hercules i F-16 na terytorium naszego kraju. Oficjalnie ma to „zwiększyć nasze bezpieczeństwo”. Tymczasem Amerykanie już od dawna zabiegali o możliwość szkolenia swoich eskadr na naszych poligonach, gdzie ze względu na mniej rygorystyczne regulacje i relatywnie duże obszary, możliwości treningowe są o wiele ciekawsze niż np. w Niemczech. Z naszych poligonów, na przykład w Drawsku Pomorskim, korzysta już od lat armia USA. Dzięki przystosowaniu naszej infrastruktury dla obsługi F-16 (na razie trzech lotnisk przewidzianych dla polskich maszyn), będzie to również możliwe dla amerykańskiego lotnictwa. Z zyskiem dla obu stron większym, niż w wypadku jednej baterii Patriotów, która stacjonuje w Polsce chyba wyłącznie w celach reklamowych.

Jeśli mowa o infrastrukturze, to ciekawym przykładem pomocy amerykańskiej jest, zapomniane już nieco lotnisko w Mirosławcu, na którym miała miejsce katastrofa samolotu CASA C-295 pełnego polskich oficerów lotnictwa. Maszyna rozbiła się podchodząc do lądowania w trudnych warunkach pogodowych, podobnie jak prezydencki TU-154 w Smoleńsku. Podobnie jak w Smoleńsku, maszyna mogłaby wylądować bezpiecznie korzystając z systemu ILS, stosowanego powszechnie na lotniskach cywilnych. Różnica jest taka, że w odróżnieniu od Smoleńska, w Mirosławcu ILS zainstalowano i to już w 2001 roku. System pozyskano właśnie w ramach amerykańskiej pomocy wojskowej, jednak był w momencie katastrofy niesprawny. Uległ awarii i z powodu braku części zamiennych był wyłączony. Co było w tym wypadku stanem permanentnym, niemal od początku działania, czy też raczej nie działania tego „daru”.


Komentarzy: 2

RomanK
16 grudnia 2010 (06:17)
bardzo dobra analiza!
Logika postępowania opisana doskonale przez pana najlepiej świadczy, ze kierownictwo Polski nie jest ludźmi logicznymi! Rozmontowanie Polskich Sil Zbrojnych, jako siły Obronnej i przeorganizowanie jej na szereg korpusów ekspedycyjnych ponosząc tego idiotyzmu koszty jest aktem narodowej zdrady i nic więcej! Takie Sily Zbrojne nie sa Polsce do niczego potrzebne ,gdyz nie spelniaja zadnej funkcji obronnej, zatem sa tylko silami kompradowskimi do uzycia przez imperialne kola globalistyczne w konfliktach o hegemonie światową! Powracając do tematu geopolityki -otoz od 1864 roku istnieje nierozerwalny układ pomiędzy USA a Rosja-gdzie w Europie strefa wpływów rosyjskich sięga izotermy stycznia, czyli mniej więcej Renu. Tak jak zasięg Slowianszczyzny...i takim pozostanie! Zarówno Rosja- jak i USA wykorzystują rożne sytuacje we własnych rozgrywkach w ramach układu...ale na wzmocnienie Europy i na jej usamodzielnienie nie pozwoli ani jedna, ani druga strona. W tej sytuacji Polska ma przypisana taka funkcje -jak tzw tracony wosk w odlewnictwie:-)) Im szybciej to uwzględnia odpowiedzialni za Polskę tym lepiej dla Polaków..ale czy z nim ktos sie liczy?????

Robaczek
16 grudnia 2010 (17:08)
Coś więcej...
Tekst naprawdę bardzo dobry. Niemniej widzę, iż trochę jednostronny dlatego chciałbym kilka rzecz wytknąć, mimo, iż do "obrońcy USA" mi bardzo daleko. Kwestia wysyłania żołnierzy na misje pokojowe - i nie mówię tu tylko o Iraku i Afganistanie, ale ogólnie o misjach i operacjach prowadzonych przez UE, ONZ, NATO, bo każda z nich może przynieść ofiary - daje WP wbrew pozorom bardzo dużo. Po pierwsze: silna armia to armia z doświadczeniem bojowym. Dlatego niektóre oddziały Izraelskie są oceniane lepiej niż nawet najlepiej wyszkoleni amerykanie. Po drugie: sprzęt, który nie brał udziału w działaniach wojennych jest mało wart. Proszę zwrócić uwagę, iż jednym z kryteriów oceny w przetargu na samoloty myśliwskie było właśnie "ostrzelanie sprzętu" (dla niewtajemniczonych: chodzi o użycie w warunkach bojowych a nie oddanie serii w jego kierunku). Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, iż inżynierowie wszystkiego nigdy nie wyliczą. Żołnierze używając sprzętu przyczyniają się do jego poprawiania, aż nie osiągnie on wersji zapewniającej maksimum skuteczności i bezpieczeństwa. Nie można więc jednoznacznie stwierdzić, że "my nic z tego nie mamy". Zyskaliśmy to, że jak trzeba będzie ruszyć w bój w przyszłości, to nasi żołnierze nie będą bezpieczniejsi i skuteczniejsi. Pomijam tu oczywiście pytanie "Czy oby na pewno było warto za taką cenę?" w końcu pisze komentarz a nie polemikę ;) W kwestii otrzymywania "darmowego sprzętu"... Tu też nie jest do końca sprawa oczywista. Kontrakty zbrojeniowe to rzecz niezwykle skomplikowana. Na przykład historia C-130. Nie jestem do końca pewien, czy pozyskanie samolotów nowych nie skończyłoby się podobnie. Być może byłyby mniej awaryjne, ale powiedzmy sobie coś szczerze: gdyby się to amerykanom nie opłacało to by nawet z nami nie rozmawiali. Problemem tutaj jest (wg mnie) nie zachłanność amerykanów, czy jak niektórzy mówią "zostaliśmy oszukani", lecz brak zręczności politycznej naszego rządu. Kontynuując przykład: Minister Klich pod koniec 2008 roku nie zdecydował się (żeby nie powiedzieć: uciekł od...) na przystąpienie Polski do Europejskiej Floty Transportowej (European Air Transport Fleet), której zasady nie są proste, jednak banalizując nieco działałoby to tak: nasz wkład finansowy = samoloty, więc pozostali członkowie układu wiszą nam np szkolenie pilotów czy części zamienne w zamian za możliwość korzystania ze sprzętu. Może nie wymarzone rozwiązanie, ale biorąc pod uwagę potencjalne oszczędności... W konkluzji - nie traktujmy amerykanów jak oszustów, tylko dlatego, że zarobili na biznesie. Biznes w końcu na tym właśnie polega. Uczmy się na własnych błędach... chciałoby się powiedzieć do trzech razy sztuka... Hazardy, F-16, C-130... daj Boże aby przynajmniej obecny przetarg na samoloty szkoleniowe nie skończył się taką tragedią...
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Putin w Szanghaju: strategiczne partnerstwo na chińskich warunkach

Oficjalna wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach w dniach 20–21 maja przyniosła mieszane rezultaty z punktu widzenia celów, jakie stawiała sobie Moskwa.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".