Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu
    Tajlandia21 · Indochiny38 · reportaże z podróży201
2014-04-09
Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy zawsze zwiedzić, ale opanowywał nas pewien nieokreślony lęk.

Zanim dotarliśmy do starej części miasta Phuket noszącego tę samą nazwę co wyspa, odwiedziliśmy lokalną pakownię nerkowców przy której jako reklama znajdowało się jego drzewo z owocami. Witając nas serdecznym uśmiechem częstowano chłodnym napojem tak potrzebnym w ten upalny dzień. Wnętrze tego magazynu było eleganckie i dobrze zorganizowane. Zaprezentowano nie tylko owoce nerkowca ( orzeszki ), ale także ich inne rodzaje i gatunki produktów ( suszone, słodkie, słone, lub w formie ciasteczek). Kto miał ochotę, mógł wybrane przysmaki wspaniale pachnące, zakupić dla siebie a także dla najbliższych jako prezent z podróży. Zajadając się ciasteczkami o smaku owocu durian pojechaliśmy na targ z owocami. Już było dość późno, targowisko jeszcze w pełni swego rytmu działało – stragan przy straganie zachęcał nas do zainteresowania się nieznanymi nam owocami, posmakowania i kupienia. Owoce takie jak, rambutan żółty lub czerwony pokryty włoskami, longan energetyzujący i orzeźwiający, langsat rosnący w pękach jak winogrona, durian z kolczastą łuską zwany królem tropikalnych owoców, pitaja - smoczy owoc, mangostan fioletowa jagoda, mango czy pomelo największy owoc z cytrusowych, czarowały swoją barwą i zapachem. Sprzedawcy byli bardzo mili i próbowali zainteresować przybyszów częstując owocami. Nam przypadł do smaku mangostan o twardej, ciemnobrązowej łupince, soczysty, orzeźwiający, o smaku słodko cytrynowym, toteż kupiliśmy 2 kg delektując nim swoje podniebienia.

Wreszcie dotarliśmy do starej części miasta Phuket, które zamknięte jest w granicach ulic Thalang, Dibuk, Krabi, Soi Romanee. Phuket Town czaruje przybyszów orientalnym pięknem. Chińsko-portugalski charakter dzielnicy poprzez swoją architekturę wyzwala ducha wyspy. Ten stary kwartał charakteryzuje się niską, jednopiętrową zabudową w kolorze biało różowym. Budynki chińskie wyróżniają się zawieszonymi, kolorowymi lampionami. Wiele ciekawych architektonicznie pałaców sprzed stu lat doczekało się renowacji. Spacerując ulicą Thalang można spotkać genius loci starego miasta. Wiele z tych wspaniałych rezydencji zostało przekształconych w restauracje, bary lub galerie np. Salvadore‘s, Raya House, gdzie warto skosztować żółte curry z makaronem ryżowym i wielkimi kawałkami kraba – majstersztyk kulinarny. Są także restauracje przy których prowadzone są szkoły gotowania np. w Bleu Elephant.

Nasza grupa miała możność odwiedzić tego typu miejsce i przeżyć przygodę kulinarną w typowo tajskiej restauracji o konstrukcji drewnianej, zadaszonej, z trzech stron otwartej. W takim wnętrzu mieliśmy nie tylko konsumować, ale uczyć się gotować regionalne potrawy. Wchodząc do restauracji zastaliśmy stoły elegancko nakryte, obok zastawy znajdowały się pałeczki ( do wyboru ) oraz żarzące się ogniem piecyki. Każdy z biesiadników miał sobie sam przygotować potrawę z mięs lub przygotowanych półproduktów. Stanąłem zniechęcony i zażenowany. Ci którzy mnie znają, zdają sobie na pewno sprawę z moich kulinarnych umiejętności… Dzięki pomocy osób z naszej turystycznej grupy usiłowałem coś spreparować. Podsycałem ogień, a na górnej części piecyka smażyłem kawałki wołowiny, wieprzowiny oraz drobiu. Później dobrałem ryż i dodałem przygotowane już sałatki ( całe szczęście ) i danie główne okazało się gotowe. Była to ciekawa przygoda kulinarna. Dzisiaj żałuję, że tyle oporu się we mnie pojawiło. W efekcie nic nie sfotografowałem, ani nie sfilmowałem. A szkoda – byłoby się z czego śmiać... Zakończyliśmy biesiadę degustując tajskie piwo i wino, które szumiało w naszych głowach aż do powrotu do hotelu…
Był to nasz pierwszy kontakt w pigułce z wyspą i miastem o tej samej nazwie. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że na przestrzeni trzytygodniowego pobytu będziemy te wrażenia dopełniać, gdyż zaplanowane przez nas szlaki będą prowadzić przez Phuket.

Postaram się przedstawić trzy trasy, które uważam za godne polecenia. Wprowadzali nas w ten świat południowej Tajlandii polscy przewodnicy - pani Małgorzata, panowie Piotr oraz Mateusz. Przekazywali nam swoją wiedzę, opiekowali się, odkrywali z pasją nieznany nam świat, troszczyli się o nasze bezpieczeństwo. Wspomniana trójka zajmowała się także instruktażem nurkowania… Każdej wyprawie towarzyszył zawsze z urzędu tajlandzki opiekun, który zamykał końcową grupę idących osób. Oczywiście, można podróżować indywidualnie samochodem, autobusem, taksówką czy tuk - tukiem (pojazd złożony z motoroweru i otwartej przyczepy). Wybraliśmy jednak zwiedzanie grupowe pod opieką przewodników – bezpieczniej szybciej i łatwiej, a poza tym oszczędność czasu i możność dzielenia się swoimi wrażeniami .

Skały wapienne w Khao Sok, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Skały wapienne w Khao Sok, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

Pierwszą z tych wypraw pozwolę sobie nazwać „W poszukiwaniu Bukietnicy Arnolda”, a którą można spotkać w Parku Narodowym Khao Sok, znajdującym się w regionie naszego stałego zakwaterowania ( około 1 godziny samochodem ). Ów park to jeden z największych obszarów dziewiczego lasu deszczowego w Tajlandii. Przed milionami lat była to wielka dżungla rozpościerająca się aż do Australii. Dziś pozostał tylko niewielki obszar puszczy w którym spotykamy liczne ścieżki, rwące strumienie, rzeki, tajemnicze jaskinie, urzekające wodospady i wapienne klify. Rosną tu różne gatunki roślin w tym skazane na wyginięcie rzadkie paprocie czy palmy ratanowe. Osobliwością rzadko spotykaną jest wspomniana Bukietnica Arnolda, kwiat o wadze 10 kg i szerokości 1 m. w kolorze czerwonym. Trudno go przeoczyć ze względu na wielkość i odurzający zapach padliny. Myśląc, że spotkamy ten oryginalny kwiat, wybraliśmy się na trekking na słoniach wzdłuż opadającego strumienia. Rozczarowaliśmy się – okazało się, że trudno go znaleźć. Tajemnicę miejsca fascynującego kwiatu znają podobno tylko pracownicy Narodowego Parku z którymi trudno było nawiązać rozmowę.

A może tak bardzo zafascynowała nas podróż na słoniach, że przeoczyliśmy go? Zanim jednak udaliśmy się w tę drogę, wjechaliśmy w głąb dżungli, gdzie przebywało stado słoni na terenie specjalnie przystosowanym – zadaszenia chroniące przed słońcem, miejsca ich odpoczynku i karmienia. Z wysokiego podestu każdy uczestnik podróży wsiadał na siedzenie przytroczone na grzbiecie słonia i zabezpieczając się pasami ruszał w drogę. Słoń pod opieką mahauta ( poganiacz słonia, opiekun) kroczył spokojnie i dostojnie. Z siedzenia podziwiałem nie tylko dziki obraz przyrody ale przede wszystkim słonia, który wspinając się w górę wyszukiwał swoją wielką stopą bezpieczne miejsca i wykonywał polecenia opiekuna siedzącego na jego grzbiecie. Utworzył się szereg złożony ze słoni i siedzących na nich turystów. Obraz był bardzo malarski. Aparaty fotograficzne i kamery rejestrował tę eskapadę, ludzie wzajemnie się fotografowali, pragnęli utrwalić ten wyjątkowy moment w swoim życiu. Po dojściu na zaplanowane wzniesienie, trzeba było schodzić w dół wyboistą, pełną głazów drogą, co nie było dla słoni łatwe. Podziwialiśmy ich spokój, opanowanie i pewnego rodzaju dystynkcję. Po powrocie do „mety” czekała je nagroda – raczyły się ulubionymi bananami z rąk uczestników trekkingu. Z reakcji widać było, że są do tego przyzwyczajone.

Wkrótce znaleźliśmy się nad rzeką Sok przepływającą przez dżunglę. Zgromadziliśmy się na przystani, gdzie można było karmić ryby pożywkami zakupionymi na straganie. Jeszcze takiej ilości ryb nie widziałem. Gdy wyruszyliśmy w drogę dwuosobowym kajakiem, odnosiłem wrażenie, że płyniemy na ich śliskich grzbietach. Płynęliśmy w kierunku jeziora Chiao Lan, a wokół nas wspaniałe pejzaże, których piękno trudno wyrazić w słowach. Myślę, że może je tylko ukazać kolorowa fotografia. Ten spływ przełomem rzeki wśród białych, wapiennych skał, wysokich klifów, gór, bujnej przyrody, która powstała 100 milionów lat temu trudno zapomnieć. Na twarzach turystów malował się zachwyt, wewnętrzny spokój, który nieraz ulegał zmąceniu, gdy prowadzący nas tubylcy pokazywali na konarach drzew potężne węże chroniące się w ich cieniu lub ślady dzikich zwierząt. Wreszcie rozwidlone, rozległe Chiao Lan - jezioro tysięcy malowniczych zatoczek, fiordów, jedno z najbardziej fascynujących miejsc w Tajlandii, które powstało w 1982 w wyniku budowy zapory wodnej Ratchaprapha. Nabrawszy trochę sił, odwiedziliśmy w drodze na zaprogramowany lunch Świątynię Małp, która mieściła się w wielkiej grocie przypominającej swoimi rozmiarami salę widowiskową. Zdominował w jej podświetlonym punktowo wnętrzu kolor beżowy ścian.

Pierwsza część poświęcona jest dominującemu wyznaniu – spotykamy duży, pozłocony posąg leżącego Buddy oraz mniejsze, na każdy dzień tygodnia, różniące się pozą, gestem. Składając odpowiednią kwotę można było otrzymać od Buddy horoskop zgodny ze znakiem zodiaku. Obok, po lewej stronie, znajduje się biała, pokryta dekoracją rzeźbiarską czedi (stupa ) w której zostały złożone prochy zmarłych buddystów. We wnętrzu panował tajemniczy klimat wykreowany przez oświetlenie w blasku którego od czasu do czasu pojawiali się mnisi w swoich pomarańczowych szatach sprawujący różne funkcje. Niestety nazwa nas zawiodła, nie spotkaliśmy małp, które prawdopodobnie zmęczone upałem, objedzone darami turystów, gdzieś w zakamarkach schowały się i zasnęły. Spotkałem te popielato – beżowe stworzenia po wyjściu ze świątyni, przyciągnął je na pewno rozchodzący się zapach bananów kupowanych przez turystów, którymi zaczęto częstować. Szczególnie zachwycił mnie instynkt macierzyński jednej z małp, która walcząc o kawałek banana nie rozstawała się ze swoim nowonarodzonym maleństwem.

Wypełnieni wrażeniami znaleźliśmy się na lunchu w restauracji Na Drzewach, która zatopiona była w gąszczu egzotycznych drzew. Skonsumowawszy pyszny tajski obiad spacerowaliśmy po zawieszonych mostach podziwiając bogaty drzewostan otaczający ów lokal i wsłuchiwaliśmy się w cudowny śpiew ptaków.

Kończąc naszą podróż zatrzymaliśmy się dla relaksu pod wodospadem Tonpfrai Waterfall. Od punktu wejścia, gdzie znajdowały się tablice informacyjne wspinaliśmy się około 25 min stromą drogą wśród drzew bambusowych, palm ratanowych, drzew tekowych, lian - pnącz o zdrewniałych łodygach do wodospadu, którego wody spadały z wysokiej, skalnej ściany. Ludzie na ostatnim swoim wydechu mówili pełni podziwu …Niagara. Nie był on aż tak bujny, gdyż była to pora sucha ale budził swoją krystaliczną czystością zachwyt. Uczestnicy kąpali się w jego wodzie, by odświeżyć się, odpocząć i nabrać sił do powrotu. Jadąc busem widzieliśmy jeszcze plantację drzew kauczukowych i sposób pozyskiwania materiału do jego produkcji – lateksu z którego otrzymuje się kauczuk naturalny.

Dwie następne trasy wiążą się z tytułami znanych nam filmów. Docierając do miejsc związanych z ich realizacją zwiedzaliśmy wiele ciekawych obiektów, które można na pewno nazwać pomnikami przyrody. Zabieramy plecak, sprzęt do nurkowania, ręczniki kąpielowe i wyruszamy. Na zegarku godz. 5.00, panuje mrok, a tu trzeba dojść do portu wijącą się wśród mokradeł zadrzewioną drogą, wsiąść do wodnej taksówki, by przedostać się na stały ląd, skąd dochodzą jakieś komunikaty, nawoływania dla nas zupełnie niezrozumiane. Po paru minutach wsiadamy do oczekującego na nas busu, który zabierze po drodze jeszcze innych uczestników wyprawy. Wkrótce padają znane nam powitalne zwroty - dzień dobry… dzień dobry… Po godzinie drogi jesteśmy w porcie na wyspie Phuket, gdzie wsiadamy do białej motorówki przygotowanej dla naszej polskiej grupy, by pod opieką młodego przewodnika, pana Mateusza wyruszyć w nieznaną nam przestrzeń. Szybko siadam w jej przedniej, odsłoniętej części, aby podziwiać otaczający mnie świat. Robi się coraz jaśniej, słońce przeziera przez chmury. Ruszamy. Wiatr nas namiętnie owionął. Niech pan zdejmie czapkę, bo wiatr ją zerwie z głowy – radzi sąsiad. Ech… dobrze siedzi na głowie, nic się nie stanie, odpowiadam. Po chwili silny wiatr zerwał mi ją z głowy. No cóż, pomyślałem, to takie zaślubiny z Morzem Andamańskim.

Zastąpiłem ją chustką, którą wyjąłem z plecaka i po piracku zawiązałem ją na głowie zabezpieczając się przed wiatrem i upalnym słońcem, które wkrótce da się we znaki. A wokół nas przepiękne widoki. Z morza wyłaniają się grupy skalne w kolorze brązowo – beżowym porośnięte bujną zielenią, która odbija się w morzu. W oddali wyspy jakby wycięte z celofanu, które po opadnięciu mgieł będą nas czarowały swoim wdziękiem. Za chwilę pojawiają się następne, które uwodzą nasze spojrzenia. Morze w blasku słońca staje się niebiesko – zielone. Rozkoszujemy się wiatrem, słońcem, czystym powietrzem i pędem naszej motorówki. Wkrótce docieramy do skalnej ściany jakby zbudowanej z ogromnych głazów, z szeroką szczeliną przez którą wjeżdżamy do przepięknej zatoki zapierającej dech w piersiach. Znajdujemy się jakby w zamkniętym pierścieniu. Dominuje kolor zieleni, gdyż cały świat przyrody przegląda się w morzu. Po wyjściu z motorówki, stojąc frontem do morza mamy za plecami zamkniętą zieloną przestrzeń z przejściem od zadrzewionej strony wyspy. Przed nami zaś morze… morze zamknięte skalną ścianą, a nad brzegiem jego odpoczywają łodzie motorowe, a pod stopami biały piasek Niebiańskiej Plaży.

To tutaj rozegrała się akcja filmu zrealizowanego w 2000 r. na podstawie książki Alex’a Garlanda’a, w reżyserii Danny’ego Bayle’a. Ukazał on młodych ludzi poszukujących przygód w egzotycznych krajach. Richard ( Di Caprio ), młody Amerykanin znudzony zachodnią kulturą, podróżując po Tajlandii, dowiaduje się od Szkota Daffy‘ego o istnieniu egzotycznej plaży, ukrytej przed cywilizacją, na której żyje szczęśliwie niezależna grupa ludzi. Młody Amerykanin będąc w posiadaniu tajemniczej mapy postanawia odnaleźć ten raj na ziemi z parą poznanych Francuzów. Wreszcie trafiają na wyspę i spotykają osadę zamieszkałą przez niewielką grupę hedonistów na czele której stoi Sal. Nie wszystko jest jednak tak piękne. Za chwilę wyspa odsłoni swoje drugie oblicze… Przypominając sobie ten film, chodzę zafascynowany niesamowitym pięknem fauny i flory, pragnę wszystko utrwalić w niebieskiej soczewce swoich oczu. Godzina 8.00 - plaża się bardzo zaludnia, przypływają nowe łodzie motorowe, bezsens rozkładania plażowych ręczników. Za godzinę będziemy deptać po sobie, więc zanurzam się w wodzie krystaliczno czystej , by odpocząć przed dalszą morską drogą na wyspę Phi Phi.

I znów znajdujemy się na pełnym morzu. Pędzimy w szumie wiatru i morskiej bryzy, by zatrzymać się w skalnej zatoce, gdzie czekała nas miła niespodzianka. Przewodnik zaproponował nam kąpiel i nurkowanie w przepięknej, seledynowej wodzie. Założyłem szybko płetwy i maskę z fajką i opuściłem się w głąb morza, aby podziwiać cały podwodny, barwny świat, ławice ryb różnego gatunku i barw. Widok był piękny, ale trudno mi wymazać z pamięci ten z Morza Czerwonego w Egipcie. Może te pierwsze wrażenia zawsze są najsilniejsze ? Nacieszywszy się tymi nieulotnymi emocjami, ruszyliśmy w dalszą drogę Już z odległości dostrzegamy archipelag Phi Phi, który składa się z dwóch wysp, większej Phi Phi Lech i mniejszej Phi Phi Don. To super gwiazda Tajlandii z klifowym wybrzeżem, bajecznymi zatoczkami, plażami i rafą koralową. Pierwsza z nich, niezamieszkana, wyrasta z turkusowego morza olbrzymią skałą, która porośnięta jest zielonym lasem deszczowym. Druga zaś jest większa, zbudowana jak gdyby z dwóch wysp złączonych wąskim paskiem lądu skalistego. Część tej wyspy zajmuje ciekawy Park Narodowy. Nie przeszkadzało to w zbudowaniu hoteli by uczynić ją jedną z najbardziej rozrywkowych w Tajlandii. Dopływamy do portu, gdzie drzemią w słońcu motorowe łodzie oraz jachty.

Przechodzimy wzdłuż wybrzeża podziwiając piękne widoki, których urok zakłócają liczne stragany z pamiątkami. Wchodzimy w jedną z ulic i wkraczamy do typowo tajskiej restauracji na zaplanowany lunch. Odnoszę wrażenie, że oczekują na naszą grupę – czysto, przytulnie, nakryte stoły czekują na gości. Pijemy zimne soki i próbujemy wspaniałych dań tajskiej kuchni… Wychodząc z lokalu zostaliśmy zaatakowani przez okrutny upał ( 34 stopnie ciepła ). Towarzysz podróży z przewodnikiem tajskim chronią się w cieniu. Mnie coś pędzi, więc oddalam się, by podziwiać widoki. Wydaje mi się, że wszystko zasnęło, a to tylko pora lunchu. Wracamy na miejsce zbiórki. Po chwili opływamy motorówką wyspę i docieramy do Phi Phi Lech, by zobaczyć ciekawą grotę Wikingów, której nazwa bierze się od zachowanego malowidła nieznanego malarza, które ukazuje długie łodzie z wiosłami. Podobno z jaskini tej wybiera się jaskółcze gniazda z których w Bangkoku i Hongkongu przygotowuje się pyszne i bardzo drogie zupy. Ucieszyłem się, że z powodu wysokiej ceny, nigdy nie zdecyduję się na zamówienie takiego dania. Dziękuję… smacznego, powiedziałem sobie.

Wkrótce dotarliśmy do Plaży Małp, gdzie przebywa duża grupa makaków oczekujących na turystów. Wyskakujemy z motorówki. Jedni szybko, drudzy z lekkim dystansem zbliżają się do małp, które oczekują szczególnie na tych trzymających w dłoni banany. Są zwinne – podskakują, dopadają przywiezione im wiktuały, wyrażają swoje emocje dziwnym piskiem, nie raz bywają złośliwe i agresywne. Turyści nie zauważają innych, fotografują ten świat, kręcą z tego spotkania filmy. Ktoś wchodzi mi w obiektyw, muszę skasować pewne sekwencje i ponownie nakręcić te przedziwne sceny. Nakarmione makaki lekko wycofują się w zarośla, a my naładowani nowymi emocjami wchodzimy do morza, by odpłynąć na Rajskie Wyspy. I znów bajkowy świat – błękitne morze, wydobywające się z niego grupy skalne, białe piaszczyste plaże, kolorowe leżaki i parasole w pełnym słońcu. Psuły mi tylko ten piękny widok rzędy straganów… Powrót to powtórzenie tych cudownych pejzaży w odwróconej kolejności – to co było za nami, rozwija się przed nami roztaczając swój tajemniczy urok. Docieramy do portu. I znów nasz bus i powrót do hotelu. Ogromny ruch samochodów, autobusów, ciężarówek, tuk tuków. Z okien obserwujemy budynki, ludzi, przyrodę.

Następna wyprawa na Wyspę Bonda i słynną Skałą Bonda związana była także z realizacją filmu. Myślę, że nie zatarł się w pamięci kinomanów Człowiek ze złotym pistoletem ( 1974 r.) w reżyserii Guy Hamiltona, na podstawie scenariusza Richarda Maibaum i Toma Mankiewicza. Był to już dziewiąty film o przygodach Jamesa Bonda wg powieści Fleminga. Rolę brytyjskiego agenta zagrał Roger Moor.

Las namorzynowy, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Las namorzynowy, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

I znów wyruszamy bardzo wcześnie. Za oknami jeszcze mrok. Przed nami droga między rozlewiskami, port, przejazd łodzią motorową na stały ląd i podróż busem na miejsce zbiórki w porcie Pfong Nga oraz spotkanie z przewodniczką, panią Małgorzatą. Wsiadamy do długorufowej, barwnej łodzi, zadaszonej, przyozdobionej na swoim dziobie kwiatami. Żegnamy port i płyniemy po słynnej zatoce Pfong Nga wśród strzelistych wapiennych skał, które wynurzają się z wody. Pędząca łódź jest wielką atrakcją. Chowamy się przed bryzą morską podciągając niebieską, plastikową osłonę, która w celu zabezpieczenia podróżnych, przebiega wzdłuż ścian bocznych łodzi. Widoki coraz bardziej kolorowe i zmieniające się co chwilę. Wydaje mi się, że oglądam jakiś geograficzny lub przyrodniczy film w TV. Przepływamy obok lasu namorzynowego, którego wysokość sięga do kilkunastu metrów, zaś rozłożyste korzenie zatopione są w wodzie morskiej. Liście drzew są grube, silne jak u fikusów, gdyż odrzucając sól, żywią się bogactwem minerałów znajdujących się w wodzie. Wreszcie docieramy do jednej z zatok Wyspy Jamesa Bonda naprzeciwko której znajduje się malownicza skała, znana z wielu fotosów. Wszyscy patrzą zauroczeni tym pięknym widokiem.

Obraz w pełni impresjonistyczny, wykreowany przez naturę z całą gamą kolorowych punktów - dominuje zieleń, beż z brązem , błękit z żółcią. Wszystko zatopione jest w rozmigotanym świetle. Czystość powietrza przeszywa nas do głębi, a cisza skłania do refleksji. Obchodząc wyspę oglądamy skałę Jamesa Bonda z różnych miejsc wyrażając swój zachwyt pięknem przyrody , które jest nieprzemijające. To tutaj spotkaliśmy ciekawe zjawiska krasowe, które będą nam towarzyszyć w dalszej drodze.

Łodzią długorufową dotarliśmy do platformy, gdzie po zostawieniu naszych plecaków wyruszyliśmy dwuosobowymi kajakami w dalszą drogę poprzez laguny, lasy namorzynowe i cudowne groty pełne stalaktytów. Niektóre z nich były tak niskie, że trzeba było położyć się w kajaku przechylając się do tyłu. I tak z jednej zatoki przedostawaliśmy się do następnej podziwiając wspomniane zjawiska krasowe. Po powrocie na platformę, zmęczeni cudownymi doznaniami, wysoką temperaturą, chętnie piliśmy przygotowany zimny napój i zajadaliśmy, pyszne, wymrożone, tajlandzkie owoce.

Zjawiska krasowe, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Zjawiska krasowe, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

I znów długorufowa łódź przeniosła nas w inny świat, do wioski Morskich Cyganów, osady zbudowanej na drewnianych palach wbitych w morskie dno. Wszystko jest z drewna – chodniki ulic, domy mieszkalne, restauracje. Spacerując uliczkami pomyślałem o Wenecji, by po chwili to skojarzenie odrzucić. Mieszkający tutaj ludzie żyją z połowu ryb, handlu, gastronomii. Podobno pragną zachować trochę prywatności, toteż nie lubią wścibskich turystów zaglądających do wnętrz domostw więc chyłkiem przemykamy z jednej uliczki do drugiej. Spotykamy stragany z pamiątkami, sprzedawcy wabią nas pięknymi tkaninami, biżuterią oraz perłami. Trudno jest wyzwolić się z ich handlowych objęć ale udało mi się mówiąc, że pragnę obejrzeć ich towary, że muszę się zastanowić. No cóż, natrafili na osobę, która nie lubi sklepików, magazynów handlowych. Nudzi mnie to i męczy. Dla mnie najważniejsze są wrażenia i doznane przeżycia, by nabić swój akumulator.

Wchodzimy do restauracji w tradycyjnym wystroju Morskich Cyganów. Stoły nakryte czekają na gości. Panuje czystość i miła atmosfera. Młode, sympatyczne kelnerki w cygańskich ubiorach podają do stołu pyszne dania… Roznosi się ciekawy zapach przypraw dodanych do potraw.

Pozostało trochę czasu. Przebiegam uliczkami by je sfilmować. W tym momencie spotykam jakiegoś azjatyckiego turystę, wygląda jak Brus Lee. Coś do mnie mówi, ale ja się bardzo spieszę, więc sympatycznym gestem żegna się ze mną, by po chwili go powtórzyć. … Biegnę do przystani, gdzie zacumowano naszą łódź. Płyniemy do naszego portu z którego odpłynęliśmy wcześnie rano, by jak najszybciej powrócić na kolację do hotelu.

Samolot odbił się od płyty lotniska. Nie zdążyłem jeszcze odpiąć pasów, zmienić położenie fotelu na bardziej wygodne od tego pionowego, a już zacząłem dokonywać wewnętrznego posumowania przebytej podróży. Było wspaniale… Zdaję sobie sprawę, że każdy z podróżujących inaczej odbiera otaczający świat, tak jak różnie odbiera się malarstwo, rzeźbę, muzykę czy film. Uzależnione jest to na pewno od wrażliwości, wiedzy, kontekstu jego poznawania. Dla mnie Tajlandia południowa to świat bajecznie piękny, kolorowy, pełen światła z którym w pełnej harmonii żyją ludzie cechujący się empatią i wewnętrznym spokojem. Nie jest ten kraj jednak pozbawiony zagrożeń w postaci trzęsienia ziemi czy tsunami oraz nieszczęść wynikających z kolizji komunikacyjnych. Ruch na drogach czy ulicach miast jest oszałamiający. Pełno samochodów, ciężarówek, autobusów, busików, tuk – tuków… Śmigające pojazdy są uprzywilejowane, nie zwraca się uwagi na pieszych, stąd łatwo o wypadek. Równie niebezpieczne może okazać się nurkowanie czy podróż motorówką lub kajakiem, które mogą trafić w wystającą z morza skałę. Nie wolno nam także zapomnieć o możliwości spotkania dzikich zwierząt np. węży. No cóż, miał rację mój brat pytając mnie o dodatkowe ubezpieczenie budząc we mnie niepokój przed podróżą. Nie chroni ono, ale może pomóc. Zasadność tego pytania uświadomiłem sobie w pełni pod koniec mojej podróży.

Ten świat pełen ciekawej historii, zabytków, a przede wszystkim cudownej przyrody, uśmiechu na twarzach spotkanych ludzi, obudzi na pewno za nim tęsknotę i będę chciał do niego powrócić, by zwiedzić inne regiony. Może los mi pozwoli? Co ze sobą zabieram z tej pięknej podróży? Uśmiech i umiejętność cieszenia się każdą chwilą życia.


Zjawiska krasowe - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczWat Chalong - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczTarg z owocami - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczNiebiańska Plaża - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczZjawiska krasowe - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczLas namorzynowy - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczWioska Morskich Cyganów - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczBudda Leżący - Świątynia Małp - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczBudda Siedzący - Świątynia Małp - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczTrekking - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczPoganiacz słoni - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczDżungla - rzeka Sok - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczSkały wapienne w Khao Sok - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczMacierzynstwo małp - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczOtoczenie hotelu - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczOtoczenie hotelu-park - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczPozostałości po tsunami - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczDrzewa - pozostałości po tsunami - Tajlandia, foto Aleksander TalarkiewiczStorczyki rosnące na na drzewach - Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Komentarzy: 1

Magdalena
5 lipca 2014 (17:50)
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu
Dziękuję za ciekawy reportaż w którym zawarto moc subiektywnych wrażeń i ciekawych spostrzeżeń oraz ważnych informacji o kraju do którego pragnę się wybrać. Język i styl obrazowy pełen światła i barw.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Szlakiem irańskich miast

Podróż do jednego z typowo islamskich krajów była moim marzeniem od dawna. Poznawszy wcześniej życie mieszkańców Dalekiego Wschodu, ich kulturę, religię, a także krajobraz, chciałam...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".