Po ponad godzinnej podroży łodzią docieramy do Krabi- malej miejscowości w
południowej części kraju. Znajdujemy nocleg za ok. 10 USD za pokój. Ponoć
najtańszy w mieście, choć jeszcze wtedy nie wiemy, ze w rzeczywistości najtańszy w mieście guesthouse kosztuje 3 USD za pokój i jest niewiele gorszy od tego trzy razy droższego. Po krótkim rekonesansie po mieście wpadamy na pomysł aby wynająć auto. Mamy dość płacenia sporej kasy za każde przemieszczenie się taksówką (w Krabi nie ma komunikacji miejskiej), a odległości od miejsc w które chcemy się udać są dosyć duże. Przy tutejszej cenie paliwa (ok. 0,6 usd za litr) auto wydaje się być
najrozsądniejszą opcją. Znajdujemy białego dżipa do złudzenia przypominającego
Papamobile (za ok 25 USD za dobę) który przez najbliższą noc będzie pełnił również
rolę hotelu.
Jako pierwszą odwiedzamy jaskinię Tygrysa na obrzeżach miasta. Znajduje się
tam buddyjska świątynia wraz z górą, z której po pokonaniu blisko 1300
schodów rozciąga się niesamowity widok na Krabi i najbliższą okolicę oraz znajduje
się duży posąg Buddy.
Przy lejącym się z nieba żarze, wyjście i zejście z góry
było ogromnym wysiłkiem. Postanowiliśmy się trochę ochłodzić, dlatego
skierowaliśmy się w stronę wodospadów, znajdujących się ok. 20 km na wschód od
Krabi. Na miejscu okazało się, że trafiliśmy do źródełka z rożnymi minerałami, w
którym orzeźwienie nie było możliwe, bo… woda była gorąca. Z
ochłodzenia nic nie wyszło, za to kąpiel lecznicza jak najbardziej. Nie chcąc
dać za wygraną, spróbowaliśmy pojechać do pobliskiego wodospadu. Nie mieliśmy
pewności czy uda się wejść, bo w mieście słyszeliśmy, że bilet kosztuje 6
USD od osoby.
Pod bramą parku ujrzeliśmy tabliczkę, z której wynikało, że
wodospad znajdujący się na jego terenie od ponad godziny jest już zamknięty.
Właściwie to zamknięte jest okienko, w którym pobierane są opłaty, ale przecież
nikt nie może zamknąć przed ludźmi parku. Dlatego po 10 minutowym spacerze
docieramy do sporego, dwudziestometrowego wodospadu z… lodowatą wodą. W końcu
udaje nam się ochłodzić. Spotykamy tu tez parę, która robi nam zdjęcia jak
pluskamy się w wodzie… i nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie mały
szczegół. Młody mężczyzna okazuje się być Polakiem, który od kilku lat mieszka w
UK, a do Tajlandii przyjechał z koleżanką Japonką na wakacje. Cóż za zbieg
okoliczności. Jak do tej pory to jedyny Polak, którego udaje nam się tutaj
spotkać.
Zmierzch zapada w Tajlandii w ekspresowym tempie i do tego dosyć wcześnie, bo tuż po 18. Póki jeszcze jest jasno, kierujemy się w stronę plaży Ao Nang, na której mamy zamiar spędzić noc. Jednak nie jest to takie proste zadanie. Po ponad godzinnym krążeniu po okolicy udajemy się po wskazówkę do napotkanej ekskluzywnej restauracji. Zostajemy skierowani do jednego z kelnerów, który mówi po angielsku i udzieli nam pomocy. Ten rysuje nam odręcznie mapkę, a na pytanie o plażę odpowiada “będziecie mieć tyle plaży, ile tylko zechcecie”.
Brzmi nieźle…
Jeżdżąc po okolicznych wioskach obserwujemy wieczorne życie tajskiej wsi (w miastach jest podobnie, z tą tylko różnicą, że siedzą przed domami na chodnikach), gdzie wszędzie można dojrzeć odpoczywające rodziny (lub znajomych) przed domami, na kocykach, na gankach – jedzą, piją, śmieją się, dzieciaki latają wokół i panuje totalna sielanka. Nikt tu nie chodzi pijany, nikt nawet nie myśli żeby na kogoś spojrzeć spod oka... Całkowity luz.
Siadamy kilka metrów obok, choć niespecjalnie ktokolwiek nas zauważa. Po raz pierwszy dostrzegamy, że nie jesteśmy głównym obiektem zainteresowania, zatem oznacza to chwile odpoczynku dla nas. Obserwujemy również najlepszą rozrywkę tutejszych młokosów, która polega na skrzyknięciu się z kumplami (zazwyczaj w czterech) i wrzuceniu innego ziomka do wody. Frajdy jest co nie miara. I tak co chwile. Zawsze można być następnym…
Noc spędzamy na plaży i w samochodzie. Miejscowi rybacy, nocą wyciągają z wody sieci, wiec co rusz, z niedowierzaniem świecą po nas latarkami, aby sprawdzić czy w aucie faktycznie ktoś śpi. Zresztą, ciężko nie rzucać się w oczy, skoro nasz dżip przypomina choinkę.
Ku naszemu zaskoczeniu, jednym z rarytasów (oprócz szaszłyków, czy grilowanej kukurydzy) jest zapiekany ziemniak. Smak jest praktyczne taki sam jak w Polsce.
Kolejnym miejscem, do którego zmierzamy jest wyspa Ko Tao (autobusem z Krabi do Surathani, oraz łodzią z Surathani na Koh Tao), słynąca z najtańszych kursów nurkowania. Jeśli atmosfera na wysepce będzie sprzyjająca, to zakotwiczymy tam przez najbliższych kilka dni.



Start


Komentarzy: 0


