„Tam wszędzie był front” - rozmowa z Henrykiem Schiele ps. „Aramis”
    powstanie warszawskie22 · PRL51 · komunizm25 · bohaterowie historii9
2011-06-05
Z Henrykiem Schiele rozmawia Bartłomiej Bartoszek

Jak z kolegą wychodziliśmy by zobaczyć co się stało to natknęliśmy się na dwie młode dziewczyny. One stały w oknie i zmasakrowało im twarze, a siła wybuchu była tak duża, że zerwało z nich niemal całe ubranie. Na podwórzu stało drzewo liściaste, a po wybuchu było łyse.

- Gdzie zastał Pana wybuch wojny w 1939 roku?

- Zastał mnie w Warszawie. Dotarł do nas apel płk. Umiastowskiego aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni udawali się w kierunku Lublina. Zabrało się nas sześciu by tam pójść. Ja byłem najmłodszy bo miałem wtedy 17 lat. Ruszyliśmy więc do tego Lublina. Póki mieliśmy swoją żywność to doszliśmy jakieś 30 km od Warszawy. Tam przekonaliśmy się, że nie da się iść dalej bo nic nigdzie nie można było kupić mimo że mieliśmy pieniądze. Ludzie, którzy przechodzili przed nami wykupili już wszystko co się dało. W takiej sytuacji doszliśmy do wniosku, że wracamy do Warszawy. Gdy wracaliśmy to natknęliśmy się na tłumy idące z miasta. Musieliśmy się przez nie przedzierać idąc pod prąd. Doszliśmy do stacji kolejowej bodaj Anin. Tam stał pociąg ewakuacyjny dla rodzin kolejarskich z Poznańskiego. Na początku składu były wagony osobowe, a w nich rodziny z dziećmi. Dalej były wagony towarowe. Robiło się już ciemno więc weszliśmy do jednego z nich. Tam usnęliśmy. Budzimy się rano i nie wiemy gdzie jesteśmy, a tu stacja Józefów. Kolega stwierdził, że powinniśmy przejść dalej. Tam stały jakieś wagony towarowe, tak by zająć sobie cały wagon. Tak też zrobiliśmy. W międzyczasie okazało się, że w beczkach, na których siedzieliśmy było masło. Wzięliśmy więc go trochę.

Potem trzymaliśmy się blisko wojska, które rozdawało chleb. Pić nie było co, ale mieliśmy to masło więc smarowaliśmy nim chleb tak grubo by przeszedł przez gardło. Jak dotarliśmy do Lublina to było już prawie po wojnie. W mieście na magazynie były skrzynie z sucharami. Te suchary ładnie wyglądały, ale były niesamowicie twarde i dosłownie trzeba było je piłować zębami. Jeden z kolegów wziął skrzynkę tych sucharów i po drodze rozdawaliśmy je rodzinom.

Z Lublina dotarliśmy do Maciejowa pod Kowlem. Tam dowiedzieliśmy się, że Rosjanie przekroczyli granicę. Naradziliśmy się więc gdzie idziemy teraz – na wschodzie wróg i na zachodzie wróg. Uznaliśmy, że trzeba wrócić do rodzin i ruszyliśmy z powrotem do Warszawy. Byliśmy jednak na Ukrainie i grasowały tam uzbrojone bandy ukraińskie więc trzeba było trzymać się przy wojsku bo inaczej to... Zdarzało się, że atakowali mniejsze polskie oddziały. Dopiero gdy przeszliśmy przez Bug to wiedzieliśmy, że jesteśmy w Polsce i możemy czuć się w miarę bezpiecznie. Na tych ziemiach wschodnich to bieda była niesamowita, nawet zapałek nie mieli.

Po przekroczeniu Bugu dotarliśmy do Chełmu. Tam zapytaliśmy jednego mieszkańca gdzie tu można coś zjeść. Skierował nas do Żydówki, która wydawała obiady. Poszliśmy do niej, ale już nic nie miała. Mój kolega zapytał się: „A jajka pani ma?”; „No mam trochę” odpowiedziała. „To niech pani przygotuje sześć porcji po 10 jajek”, a ona na to: „Coś pan zwariował? Tyle jajek to w całym Chełmie nie ma!”. W końcu dostaliśmy po trzy jajka.

Idąc dalej do Warszawy szliśmy cały czas pieszo, nocowało się w stodołach lub pod gołym niebem i ciągle to masło mieliśmy. Bodajże siódmego października dotarliśmy do Warszawy. Baliśmy się, że nasze domy mogły zostać zniszczone. Doszedłem na ul. Żelazną i zobaczyłem, że na szczęście mój dom stoi.

- Kiedy Pan przyłączył się do konspiracji?

Styczeń 1943 r. Siedzą: czwarty od lewej Styczeń 1943 r. Siedzą: czwarty od lewej "Atos", piąty od lewej "Portos", siódmy od lewej "Aramis"
Formalnie byłem od 1942 roku w NOW-AK. Jednak musiałem mieć świadków, a por. Hermanowski mógł zaświadczyć, że byłem od 1943 bo sam się wtedy „zapisał.” Przeszedłem też szkolenie dla dowódców niższego szczebla. W konspiracji przybrałem pseudonim „Aramis”. Razem z dwoma kolegami wzięliśmy sobie na pseudonimy imiona trzech muszkieterów. Oni byli „Atos” (Zdzisław Szyszko) i „Portos” (Włodzimierz Stanisławski). „Atos” to był fantastyczny chłopak. Ukończył podchorążówkę z drugą lokatą. Oni obaj zginęli na w Powstaniu, Starym Mieście.

Brat „Portosa” miał niezwykłe szczęście, przeżył rzeź na Woli. Niemcy mordowali ludność cywilną. Podzielili wpierw ludzi – mężczyźni osobno, kobiety osobno, nie oszczędzali nawet dzieci. Tysiące ludzi, karabiny maszynowe i... po wszystkim. Brat „Portosa” był gdzieś w środku szeregu i zauważył, że ludzie „się kładą”, więc i on się położył. Był cały we krwi, przywalony martwymi. Po pewnym czasie Niemcy odeszli, a on zrzucił z siebie leżące na nim ciała i się wydostał.

- Jak wyglądało Pana życie pod okupacją?

- To bywało różnie. Nie trzeba było nigdzie przynależeć żeby trafić do obozu. W czasie okupacji chodziłem do zawodowej Szkoły Handlowej. Nie mogło być języka polskiego tylko przedmiot się nazywał „korespondencja handlowa”, a prowadził to polonista. Pamiętam jak poświęcił jedną lekcję by nam wyjaśnić jaka jest różnica między cywilizacją, a kulturą. Opowiadał o dwóch Anglikach, którzy wybrali się na polowanie do Indii. Tam jeden z nich wypatrzył kozicę i wziął ją na cel, a drugi podchodzi do niego i mówi: „Nie strzelaj. Ona ma młode, kto się nimi zaopiekuje?”. I to jest kultura, a to co nam ułatwia życie to jest cywilizacja.

Raz miałem niebywałe szczęście. To było w czasie większej łapanki. Szliśmy do „handlówki”, która mieściła się na ul. Poznańskiej. Szło nas trzech, ja mój brat i nasz kolega. Szliśmy marszem ubezpieczającym – jeden zawsze na przodzie by na skrzyżowaniu pokazać pozostałym czy droga jest bezpieczna. Doszliśmy do tej szkoły choć wszyscy pukali się w głowy, że w czasie łapanki wybraliśmy się na lekcje.

- Wybuch Powstania pewnie Pana nie zaskoczył. - Byliśmy na to przygotowani bo parę dni przed Powstaniem była próbna koncentracja i po niej otrzymaliśmy rozkaz by nie opuszczać Warszawy. Dopiero tam dowiedzieliśmy się kto jest w konspiracji. Mój młodszy brat był w konspiracji i ja byłem, ale obaj o sobie nawzajem nie wiedzieliśmy. Starszy brat walczył w kampanii wrześniowej i dostał się do niewoli. Był w obozie jenieckim gdzieś niedaleko Stuttgartu. Mój młodszy brat walczył w Powstaniu w batalionie „Kiliński” w kompanii „Osa”. Na początku był w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Opowiadał mi, że tam w czasie walk to z Niemcami po schodach się ganiali. Poległ 29 sierpnia. Dowiedziałem się o tym gdy podczas ewakuacji Starówki, gdy wchodziłem do kanału... Miał 20 lat...

Ja natomiast byłem w kompanii „Gertruda” batalionu „Gustaw”, którą dowodził por. „Włodzimierz” (Jan Hermanowski). Nasza kompania została zdziesiątkowana przez wybuch czołgu pułapki na ul. Kilińskiego więc po 13 sierpnia włączono ją do kompanii „Anna”. Dowódcą mojej drużyny był „Hel” (Antoni Dobraczyński). Gdy byłem już ranny to brat mnie odwiedzał. Raz, jak przyszedł to powiedziałem mu żeby nie przychodził bo to zbyt niebezpieczne. Niemcu ciągle nas ostrzeliwali, samoloty to codziennie zrzucały na nas bomby. Niemcy wykorzystywali też miotacze min, na które mówiliśmy „szafy”. Wydawały one taki dźwięk jakby ktoś szafę przesuwał. W Śródmieściu zaś mówili na te miotacze „krowy”.

- Jak wyglądał początek Powstania widziany Pana oczami?

- Byliśmy na ul. Chłodnej, a potem przeszliśmy na Ogrodową. Cały czas niemal byliśmy na kwaterze, bo nie było broni. Było ustalone kto, gdzie i kiedy ma uderzyć, ale brakowało broni. Niemal tydzień czekaliśmy tam. Dopiero gdy ruszyło niemieckie natarcie w kierunku Starego Miasta to przeszliśmy na Starówkę. Nasz oddział walczył w rejonie katedry i Podwala. Nie byliśmy jednak w oddziałach szturmowych, był w nich mój brat. My pełniliśmy służbę pomocniczą: patrole, warty.

- Gdzie Pański oddział miał koncentrację?

- Pierwsza koncentracja była na ul. Chłodnej. Byliśmy w domu zamożnej rodziny, pamiętam skórę tygrysa rozłożoną na podłodze i prawdziwą porcelanę. Tamta rodzina gdzieś uciekła. Książki do czytania mieliśmy z podobnych domów i mieszkań, których mieszkańcy uciekli bądź pochowali się w piwnicach. Choć tam też nie było bezpiecznie. Pamiętam jeden przypadek kiedy to ojciec z synem poszli na wyższe kondygnacje kamienicy coś przygotować, a matka z córką zostały w piwnicy. Pocisk nagle uderzył tak, że wszyscy, którzy byli w piwnicy zginęli, a ci, którzy byli wyżej przeżyli. Taki los spotkał rodzinę Jana Krenza, tego dyrygenta.

- Walki na Starówce były ciężkie.

- Proszę pana... Tam wszystkie oddziały były zdziesiątkowane. Trzynastego sierpnia zginął „Portos”. Kwaterowaliśmy wtedy na ul. Kilińskiego. Brakowało broni, dali nam więc taką dwururkę, którą wykorzystywano w służbie wartowniczej. Każdy jednak wstydził się z tą dwururką chodzić. Mieliśmy też broń krótką więc umówiliśmy się, że co godzinę będziemy się zamieniać bronią. Gdy staliśmy na warcie to nagle podszedł do nas Józef Orwid, ten słynny przedwojenny aktor. Jak zobaczył naszą broń to podszedł i pyta: „Co to panowie? Na polowanie się wybieracie?”. „Portos” zginął wtedy co Orwid, przy wybuchu czołgu na ul. Kilińskiego.

Wszędzie zawsze chodziłem z Portosem. Mnie uratowało to, że czytaliśmy tą samą książkę „Przygody Tomka Sawyera”. On czytał czytał tą książkę wtedy. Gdy dowiedział się, że nasi zdobyli jakiś czołg, postanowił pójść i go zobaczyć. Chciał żebym poszedł z nim, ale stwierdziłem, że wykorzystam sytuację żeby zostać i poczytać książkę. To mnie uratowało. „Portos” poszedł i... Tak go rozszarpało, że niewiele z niego zostało. Ja zostałem ranny 20 sierpnia, a „Atos” zginął 24 sierpnia. Wcześniej gdy był na barykadzie to został poturbowany bo Niemcy wstrzelali się w barykadę. Dostał więc od lekarza trzy dni wolnego. Poszedł na kwaterę, która była na pierwszym piętrze i wtedy wpadł tam pocisk. Zginął wtedy on i dowódca kompanii „Anna” (ppor. Andrzej Sanecki ps. „Andrzej”). Tam wszędzie był front. Potem miałem obowiązek zawiadomić rodziny o śmierci bliskich. To nie było ani łatwe, ani przyjemne zadanie.

Ebooki o historii w naszej księgarni Ebook.MojeOpinie.pl
Kup ebooka Kompania Braci
Kompania Braci
21,0 17,79 PLN
Kup ebooka Psy Stalina
Psy Stalina
29,9025,34 PLN
Kup ebooka Tajna Wojna Stalina
Tajna Wojna Stalina
39,00 34,17 PLN
Kup ebooka Wicher wojny
Wicher wojny
34,00 30,18 PLN
Gdy na Kilińskiego wybuchł ten czołg to akurat czytałem książkę, a mój kolega spał. Mimo że nasze okna nie wychodziły na ulicę tylko na podwórze, to gdy czołg wybuchł to tak nami rzuciło, że ręką nie mogłem ruszyć. Tam był tak straszliwy huk. Niemcy specjalnie ten czołg podstawili. Podjechali nim, a załoga uciekła. Nasi więc go rozebrali barykadę i wjechali nim. Zapalnik był zaś ustawiony na określoną godzinę. Gdy to wybuchło to urządziło masakrę. Jak z kolegą wychodziliśmy by zobaczyć co się stało to natknęliśmy się na dwie młode dziewczyny. One stały w oknie i zmasakrowało im twarze, a siła wybuchu była tak duża, że zerwało z nich niemal całe ubranie. Na podwórzu stało drzewo liściaste, a po wybuchu było łyse. Jak my się pojawiliśmy to te dziewczyny do nas: „Koledzy! Ratujcie!”. Wzięliśmy je, żeby wyprowadzić je z budynku, ale wyjścia nie było bo w bramie stały butelki z benzyną i to się zapaliło. Chcieli nam podstawić drabinę do okna, ale w międzyczasie ugasili ten pożar. Wyprowadziliśmy te dziewczyny, a potem poszliśmy pomóc nosić rannych. To było coś okropnego... Łopatami zbierano kawałki ciał do skrzyń. Nawet Bór-Komorowski został ranny w tym wybuchu. Tam zginęło ponad 200 ludzi, wśród nich był „Portos” i ten aktor Orwid. Zabitych chowano do dołów. Tylko dla Orwida przyniesiono trumnę, był wtedy znaną postacią w Warszawie. - Został Pan ranny 20 sierpnia...

- Budynek przy ul. Kilińskiego, w którym byliśmy został trafiony i dostaliśmy z kolegą zadanie by zamknąć przejście w tamtym budynku. Nagle zaczął się ostrzał. Mój kolega schował się bardziej w głębi, a ja stanąłem w progu. Nagle wpadł pocisk i trafił mnie w nogę. Trafiłem do szpitala. To była zwykła piwnica gdzie leżałem na węglu.


Komentarzy: 3

ED
26 lipca 2011 (19:36)
Wspaniały człowiek
Znam Pana Schiele ponad 10 lat. Wprawdzie nie osobiście ale z listów. Korespondujemy ze sobą i rozmawiamy telefonicznie bo łączy nas pewna pasja. Uważam, że jest to wspaniały ,uczciwy i dobry człowiek. Teraz poznałem w szczegółach Jego historię i życie.Cieszę się i dumny jestem z tego, że znam tak wspaniałego człowieka.

esjotbe
29 sierpnia 2016 (14:31)
Swiat jest maly
PWPW. Mój ojciec tam pracował. W czasie Powstania w jako por Dembowski, Mama -Puma. Ja miałem półtora roku, ale - na szczęście - niczego nie pamiętam.

Małgorzata Koszarek
3 listopada 2016 (15:02)
Nieżyje p. Henryk Schiele
W dniu 31.X.br. w Krakowie zmarł kpt. w st. spocz. Henryk Schiele ps. „Aramis” żołnierz AK, powstaniec warszawski w oddziale “Gustaw”-“Harnaś”, Kompania “Gertruda” ranny w czasie walk, jeniec Stalagu XIA Altengrabow. Członek krakowskiego Klubu Powstańców Warszawskich, przyjaciel naszego Muzeum. Jego pogrzeb poprzedzony Mszą św., odbędzie się w dniu 8.XI.2016 r., (wtorek) o godz. 12.20 na Cmentarzu Rakowickim.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".