Terzani na pogrzebie komunizmu - Recenzja książki „Dobranoc Panie Lenin”
    Terzani9 · reportaż60 · Rosja257 · kraje posowieckie7
2011-07-24
Tiziano Terzani cieszy się po śmierci w Polsce imponującą popularnością. Raz po raz tłumaczone są na polski i wydawane kolejne jego książki. Tym razem przyszedł czas na "Dobranoc panie Lenin" - zapis podróży Włocha po rozpadającym się Związku Radzieckim jesienią 1991 r.

Przystępując do lektury tej książki miałem mieszane uczucia. Ze studiów Rosjo-znawczych wyniosłem w miarę porządną (wydaje mi się) znajomość Rosji, ale jednocześnie przekonanie, że ludzie Zachodu zajmować się tym krajem nie umieją. Wyłączając kilka wyjątków, po prostu tego państwa nie czują, brak im kulturowego backgroundu i tej nieokreślonej empatii, dzięki której najlepiej można zrozumieć Słowian. W efekcie ich rozumienie Rosji jest spłycone i jednostronne. Co więcej, często nie znają języka, co w przypadku tego kraju jest absolutnym minimum.

Z drugiej strony - sięgałem po kolejne dzieło mojego ulubieńca, któremu mogę zarzucać New Age'owskie odchylenie, ale na pewno nie brak wiedzy i nierzetelność. Biorąc "Lenina" do reki bałem się więc , że Włoch popełnił książkę, która skończy jak dzieła tytułowego bohatera - na śmietniku... literatury.

Lęk potęgował fakt, że Terzani podpadał pod obie wspomniane kategorie: nie znał rosyjskiego, a Rosją się nigdy nie zajmował. Miał wszelkie podstawy by napisać książkę - gniota.

Tak się jednak nie stało.

Kapuściński i Terzani, wpadli na ten sam pomysł podróży po rozpadającym się ZSRR i to z dala od utartych politycznych szlaków Moskwy czy Leningradu, obaj napisali książki, tyle tylko, że Kapuściński zrobił to lepiej.
Głównie dlatego, że... to nie jest książka o Rosji. O niej samej w niej mało, a jeśli już - to nie tak źle . Pierwsze rozdziały - opisujące rejs po Amurze, na którym zastał Terzaniego pucz Janajewa i gdzie podjął nagłą decyzję o podróży po ZSRR - są bardzo dobre. Widać, że tam, gdzie styka się problematyka chińska, azjatycka, tam Terzani ma wiele do powiedzenia (ze stricte rosyjską jest już trochę gorzej). Co więcej - świetnie podsumowuje rosyjsko - chińskie zapasy ideologiczne i ich zwieńczenie - wojnę w 1969 r. Jego opis tej iście kuriozalnej kampanii, w której tysiące żołnierzy bije się o pozostawiony na mieliźnie czołg (który w końcu tonie) jest kwintesencją makabreski komunizmu. Jego wydźwięk ma wręcz wymowę metafory.

Potem jeśli chodzi o Rosję, jest już gorzej. Terzani dobrze zrobił omijając jak tylko mógł tematykę rosyjską, gdyż jej po prostu nie czuł. Najlepiej to widać w jego użalaniu się na ciągłą konieczność picia. Włoch na stronach książki raz po raz biadoli, jak to musiał imprezować z miejscowymi i nie mógł odmówić. Narzeka i psioczy, aż człowieka gniew bierze. Co za ignorancja!

Bez picia nie zrozumie się Rosji! Tej kultury, tradycji, mentalności! Terzani nie pojmuje Jerofiejewowskiego aforyzmu "każdy uczciwy człowiek na Rusi pił" - i to nie tylko dlatego, że prawdopodobnie nie wie, kim był Wieniczka Jerofiejew.

Lajtmotywem tej książki nie jest jednakże Rosja, lecz raczej - wszystko, co nie-rosyjskie. Terzani postanowił podróżować po azjatyckich republikach ZSRR, celowo omijając Moskwę i wielką politykę. Zwiedził więc centralno-azjatyckie "stany" (Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan, Tadzykistan i Turkmenistan) oraz republiki kaukaskie (Azerbejdżan, Gruzję i Armenię).

Mamy tu dobry opis dziennikarskiej roboty, tym ciekawszy, że pokazujący realia tego zawodu od kuchni. A także dowód na to, że - mimo wszystko - nawet nie znając języka, można było po ZSRR jeździć i coś zrozumieć. Komunizm i śledzenie jego upadku jest spoiwem łączącym tę książkę, spójnym i logicznym.

To największa jej zaleta. Terzani na jej stronach udowadnia, że dobrze zrozumiał, czym jest komunizm. Z pewnością pomogło mu własne doświadczenie, lata młodzieńczej fascynacji, wietnamskich nadziei a potem rozczarowania, a nade wszystko - chiński okres życia, zakończony reedukacją. Takie lekcje pozwoliły mu wyzbyć się złudzeń co do jedynego słusznego ustroju i skutecznie go podsumować. Jak w opisach Komsomolska nad Amurem. Albo deskrypcji bezbarwnych aparatczyków, czy groteskowych pomników. W demaskacji quasi-religijnego kultu Lenina i pełnym szczerego zdumienia pytaniu: "jak myśmy(Zachód) mogli się tak długo tego kraju bać? Przecież gdyby kiedykolwiek Moskwa postanowiła zaatakować Zachód, połączenie telefoniczne z pewnością w ostatniej chwili zostałoby przerwane i rozkaz w końcu by nie padł, generał z kluczem do arsenału nie zjawiłby się na czas, a pierwszy pocisk spadłby na głowy tych, którzy go wystrzelili".

Najlepiej jednak Terzani podsumowuje czym był ten system, na prostej metaforze... jabłek:

"Nauka jest już w stanie stworzyć taką odmianę jabłek, który będzie w sobie łączyć wszystkie najlepsze cechy innych jabłek, a jednocześnie będzie pozbawiona wszystkich ich wad. Poza jednym: otóż taki nadgatunek jabłka ma swoją określoną długość życia, które kiedyś się skończy. Jeśli wyeliminujemy wszystkie pozostałe gatunki, a nadjabłko umrze, nie będzie już istniało żadne inne, które w ramach naturalnej selekcji mogłoby zająć jego miejsce. Po jabłku doskonałym po prostu już nie będzie jabłek".

Tak samo jest z ideami, a komunizm jest właśnie takim doskonałym nadjabłkiem, który przyniósł tylko tragedie.

Jednakże bardziej niż intelektualne metafory zapadają w pamięć jego opisy codziennej męki w dostaniu najprostszych rzeczy, załatwieniu najłatwiejszych spraw; ukazanie systemu, który upodlił ludzi. Pokazując to na szczegółach, Terzani oddaje istotę sprawy. Zresztą, sami posłuchajcie:

"W komunistycznym świecie klucze odgrywają niezwykle ważne role. System komunistyczny to poza wszystkim 'system kluczy'. Używa się ich do wszystkiego i we wszystkich możliwych okolicznościach. Klucze do drzwi, do biurek, do szuflad, do szafek, do rowerowych kłódek, do walizek, do lodówek, do skrytek pocztowych i do klatek dla ptaków. Problem polega zawsze na tym, że należy znaleźć odpowiedniego klucznika. Zwykle nie liczy się on nadto w miejscowej hierarchii, lecz dzięki posiadanym kluczom ma niezwykłą władzę nawet nad faktycznie rządzącymi".

Dla tego podsumowania komunizmu warto po tę książkę sięgnąć... albo raczej: każdy na Zachodzie powinien. Bo my mamy o wiele lepszy wzorzec: Imperium Kapuścińskiego. Porównanie to narzuca się niejako automatycznie. Obaj – i Kapuściński i Terzani, wpadli na ten sam pomysł podróży po rozpadającym się ZSRR i to z dala od utartych politycznych szlaków Moskwy czy Leningradu. Obaj przemierzyli setki kilometrów. Obaj dotarli do ongiś zupełnie niedostępnych miejsc (często - tych samych). Obaj napisali potem książki.

Tyle tylko, że Kapuściński zrobił to lepiej. Nie tylko jego wizja jest spójniejsza, ale nade wszystko - głębsza. Terzani to znakomity dziennikarz, o świetnym warsztacie i sumienności. Ale nic więcej! Brak mu błysku. "Lenin" jest tylko zapisem chwili, choć wiele prognoz Terzaniego się sprawdziło, to brak im mocy proroctwa. Ta książka była na czasie 20 lat temu i choć podsumowanie komunizmu się broni, to reszta się zdezaktualizowała. Ciekawie się to czyta, ale nic więcej.

Terzani to znakomity rzemieślnik, może nawet majster wybitny, ale nic ponad to. A Kapuściński przekroczył granice dziennikarstwa, miejscami swymi opisami zbliżając się do poezji. W pojedynku z poezją rzemiosło, nawet znakomite, zawsze będzie w cieniu. Tak samo jak dziennikarstwo w zestawieniu z literaturą.

Najlepiej widać to gdy porównamy opisy dwóch miejsc, obecnych i u Terzaniego i Kapuścińskiego: Samarkandy i Armenii. Terzani pisze ciekawie, konstatacje ma słuszne (przykładem stwierdzenie, że Ormianom brak tupetu Żydów, choć poszkodowani przez los byli podobnie), ale brak tu głębi i siły metafor "Imperium". Historia "nożyc śmierci i piękna" Tamerlana w opisie Samarkandy, czy książek, które dla Ormian były ważniejsze od złota i dzięki którym zachowali swą tożsamość, są tym, z czym po latach wciąż będzie się kojarzyło Imperium i czym się obroni. U Terzaniego nie ma takich fragmentów. To tylko dziennikarstwo, choć znakomite.



Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".