„The House” Katie Melua – czarów łagodnej Katie ciąg dalszy
    Katie Melua1 · recenzja muzyczna114 · premiera płyty10 · Rada Etyki Mediów4
2010-05-24
Gdy bodajże w kwietniu pojawił się w internecie najnowszy teledysk Katie Melua „The Flood”, promujący czwarty studyjny album wokalistki, niejedna osoba, oglądając klip, przecierała oczy ze zdumienia. Czy to aby na pewno ta sama Katie? Ta od „Nine million bicycles”, „Spider's web”, „Piece by piece”, czy też „I cried for you”. Czy ta obecna Katie, śpiewająca w otoczeniu prawie nagich mężczyzn, to aby na pewno ta sama, grzeczna, łagodna i eteryczna dziewczyna, którą kojarzymy z poprzednich płyt?

No cóż... jakkolwiek mało precyzyjnie to zabrzmi, po przesłuchaniu najnowszego albumu, na powyższe pytania przychodzi mi do głowy jedna odpowiedź – i tak, i nie.

Z jednej strony, wkładając płytę do napędu, a następnie przysłuchując się kolejnym utworom, dosyć szybko nasuwa się spostrzeżenie, że „ilość Katie w Katie” nie uległa zmianie. Album „The House” to kwintesencja wszystkiego co w Katie najlepsze, wszystkiego za co jest tak uwielbiana i ceniona. W telegraficznym skrócie, „The House” to przepiękny głos wokalistki oraz świetne, głębokie teksty traktujące głównie o miłości oraz pogoni za kapryśnym i ulotnym szczęściem. Zaś od strony muzycznej otrzymujemy umiejętne wymieszanie spokojnej łagodności z mocniejszymi uderzeniami oraz swoistą drapieżnością. Drapieżnością, której na szczęście daleko do ciężkostrawnej wulgarności. Tym samym całość nie jest w żadnej mierze nudna ani mdła.

Na płycie znajdziemy 12 utworów i, tak właściwie, aż roi się tutaj od potencjalnych hitów. W zależności od tego co jest dla nas ważniejsze, przyjemna, szybko wpadająca w ucho muzyka lub inteligentne, poruszające serce teksty, tymi hitami mogą być zarówno promujący album, wspomniany już wcześniej „The flood”, jak i otwierająca całość przepiękna, akustyczna ballada „I'd love to kill you”. Do tego energetyczny „A happy place”, czy też końcowy, jak dla mnie dosyć tajemniczy i nieodgadniony „The house”. Co więcej, dzięki wymieszaniu melancholijnych ballad z bardziej dynamicznymi utworami, a zwłaszcza dzięki ciekawym aranżacjom w obrębie samych piosenek, cały czas odnosi się wrażenie, że na płycie bez przerwy coś się dzieje. Jak choćby w przypadku „The flood”. Gdy już nastawiliśmy się na tą samą aranżację do końca utworu, nie spodziewając się żadnych „udziwnień”, nagle, dokładnie w połowie piosenki, zaskoczenie, gwałtowne przyspieszenie i zupełnie nowa stylistyka.

Niemniej, to co najbardziej przypadło mi do gustu w trakcie przesłuchiwania najnowszego albumu Katie, to zabawa muzycznymi konwencjami oraz różnymi gatunkami. Odnajdziemy to choćby w „A moment of madness”, przywodzącej na myśl czasy wodewilu, burleski, występów kabaretowych. Dalej, „Plague of love” stylistycznie zbliżone do piosenek z filmów o przygodach agenta Bonda. A jeśli mogę sobie pozwolić na moment prywaty, to są to jedne z moich ulubionych piosenek z tego albumu. Na uwagę zasługuje również dosyć ciekawa mieszanina rocka z elektroniką obecna w „God on drums, Devil on the bass”, czy też niemal w całości bazujące na elektronicznym brzmieniu „Twisted”. Możliwe, że to zasługa producenta płyty Williama Orbita. A może po prostu ta kilkuletnia przerwa pomiędzy trzecim a obecnym albumem wyszła Katie na dobre. W każdym bądź razie czuć w tym wszystkim autentyczną lekkość, świeżość oraz zabawę muzyką. Choć nie spodziewałam się, że zaiskrzy już po pierwszym przesłuchaniu, to osobiście jestem albumem "The House" po prostu oczarowana.

Gwoli ścisłości, nie jestem na bieżąco z dyskografią Katie. Chociaż orientuję się w jej poszczególnych utworach, zarówno tych sztandarowych, jak i mniej popularnych, to jednak bliżej mi do niedzielnej słuchaczki jej muzyki. Niemniej jednak szczerze polecam najnowszy album Katie Melua. Po przesłuchaniu mam wrażenie, że jego zawartość pogodzi zarówno wiernych fanów wytrwale kolekcjonujących wszystkie albumy i piosenki, jak i tych którzy chcą po prostu posłuchać bardzo dobrej muzyki. A całość zaskoczy i jednych, i drugich, tak jak już wcześniej zaskoczył, promujący album, utwór „The flood”.


Komentarzy: 1

Darek
20 czerwca 2010 (16:23)
Świetna recenzja.
Świetna recenzja znakomitej płyty. Ja też do tej pory nie za bardzo lubiłem jej albumy. Ta płytka jest przełomowa i chwała Melua, że wreszcie trochę się wychyliła ze znanego dla siebie schematu. THE FLOOD, A MOMENT OF MADNESS, TINY ALIEN, PLAGUE OF LOVE, GOD ON DRUMS DEVIL ON THE BASS, TWISTED - to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Duża zasługa w tym Williama Orbita, który produkował ten album oraz współkompozytorów m.in. Guya Chambersa i Ricka Nowelsa.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".