Timorskie jądro ciemności. Recenzja „Domu nad rzeką Loes” Mateusza Janiszewskiego
    Timor Wschodni5 · reportaż60 · Wydawnictwo Czarne64 · Azja Południowa31
2014-04-15
W wydanej właśnie przez wydawnictwo „Czarne” pierwszej polskiej książce reporterskiej o Timorze Wschodnim Mateusz Janiszewski pisze pięknym językiem ważne rzeczy o jednym z najmniej znanych państw naszego globu.

Timor Wschodni nie miał szczęścia w swoich dziejach. Skolonizowany przez Portugalczyków, pozostał marginalny i drugorzędny. Leżąc na krańcu świata nikogo w Lizbonie nie interesował. Za to w Dżakarcie – jak najbardziej. Gdy Timorczycy uzyskali niepodległość w 1975 roku, Indonezja – budująca właśnie nowoczesną wersję jawajskiego imperium – doszła do wniosku, że to przecież odwiecznie indonezyjskie ziemie i niepodległość Timorowi krwawo zabrała. Partyzancka walka miejscowych zakończyła się zwycięsko w 1999 roku, gdy Timor wykorzystał geopolityczną pauzę w regionie i wyrwał się z żelaznych objęć Dżakarty. Nie było wszakże happy endu: wycofująca się Indonezja postanowiła nie zostawiać kamienia na kamieniu, a obraz upadku uzupełniły bratobójcze walki polityczne, wybuchłe wraz z powstaniem nowego państwa.

Tak, jak Timor nie miał szczęścia do polityki, tak i polski czytelnik nie miał wielu okazji usłyszeć o tej odległej wyspie. Przewijał się czasem w jednej czy drugiej opowieści – jak chociażby w tej księdza Tadeusza Bartkowiaka („Timor wyspa nieznana”, Warszawa 1978), ogólnie był jednak wątkiem pobocznym. Naukowo jego losy przybliżył rzeczowo i kompetentnie Łukasz Bonczol („Timor Wschodni. Od do reliktu kolonializmu do problemu międzynarodowego, Wrocław 2008) lecz jako publikacja naukowa jego książka nie miała szans się przebić do szerszego czytelnika. Z dziełem Mateusza Janiszewskiego powinno być inaczej.

To – modny ostatnio – reportaż, do tego niegruby (149 stron), a co najważniejsze: świetnie napisany. „Dom...” jest pisany pięknym, poetyckim językiem. Czuć, że autor już coś w życiu pisał. Panuje nad słowem, zgrabnie prowadzi narrację i jest lingwistycznie elegancki. Ta książka ma klasę. Jej język jest znacznie ładniejszy niż ten przeciętnego reportażu. Styl Janiszewskiego ma w sobie coś niepokojącego, sprawia, że czytelnikowi udziela się nastrój grozy i napięcia Timoru. A także niemożności poznania, czego tytułowy dom jest najlepszą metaforą. Czyta się to z mieszaniną lęku i fascynacji, czyli z uczuciami, jakie zazwyczaj wyzwala w nas zło.

Janiszewski czuje Azję – to widać zarówno w szerszych ujęciach, takich jak opisy legend, czy akcentowanie lokalnej irracjonalności (duchy), traktowanej tutaj z szacunkiem i bez typowego dla wielu na Zachodzie pokpiwania. Oraz w szczegółach, takich jak chociażby celne uwagi o Chińczykach mających „piąty zmysł”. Właśnie w takich drugorzędnych, zdawałoby się, kwestiach, ujawnia się intelektualna dojrzałość autora. Wreszcie, wielkim plusem są tutaj wątki polityczne, narysowane niebezpośrednio, lecz dobitnie. Z ironią, szyderstwem i brakiem złudzeń, czyli tak właśnie jak powinno się pisać o tej dziedzinie życia. Szczególnie celne są wątki dotyczące państw zachodnich i działań ONZ. Nic tylko wstać i klaskać (i cytować!).

Mimo, że świetna, książka nie jest wszakże równa. Do 109 strony jest porywająca, a potem coś się w niej zacina. Jakby autor stracił pomysł, pogubił się – od pewnego momentu nie wiadomo, o co mu chodzi. Odnosi się wrażenie, że Janiszewski ma przede wszystkim problem ze swoim miejscem w świecie. I chociaż można do tych wniosków dojść już znacznie wcześniej, to początkowo jest to atutem, lecz pod koniec książki zamienia się w wadę. I choć wciąż jest to ten sam świetnie piszący autor, to chyba lepiej by dziełu zrobiło, gdyby wyciął końcówkę i swój powrót na Timor.

Zdecydowanie też powinien usunąć „posłowie”. Za wyjątkiem podziękowań, jest ono niepotrzebne. Autor próbując wyjaśnić, „co poeta (czyli on sam) miał na myśli” zamienia się z wrażliwego obserwatora w zasklepionego w swej ideologii aktywistę z gracją jaskiniowca pouczającego innych, że powinni „wrócić do przedszkola empatii”. Wreszcie, nie przekonuje mnie stylistyka pisania o sobie w trzeciej osobie. Rozumiem, że taka licentia poetica, ale nie był to chyba najszczęśliwszy wybór. O sobie w trzeciej osobie to mówił Juliusz Cezar, a nie jestem przekonany, czy Janiszewski może już sobie na takie formy pozwolić.

Te uwagi krytyczne nie zmieniają jednakże niezwykle, podkreślam raz jeszcze, pozytywnej oceny tej książki. Dawno już nie czytałem po polsku tak dobrej książki o Azji. Jest to prawdopodobnie najlepszy polski reportaż o kraju Azji Południowo-Wschodniej od czasów „Bambusowej klepsydry” Wiesława Górnickiego.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".