Tak miałem z Tiziano Terzanim. Konkretnie z „Wróżbitą” – jego, śmiem twierdzić, najlepszą książką. Pisałem o mej fascynacji nią w tekście o Malakce. Zresztą nie tylko nią: od tej pory Terzani mną zawładnął, kolejne książki pochłaniałem od razu. Cytowałem go w co drugim tekście. Męczyłem jego powiedzeniami znajomych i wszystkich, którzy chcieli słuchać (a także tych, co nie chcieli). Byłem zafascynowany. Wreszcie znalazłem „swego” autora. Wcześniej był nim po trosze Kapuściński. Jednak on, choć głębszy, głównie o na Afryce i Ameryce PD się koncentrował . Zaś Terzani to Azja, jego (i moja) ukochana Azja!
Terzani pisał inaczej niż Kapuściński. Nie tylko dlatego, że nie o tym samym. R.K. w „Herodocie” wspominał, że Azja go pokonała. Zaczynał od Indii oraz Chin i dzięki temu zrozumiał, że każdy kraj Azji to wielka sprawa. Tysiącletnie historie, wielkie, rozbudowane kultury. Trzeba życia, by się na tym poznać. Dlatego Kapuściński wybrał Afrykę, Amerykę. To – zdaje się – był jeden z powodów, dla którego u niego zawsze w centrum twórczości był człowiek. Indywiduum. Osoba. Kapuściński wychodzi z opisu człowieka, by przejść do obrazu świata.
Terzani pisze inaczej, bo też i Azja jest inna. Tu nie człowiek jest w centrum, lecz ludzie, wspólnota, społeczeństwo (zawsze w formie pluralis). A także jej wytwory, czyli przede wszystkim kultura. Nie znaczy to, że u Terzaniego człowieka nie ma. Jest, ale w innej proporcji, skali. Jest cząstką całości. Kontekstu – historycznego, kulturowego.
Terzani wychodzi od historii, by przez kulturę dojść do zrozumienia kraju. To zupełnie inna perspektywa. Śmiem twierdzić – do Azji najlepsza.
Widać, że Terzani poznawał ten kontynent coraz lepiej i wnikliwiej. Zaczął od roli korespondenta wojennego w Wietnamie. Potem został jednym z pierwszych, których wpuścili do ChRL po otwarciu w 1978…by następnie go deportować, za nadmierną niezależność i krytycyzm. Mieszkał w Singapurze, Japonii, Bangkoku, by wreszcie spointować swoją przygodę z Azją tak, jak można najlepiej: Indiami.
Uczył się Azji tak, jak należy to robić: sukcesywnie, z dużą ilością czasu, a przede wszystkim: z pokorą. Z początku uczono go niej boleśnie – próba rozstrzelania przez Czerwonych Khmerów jest tego najlepszym przykładem. Nie jedynym zresztą: pamiętam swój szok i niedowierzanie, gdy przeczytałem pierwszą książką ulubieńca: „Giai Phong. Upadek i wyzwolenie Sajgonu”. Początek był bardzo dobry. Opisy ostatnich dni ancien régime. Ucieczki Amerykanów helikopterami z dachów ambasady. Plastyczny obraz oficjeli południowowietnamskich, stojących u bram komisariatów Vietcongu w pierwszych dniach po upadku Sajgonu. Przestraszonych i niepewnych, przyrównanych do dzieci idących na pierwsze zajęcia do szkoły. Ale cóż z tego, skoro potem wszystko popsuł! Uwierzył w socjalistyczną sprawiedliwość. Pisał, że obszarnicy „spontanicznie” oddawali ziemię bezrolnym, pochwalał obozy reedukacyjne… Po lekturze tej książki doszedłem do smutnej konstatacji, że nie należy nigdy czytać pierwszych dzieł swoich ulubionych autorów.
Swoją drogą: jakąż ironią losu jest, że człowiek zachwycający się humanitarnością obozów reedukacyjnych i moralnym udoskonaleniem płynącym z nich … sam się w takim właśnie obozie 10 lat później znalazł.
Tyle, że tym się właśnie różni Terzani od całej reszty podobnych do niego lewicujących dziennikarzy zachodnich, że on zrozumiał, jakim był leninowskim „użytecznym idiotą”. Mądrzał w oczach. Pisał coraz lepiej i przenikliwiej. A przede wszystkim: niezmiennie uczciwie. Zobaczywszy, i zrozumiawszy post factum, co się stało w Wietnamie, zaczął pisać o Socjalistycznej Republice prawdziwie. No i został tam persona non grata.
Miał talent do bycia w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Nie tylko Sajgon. Także – rewolucja filipińską: bezkrwawe obalenie Marcosa. Czy przejście Hong Kongu pod panowanie chińskie. Rozmawiał z niewidzialnymi baronami narkotykowymi Birmy, przywódcami Tamilskich Tygrysów i talibów. Tylko na Tiananmen się spóźnił. Nie można mieć wszystkiego.
Został dziennikarzem wybitnym nie dlatego, że umiał być tam, gdzie coś się dzieje, lecz dlatego, że był przenikliwy. Dostrzegał głębsze procesy. Przyczyny niewidoczne dla tych, którzy zajmowali się tylko codziennością i ekonomią. Właśnie z tego brała się jego siła – z przygotowania merytorycznego. Terzani wiedział, że by poznać kraj, trzeba najpierw zrozumieć jego kulturę. To dużo ważniejsze niż biegłość w przewidywaniu ruchów kolejnych słupków na giełdach w Tokio czy Hong Kongu.
Jego wielkość polega przede wszystkim na tym, że jako pierwszy dostrzegł i zrozumiał procesy westernizacyjne Azji. Był nimi przerażony. Syntetycznie ujął to we „Wróżbicie”: „prezentując się jako jedyny, prawdziwy model ludzkiego postępu, Zachodowi udało się wytworzyć ogromny kompleks niższości u tych, którzy według jego miar nie są „nowocześni”. I oto teraz Azja odrzuca wszystko, co swojskie, aby przyjmować wszystko, co zachodnie, czy to w oryginalnej postaci, czy też w formie lokalnych „imitacji”. Kopiowanie tego, co „nowe” i „zmodernizowane” stało się obsesją, chorobą, na którą nie ma ratunku (…) Znikają słomiane domy, ich miejsce zajmują rdzewiejące blachy i mniejsza z tym, że w domu robi się gorąco jak w piekarniku, a w porze deszczowej owe blachy stają się bębnami, we wnętrzu których głuchną mieszkańcy”.
Symbolem tej materialistycznej okcydentalizacji był dla niego Singapur. Opis tego miasta, gdzie mieszkańcy „oddychają sztucznym powietrzem”, wbija w ziemię, jest iście Orwellowski. Co więcej: w przeciwieństwie do Orwella, ta kasandryczna wizja się sprawdziła. Dziś każde duże miasto w Azji wygląda jak kopia Singapuru.
Losy Terzaniego i Kapuścińskiego, tak odmienne, zbiegły się w jednym: obaj zaczynali jako dziennikarze, by stać potem pisarzami, a na końcu – wręcz mędrcami. Jeśli Terzaniego można nazwać lepszym dziennikarzem (nikt mu jeszcze nie udowodnił, że trawa nie miała dwóch metrów), tak Kapuściński będzie zdecydowanie lepszym pisarzem. U Terzaniego są zachwycające momenty, jak chociażby opis Makau „w Azji”, panorama Nowego Jorku w „Nic nie zdarza się przypadkiem”, czy pełne poezji słowa o Indiach (w dwóch ostatnich dziełach). Jednakże jako całość jego książki są nierówne, miejscami świetne, innym razem przegadane i męczące. Mówi rzeczy ważkie, ale i błahe. Dobrze operuje językiem, lecz mistrzem słowa nie jest. To nie są wyszukane i dopracowane pozycje Kapuścińskiego. Nie przypadkiem Terzaniego nikt nigdy do Nobla nie szykował.
Jako „mędrcy” też poszli odmiennymi drogami. Kapuściński – w swoje poszukiwanie „Innego”. Tam, gdzie znalazł się znakomicie. Terzani zaś… no właśnie, w co?
Włoch z Florencji dostrzegł nie tylko degradację Azji poprzez jej okcydentalizację, lecz przede wszystkim: pustkę Zachodu. Wyszło na to, że mieszkając całe życie w Azji, najlepiej spointował… Europę i Amerykę. Doskonale opisuje to w „Nic nie zdarza się przypadkiem”. Jego panorama zbłąkanych wyznawców New Age – od Nowego Jorku, przez wyspy tajskie, Filipiny, hinduskie aśramy, po Dharamsalę, jest „trochę śmieszna, trochę straszna”. Przede wszystkim zaś: dojmująco smutna. Prawdziwa. Terzani jest bezdyskusyjnie najlepszy wtedy, gdy ukazuje jaką pustynią duchową stał się Zachód.
Jego problem polega jednakże na tym… że sam w te sidła wpada! Terzani jest przesiąknięty New Age’em. On go rozumie, świetnie podsumowuje, ale sam jest najlepszym przykładem tej pustki, która ogarnęła Zachód w jego pokoleniu. Wykpiwa seanse reiki, magiczne płukanie jelita grubego, cuda filipińskich uzdrowicieli… lecz sam bierze w tym udział! Jasne, że sceptycznie. Że idzie tam by badać. Tyle tylko, że mimo wszystko w to brnie. Mimo swej rezerwy, w jakimś stopniu w to wierzy. A przynajmniej – pozostaje w tej estetyce, w tej konwencji. Iście Gombrowiczowska forma go ogarnia, zniewala. On z nią walczy, czuje, że cały New Age to fałsz. Najgorsze zło – będące zafałszowanym dobrem. A jednak nie ma on instrumentów by to całkiem odrzucić. On sam poszukuje i chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc) daje się New Age’owi złapać.
Brak mu tego, co Dostojewski nazwał „glebą”. Podłoża. Przede wszystkim religijnego.
Człowiek wierzący, stojący na twardym gruncie swojej religii, ma w niej opokę. Żadne sekciarstwo, mody, trendy mu nie grożą. Problem pojawia się, gdy tego podłoża nie ma.
Terzani ma rację pisząc o tym, czemu zbłąkane dusze Zachodu wybierają New Age. Dzieje się tak, gdyż „to, co przybywa z daleka i jest tajemnicze, przyciąga o wiele bardziej niż coś, co ma się pod ręką”. Pisze to, a sam nie rozumie! Zachowuje się podobnie. Jest w tym bardzo (współcześnie) zachodni. Chrześcijaństwo odrzuca, a potem pozostaje mu poszukiwanie wśród egzotycznych odprysków wschodnich religii.
Szuka daleko, a ma tak blisko. Wszyscy ci, których przytacza, których słucha i podaje za wzór: sufi, ryszi, mnisi buddyjscy – to, o czym pisali, ich metody, ich przeklęte problemy, to wszystko też jest w chrześcijaństwie. Jednakże nie chodzi tu o to, by uznawać apodyktycznie, że chrześcijaństwo to jedyna słuszna droga, lecz o to, że człowiekowi wychowanemu w tej tradycji, w tej symbolice, w tej kulturze, jest tędy po prostu najłatwiej. Terzani cytuje w którymś miejscu Dalajlamę mówiącego, że „lepiej by chrześcijanie pozostali chrześcijanami, a buddyści buddystami. Zmiana religii to niebezpieczna rzecz, może doprowadzić do wielkiego zamieszania umysłu”.
To właśnie sam Terzani jest najlepszym przykładem tych słów. Dlaczego nie należy zmieniać wiary? Ano dlatego, że – uproszczając – może się nam po prostu nie udać. By zrozumieć, dajmy na to, buddyzm, trzeba poświęcić pół życia by przestudiować święte księgi, pojąć język, symbole, ukryte znaczenia. To tytaniczna praca. A co jeśli ją podejmiemy, a na koniec życia stwierdzimy, że to jednak nie było to? Jest taka anegdota wzięta z Mertona, o tym, jak to spytał on mędrca taoistycznego „jaki cel życia?”. Ten mu odparł: „poczytaj św. Augustyna”. Terzani wiele czytał, ale Mertona chyba nie (Augustyna też pewnie nie). Szkoda. Przede wszystkim dla niego.
Był trochę zbyt wrażliwy i inteligentny, by dać się złapać na prostackie odmiany New Age, ale jako całość ten fenomen kulturowy go pochłonął. Jego opisy Starca z Himalajów są wręcz nieznośnie kiczowate. Ktoś, kto wyrusza pomedytować w ośnieżonych górach pozostaje dokładnie w tej samej estetyce New Age’owskiej, jak ten, kto jedzie sobie przepłukać jelito grube w poszukiwaniu absolutu. Może jest to różny poziomie intelektualny, ale pustka ta sama.
Nie miał on tego, co się w chrześcijaństwie nazywa „łaską wiary”. Dlatego tak się męczył i szarpał. W swej ostatniej książce „Koniec jest moim początkiem” (co za koszmarnie pretensjonalny tytuł!), odziany w swoje groteskowe buddyjskie emploi, próbuje udowodnić, że odchodzi pogodzony i w stanie harmonii ze światem. Do samego końca pięknie o tym mówi, ale opis jego konania świadczy o czymś dokładnie przeciwnym. A mianowicie o tej prostej prawdzie ludowej, że człowiekowi wierzącemu łatwiej odchodzić z tego świata.
Stąd też Terzani jest postacią tragiczną. Im więcej czyta się jego późnych dzieł, tym lektura jest bardziej przygnębiająca. Był znakomitym wieszczem degrengolady duchowej Zachodu. Lecz sam, jak ten przysłowiowy lekarz, pomóc sobie nie umiał.
Właśnie to będzie największym zarzutem wobec tego pisarza. Jego tematy: astrolodzy, rak, New Age, głębią nie porażają. Na szczęście często mówi on nie na temat, albo inaczej – ujmuje go szeroko. I stąd po lekturze „Wróżbity” w pamięci pozostają opisy Malakki, czy Singapuru, a nie kolejnych przepowiadaczy przyszłości. W „Przypadku”: synteza Nowego Jorku, a nie bełkot o wegetarianizmie i kolejnych aśramach. Zaś w „Końcu”: jego słowa o Gandhim i recepcie na powszechny komercjalizm, a nie złote myśli o umieraniu i odradzaniu się. Szczęśliwym trafem większość jego dzieł stanowi właśnie to, co jest à propos.
Mówił o „małej nieśmiertelności”, jaką zdobywa się, pisząc książki. Jeśli osiągnie ją to właśnie za to, co napisał na marginesie swoich dzieł.
Komentarzy: 3shape_shifter
14 stycznia 2011 (11:06)
Tylko to "westernizacyjne" kole w oczy. Sam się człowieku uzachodniasz. Mertona nie znam ale anegdotę o św. Augustynie znam z Junga (nie pomnę już z której książki). Tenże Jung wyraźnie ostrzegał przed próbą ślepego kopiowania wschodu. Pozdro
Euzebio
17 stycznia 2011 (11:46)
choć muszę przyznać że książki Terzaniego mnie momentami męczą. Zbyt dużo jednak jego własnego spojrzenia. A co gdy jego spojrzenie - światopogląd jest inny od mojego? wówczas cały obraz danego środowiska jest dla mnie nic nie wart.
wiatr
15 maja 2012 (19:47)
Moze pisarzem nie byl wspanialym ... ale pewnych rzeczy o ktorych on pisze nie da sie pojac samemu przez nie nie przechodzac ... Wiec chcialam tylko powiedziec ze niezwykle razi mnie w twym artykule wytykanie Terzaniemu kiczu, belkotu o wegatarianizmie i innych \" new age \" rzeczach.... pisal o czym pisal...co bylo dla niego wazne, odkrywal w tym wszystkim siebie, szukal... Czytalam tylko \"Nic nie zdarza sie przypadkiem \" ale rozdzial o Starcu podobal mi sie najbardziej.... Ciekawie bylo przecztac twoje osobiste refleksje ale niestety pozostal mi po nich niesmak :(



Start






