Transformers 3 – pomroczność jasna Michaela Baya
    science fiction46 · kino akcji18 · kultura masowa9
2011-07-01
Korzystając z wolnego wieczoru wybrałam się na przedpremierowy pokaz trzeciej części zmagań dzielnych Autobotów z podstępnymi Decepticonami. Według szumnych zapowiedzi miało być mocniej, szybciej, efektowniej, a do tego jeszcze w 3D. Niemniej z seansu wyszłam zawiedziona, z uczuciem wielkiej ulgi, że to już koniec, zarówno filmu jak i całej serii (choć kto ich tam wie).

Na pierwszy rzut oka film Michaela Baya ma wszelkie składowe typowego letniego „odmóżdżacza”, nie wyróżniającego się niczym specjalnym od dwóch pierwszych części serii. Tak więc, jest pocieszny, niepozorny Sam (Shia LaBeouf), z nazwiskiem, którego w dalszym ciągu nikt nie potrafi poprawnie wymówić, z równie pociesznymi rodzicami (świetni Julie White i Kevin Dunn), którzy chcąc dobrze zawstydzają syna kiedy się tylko da. Jest zjawiskowa dziewczyna Sama (Rosie Huntington - Whiteley), przy której nasz bohater wygląda jak wypierdek zza krzaka. Jest samochód Sama – Bumblebee – o wiele bardziej ceniony i poważany niż właściciel. Do kompletu, nawiedzony agent Simmons (John Torturo) z równie nawiedzonym pomocnikiem, do tego „głęboki” Wang, liczne oddziały świetnie wyszkolonych żołnierzy, a nawet astronauta biorący udział w pierwszym lądowaniu na Księżycu – Edwin Buzz Aldrin. No i oczywiście bajeranckie Autoboty i Decepticony, których starcia demolują co się tylko da. Całość zaś oprawiona w dosyć strawną muzyczną mieszankę twórczości Steve'a Jablonsky'ego oraz m.in. Linkin Park.

Co więc poszło nie tak, że nie oczekując niczego oprócz akcji i efektów specjalnych wyszłam z kina rozżalona, a nie oczarowana? Cóż, w trakcie seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Michaela Baya zgubiło jego „chciejstwo”, gdyż w trzeciej odsłonie Transformerów chciał mieć wszystko na raz; i komizm, i powagę, i akcję, i wymyślne efekty specjalne, i 3D, i pięknego kociaka biegającego w 12 centymetrowych szpilkach. Zapominając przy tym, albo celowo nie biorąc pod uwagę starego prawidła, że „chciejstwo” trzeba umieć kontrolować, nadawać mu właściwe kształty, a przede wszystkim, znać odpowiednie proporcje i dawkowanie poszczególnych składników.




W rezultacie, kolokwialnie rzecz ujmując, Bay nie ogarnął całości i wszystko mu się rozlazło jak guma w znoszonych majtach. Chcąc pokazać to, tamto i jeszcze siamto stworzył film któremu brakuje ikry i dynamizmu. Co jest tym bardziej paradoksalne jeśli wziąć pod uwagę ilość sekwencji walk Autobotów z Decepticonami, ilość eksplozji, strzelanin, rąbanek i rozpierduch wszelakich. Zresztą, sekwencje samych walk też pozostawiają sporo do życzenia, gdyż w niemal połowie starć nie sposób rozróżnić kto z kim w danym momencie walczy, a jedyne co widać na ekranie to kotłująca się kupa metalu. Tak właściwie, oceniając na chłodno, ilość scen przykuwających na dłużej uwagę (bez podziału na efekty, czy fabułę) można z powodzeniem zamknąć w godzinnym, góra półtoragodzinnym filmie. Reszta sprawia wrażenie albo wymęczonych zapchajdziur, albo z totalnego przypadku, które jakimś dziwnym trafem znalazły się w końcowej wersji filmu.

Kolejne, chyba największe dla mnie rozczarowanie to te tak wychwalane przed premierą 3D. Tak właściwie, nie jestem pewna czy była choć jedna sekwencja, gdzie można by było nacieszyć oczy czymś więcej niż efekt głębi. Nawet jeśli takowa scena bądź sceny pojawiły się, to pod koniec seansu byłam już tak zmęczona przesytem strzelanin oraz eksplozji, że nawet jakby z ekranu „wyskoczył” jakiś Autobot i na moich oczach złożył się w samochód, to i tak bym nie zauważyła. Zresztą, im częściej wybieram się na seanse 3D, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że efekt głębi to jedyne co filmowcy mają widzowi do zaoferowania. A o czymś takim jak efekt „wyskakiwania” przedmiotów z ekranu, chęć uchylenia głowy, nie ma co marzyć. W sumie byłby to do przełknięcia gdyby nie małe świństewko braku opcji 2D filmu. Co jest już coraz częściej praktykowane.

To co wyszło Michaelowi Bay'owi bezbłędnie to ukazanie chaosu. Chaosu w jego głowie, chaosu w scenariuszu, chaosu w życiu głównego bohatera Sama, wreszcie chaosu w Chicago. W porównaniu z dwiema wcześniejszymi częściami, „Transformers 3” jeśli czymkolwiek wbija w kinowy fotel to chyba tylko topornością, a z Grand Finale wyszła Grand Wtopa.



Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".