UKRAINE, TANZEN!
    Ukraina136 · Lwów2
2011-12-08
Dwie postaci o raczej niezidentyfikowanej płci, przebrane w dresowe kostiumy ukraińskiej drużyny narodowej, wkraczają do lokalu w rytm muzyki dance, gdzie są atakowane przez paparazzi. Tych, jak się okazuje, dwóch mężczyzn, których twarze są pokryte mocnym makijażem, zaraz ogarnia wir imprezy.

Nasi bohaterowie co jakiś czas rzucają hasłami „Ukraine tanzen” i „Russia goodbye”, do prymitywnego, aczkolwiek chwytliwego motywu muzycznego.

Tak dał się poznać największy kraj Europy podczas muzycznego konkursu Eurowizji w 2007 roku. Teledysk do piosenki „Dancing” autorstwa Verki Serduchki bił wówczas rekordy popularności a sama piosenka śpiewana przez ukraińskiego performera w przebraniu, zajęła w konkursie drugie miejsce. Przekaz jest prosty- Ukraina w trzy lata po Pomarańczowej Rewolucji ma się świetnie, idzie do Europy z pieśnią na ustach mając w nosie Rosję i to, że uważa się ją za prowincję starego kontynentu. Otrzymanie prawa do współorganizacji Mistrzostw Europy w 2012 roku tylko potwierdziło tempo, w jakim Ukraina idzie naprzód, w kierunku zachodnim. Od Pomarańczowej Rewolucji minęło siedem lat, o piosence Verki Serduchki Europa już zdążyła dwa razy zapomnieć a przygotowania do Euro 2012 są już na ostatniej prostej do finałowego turnieju. Jak w przeddzień wielkiej próby wygląda Lwów, miasto gdzie będą odbywać się mecze turniejowe? Jak wyglądają miasta zachodniej Ukrainy w dniu 11 listopada, gdzie jeszcze osiemdziesiąt lat temu świętowało się ten dzień? Korzystając z długiego weekendu wraz z trójką znajomych postanowiliśmy odpowiedzieć sobie na te pytania i sprawdzić naocznie, jak wygląda sytuacja u naszego sąsiada.

SZYBKA, SYMPATYCZNA I GODNA OBSŁUGA

Po całej nocy drogi z Warszawy nad ranem dojeżdżamy do przejścia granicznego w Hrebennem. Kontrola, zgodnie z naszymi przewidywaniami, po stronie polskiej przebiega miło i bezboleśnie. Zabawa zaczyna się dopiero gdy mamy do czynienia z ukraińskimi celnikami. Widząc otwarty szlaban i zielone światło, zgodnie z zasadami logiki jedziemy dalej... ale! W momencie przekroczenia tego szlabanu zasady logiki przestają obowiązywać. Jeden z mieszkańców strefy przygranicznej obeznany w tutejszych zasadach radzi nam, byśmy cofnęli się do rzeczonego szlabanu, tam bowiem mamy otrzymać kwit niezbędny dla dalszych formalności. Posłusznie wracamy, gdzie czeka już na nas wąsaty mundurowy, kierujący nas na boczny tor i każący mi wysiąść z samochodu. Mówi krótko: będzie milicja będą problemy, będą problemy będzie milicja, wsiadaj z powrotem do samochodu. Po paru minutach znowu musimy podjechać pod szlaban i słuchać tej samej płyty o milicji i problemach, z tą różnicą, że teraz celnik dodaje, że „możemy się dogadać”. Dla kogoś, kto przekracza tę granicę często, komunikat byłby klarowny- łapówka załatwi sprawę. Na szczęście my nie mamy „przygranicznych” rejestracji, więc konsekwentnie udaję, że nie wiem o co chodzi, przepraszam i tak jak pracownik ukraińskiej służby granicznej powtarzam w kółko, że nic się nie stało. Celnik w końcu daje za wygraną. My vs korupcja- 1:0.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Na dalszych punktach kontrolnych czujemy się jak worki z ziemniakami, przerzucane z wozu na wóz. Tyle że workom nikt tak podejrzliwie się nie przygląda po dziesięć razy. Trzeba po kilka razy wsiadać i wysiadać z samochodu, wkładać głowę przez małe okienka do kiosków w których siedzą piękne, acz naburmuszone panie z tapirowanymi włosami, lub mundurowi płci męskiej o wyrazie twarzy tęskniącej za rozumem. Pytania zadawane są w taki sposób, że po jakimś czasie sam zacząłem się zastanawiać, czy aby nie przewożę narkotyków i broni. Na szczęście bez większych komplikacji udało się nam koniec końców przejść całą procedurę biurokratyczną. Żeby nie było, że na granicy tylko poniewierają ludźmi i ogólnie jest smutno, okazuje się, że celnicy mają poczucie humoru. Jakiś figlarz na każdej budce wywiesił kolorowy plakat w języku angielskim i ukraińskim, na którym przedstawione są trzy uśmiechnięte osoby, w tym jedna w mundurze, oraz podpis: „Obsłużymy Cię szybko, z sympatią i godnością. Witamy na Ukrainie”.

Po przekroczeniu granicy świat zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a raczej pałki smutnej rzeczywistości. Po wjeździe do pierwszej miejscowości- Rawy Ruskiej, widzimy małe, rozpadające się drewniane domki i szopy, na ubłoconych podwórkach, wokół których biegają rachityczne kury. Wzdłuż drogi spacerują starsi ludzie, a towarzyszą im bezdomne psy. Oprócz nas uczestnikami ruchu są wozy ciągnięte przez brudne szkapy, albo rozpadające się kanciaste Łady albo... nowe SUVy, płynnie ciągnące od granicy po drodze pozostawiającej wiele do życzenia. Są też pojazdy uprzywilejowane. Gdy na czerwonym świetle zatrzymaliśmy się przed przejazdem kolejowym, dotychczas jadący za nami spokojnie radiowóz wyprzedził kolejkę samochodów i na sygnale przejechał przez skrzyżowanie. Widać milicja na Ukrainie cieszy się takim szacunkiem, że nawet rozpędzone pociągi mają obowiązek ustępować biało- niebieskim pojazdom. Mundurowym gratuluję odwagi.

HISTORIA, KTÓREJ NIKT NIE CHCE PAMIĘTAĆ

Kiedy wyjechaliśmy już z Rawy Ruskiej za oknem auta przeważał krajobraz księżycowy, dopóki naszym oczom na pustkowiu ukraińskich stepów nie ukazało się, jak to określił jeden z członków naszej załogi „post- nuklearne coś”. Przy samej drodze znajdował się betonowy, biały budynek, o charakterystycznej kopule, takiej jakie mają kosmiczne stacje obserwacyjne. A ściślej mówiąc, to co z niego zostało, bowiem budynek był opuszczony i całkowicie splądrowany- powybijane szyby, sypiący się dach, płaskorzeźby wyryte w ścianach nadgryzione przez ząb czasu. Kilkanaście metrów dalej od budynku, po pokonaniu chaszczy i krzaków dociera się do, widocznej z daleka, bowiem wysokiej na 30 metrów metalowej, futurystycznej konstrukcji, na której szczycie umieszczono rekonstrukcję małego samolotu bojowego.

Prawie sto lat temu podczas I wojny światowej Piotr Nesterow, carski lotnik, oraz pionier sztuki akrobacji lotniczej stoczył nad ziemią galicyjską pierwszą w historii walkę lotniczą. Staranował on austro- węgierski samolot wroga, lecz sam też przy tym manewrze stracił kontrolę nad swoją maszyną i zginął spadając w miejscu, w którym właśnie się znajdowaliśmy. Chcąc upamiętnić jego nazwisko po II wojnie światowej pobliskie miasto Żółkiew przemiano na Nesterow, a w latach ’80 założono muzeum, służące teraz miejscowej młodzieży za centrum alkoholowo- seksualnej rozrywki, oraz postawiono pomnik, na który miejscowi handlarze złomem patrzą pożądliwym wzrokiem. Kompleks pamięci lotnika upadł wraz ze Związkiem Radzieckim, widać współczesnej Ukrainie taki bohater potrzebny nie był.

Kolejnym punktem na naszej trasie było wyżej już wspomniane miasto Żółkiew (po upadku ZSRR przywrócono starą nazwę), założone przez hetmana koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Architektonicznie miasto jest podzielone na dwie części. Pierwsza, to swoista historyczna enklawa, do której wjeżdża się od strony polskiej przez wąski portal, co dodaje uroku ukazującemu się po przekroczeniu tegoż portalu miasteczku. Zachowało się dużo kamienic, polski zamek Sobieskich, kolegiata, kościół, oraz synagoga. Druga część to wiejskie przedmieścia- szeregi domków tworzących podobny krajobraz do tego, jakiego doświadczyliśmy w Rawie Ruskiej i doświadczać jeszcze niejednokrotnie podczas tej wyprawy będziemy. Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że architektura, to jedyne, co podziwialiśmy w Żółkwi. Podczas wizyty w tym miasteczku doszliśmy do następujących wniosków, których potwierdzenie mieliśmy na każdym kroku w następnych dniach pobytu na Ukrainie: Zagęszczenie pięknych kobiet u naszego wschodniego sąsiada na metr kwadratowy przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Co druga tutejsza dziewczyna ma figurę modelki, znakomita większość spełnia warunki żony idealnej. Zachęceni wynikami obserwacji płci przepięknej pojechaliśmy do Lwowa, gdzie, ze względu na wyższą liczbę mieszkańców ogółem, mogliśmy też liczyć na większą liczbę ukraińskich „dziewoczek”.

TYLKO WE LWOWIE

Lwów to kolebka polskiej historii i kultury. Lwów to skansen architektury nienaruszonej przez wojenne zawieruchy. Lwów to ukraińskie wrota do cywilizowanego, normalnego świata. Lwów to klucz do historycznych związków między Polakami, Ukraińcami a Sowietami. Ale to wszystko możecie przeczytać w podręcznikach, czy też broszurach informacyjnych. Nie ma sensu tu rozpisywać się o mnogości zabytków tego miasta. W tym momencie ważne jest, że Lwów to też z jeden z gospodarzy zbliżającej się wielkimi krokami imprezy piłkarskiej- Euro 2012. Miasto zostało wytypowane do tego by tutaj odbyła się część meczów mistrzostw Europy, więc przyjadą tu kibice z całego starego kontynentu. Ja stwierdzam, po doświadczeniu empirycznym, niecałe pół roku przed rozpoczęciem turnieju, że Lwów to przede wszystkim koszmar komunikacyjny pod każdym względem.


Kiwony w Borysławiu, foto Michał MarciniakPolski cmentarz w Dawidowie , foto Michał MarciniakDom Bruno Schulza w Drohiczynie, foto Michał MarciniakDrohiczyn - plakat Bandery, foto Michał MarciniakResztki synagogi w Drohiczynie, foto Michał MarciniakJeden z pomników przeniesionych z lwowskiego cmentarza, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakTarnopol, foto Michał MarciniakPomnik Nestorowa w Żółkwi przy opuszczonym muzeum, foto Michał Marciniak
Komentarzy: 3

tramp
21 luty 2012 (07:44)
wschodnie reminiscencje
z niecierpliwością czekam na drugą część.Pozdrawiam.

Asz.
5 czerwca 2016 (00:56)
synagoga z Drohobycza
synagoga z Drohobycza została podpisana jako synagoga z Drohiczyna. To istotna różnica, zwłaszcza że ta w Drohobyczu (ze zdjęcia) to wcale nie "resztki" tylko właśnie przy okazji odbywającego się cyklicznie festiwalu Schulza jest pięknie odnowiona :) Na razie tylko z zewnątrz....

Dziki
11 sierpnia 2016 (14:08)
wyprawa na Ukrainę
Byłem w 1995r we Lwowie i jego okolicach. Jeden dzień.Nic lub niewiele się zmieniło.Po jednym dniu po wielu kłopotach powróciłem do Polski i chciałem całować naszą ziemię.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".