W drogę! Po Zachodniej Ukrainie
    Ukraina136 · Stepan Bandera2 · Europa Wschodnia84
2011-12-14
Zanim ruszymy w drogę, po tym jakże dzikim i nieokiełznanym kraju, warto obalić kilka mitów oraz wspomnieć kilka faktów związanych z ukraińskimi drogami, które zostały zbadane przez naszą załogę empirycznie. Dwa tysiące kilometrów jak na największy kraj Europy to może nie jest zawrotna liczba, ale do pewnych wniosków już można dojść.

Po pierwsze, pogląd, że ukraińscy kierowcy w porównaniu do polskich jeżdżą prawie za darmo jest mitem.

Owszem, benzyna jest tutaj tańsza, ale niewiele ponad złotówkę na litrze. A czym jest ta złotówka jeśli wziąć skalę naszych zarobków i zarobków podwładnych Janukowicza? A z kolei gaz, tańszy od benzyny, na Ukrainie kosztuje tyle samo co w Polsce, więc my np. jeżdżąc samochodem z instalacją gazową przekraczając granicę na oparach tylko po to, żeby zatankować po drugiej stronie szlabanu, nie zrobiliśmy złotego interesu.

Czytaj pierwszą część relacji z wojaży po Ukrainie Zachodniej

Po drugie, najgorsze cierpienia nie są porównywalne z tym, co się odczuwa jeżdżąc po tutejszych drogach, z których co najmniej połowa nie posiada czegoś takiego jak nawierzchnia. W kilku przypadkach w ogóle mówienie o drodze jest eufemizmem, bowiem zdarzało się nam jechać na takich odcinkach, że to dziury gdzieniegdzie były przykryte drogą. Wszyscy znamy stan polskich dróg, więc można wyobrazić sobie jaką patologię funduje ukraiński minister infrastruktury Borys Kołesnikow swoim krajanom, skoro ja po powrocie do kraju nie mogłem się nacieszyć naszymi jezdniami. Mówiąc krótko jest śmiesznie i strasznie. No ale przy tym też padł kolejny mit, że to niemieckie maszyny są symbolem trwałości. Nie jest sztuką utrzymać w dobrej kondycji samochód, który jeździ po niemieckich autostradach. Ale co powiedzieć o kilkunastoletnich radzieckich cudach motoryzacyjnych, takich jak np. Łada czy Moskwicz, które wypełniają ukraińskie drogi i mimo warunków, w jakich muszą funkcjonować, trzymają się kupy po dziś dzień i nie są to ostatnie podrygi ich silników Made in U.S.S.R? To są prawdziwe cuda techniki, które z podnoszonymi do granic możliwości zawieszeniami (inaczej tłumiki można by zbierać z ulic jak grzyby), nadal stanowią podstawę w transporcie osobowym. Czapki z głów konstruktorom radzieckim, kciuk w dół budowniczym dróg!

Po trzecie, chyba przez całą karierę kierowcy nie miałem tak częstych kontaktów z policją, co podczas podróżowania tutaj. Dość powiedzieć, że zatrzymywał nas do kontroli k a ż d y patrol drogówki, a nie było to spowodowane moją szaleńczą jazdą, ale specjalnym traktowaniem ze strony milicjantów samochodów na polskich rejestracjach. Pierwsza kontrola nastąpiła już kilka kilometrów po opuszczeniu Lwowa, ale była sympatyczna i szybka, wystarczyło sprawdzenie dokumentów i mogliśmy jechać dalej. Ot, złego miłe początki. Kolejna kontrola od przejrzenia papierów tylko się zaczęła. Potem przeglądanie bagażnika, kilka pytań z kategorii „skąd, dokąd i po co”, a także podejrzenie ze strony milicjanta, że jestem pod wpływem alkoholu. Żeby to zweryfikować zastosowano wobec mnie najbardziej precyzyjny alkomat, jaki można sobie wyobrazić- milicjant kazał mi po prostu chuchnąć w twarz. Po czym mówi „oj chyba jednak piłeś” każe mi iść za sobą i prowadzi mnie do komendanta patrolu, któremu również mam chuchnąć w twarz, na co ten tylko się uśmiecha i decyzja brzmi- idziemy na przydrożny komisariat i sprawdzimy prawdziwym alkomatem. Ja przez tę psychozę i wmawianie mi, że piłem aż zacząłem rozmyślać nad tym, czy te dwa piwa co je wypiłem poprzedniego dnia do kolacji mi nie zostały we krwi, co było oczywiście bzdurą, ale kiedy nieprzyjemni mundurowi każą Ci ciągle chuchać i ganiają Cię po mrozie, mózg też zaczyna inaczej funkcjonować. Wchodzimy do pustego pokoju, gdzie milicjant pyta jeszcze raz czy piłem i mówi, że mam czas do namysłu, bawiąc się moim paszportem. Ja twardo obstaję przy swoim i w końcu pan władza odpuszcza, wręczając mi dokumenty. Po co ta cała szopka? Gdybym rzeczywiście coś pił, nawet już mając czystą krew, mógłbym się po prostu przestraszyć, no a żeby nie stracić prawa jazdy, mógłbym wspomóc prywatny biznes strażnika ładu, porządku i prawa. Z tej łapówkarskiej próby wyszedłem zwycięsko, niestety przy kolejnym patrolu już się to nie udało.

Ze wszystkich czterech kontroli tylko ten jeden patrol podał mi powód zatrzymania i chociaż argumentacja milicjanta była naciągana jak guma, to tu byliśmy już zmuszeni poświęcić obola by móc pokonać trasę ukraińskiego Styksu. Zostałem posądzony o przekroczenie prędkości (oczywiście, żadnego wyniku kontroli nie było mi dane zobaczyć, musiałem uwierzyć na słowo), oraz jazdę po niewłaściwym pasie. Wyrok- 500 Hrywien. No, chyba, że się dogadamy... No i najlepiej jakbyśmy się dogadali w złotówkach. Wracam do samochodu i robimy z chłopakami zrzutkę, a kolektywnie zebrany banknot pięćdziesięciozłotowy wkładam w dowód rejestracyjny i wracam do milicjanta. Ten na widok kamuflażu łapówki tylko się uśmiecha i mówiąc „u nas tak nie trzeba!” i bezpardonowo wyciąga Kazimierza Wielkiego z jego kryjówki. Na tym swoich poszukiwań nie zakończył i był zawiedziony, że innych królów polskich tam nie znalazł. „No ale to będzie trochę mało! – Niestety, nie mam już więcej. – Igor masz na imię [patrząc w dokumenty], a właściwie Igor to po co przyjechaliście?”. Tłumaczę więc, że w związku ze świętem niepodległości mamy długi weekend i postanowiliśmy go wykorzystać na wycieczkę. No i to chyba uratowało sytuację, bo odpowiedź brzmiała następująco: „Eh Igor, tego mandatu (sic!) to powinno być 100 złotych. Ale skoro mówisz, że macie święto niepodległości to pozdrawiam i niech będzie 50% zniżki. Szerokiej drogi!”. Mam pomysł na nowe powiedzenie: bezczelny jak ukraiński milicjant. Ciekawe, czy się przyjmie?

PRZEWRÓCIŁO SIĘ- NIECH LEŻY

O ile w poprzedniej części reportażu poświęciliśmy swój czas miejscowościom położonym na wschód od Lwowa, to kolejnego dnia wybraliśmy się w podróż w kierunku południowym. Pierwszym punktem na naszej trasie była dość duża wieś Stare Sioło, zaś przy wjeździe doń przywitały nas dwa obiekty- nadgryziony zębem czasu pomnik zwycięzców socjalizmu, oraz kilkanaście metrów dalej- dumnie powiewające na wietrze wbite obok siebie flagi Ukrainy oraz UPA przy tablicy upamiętniającej członków zbrodniczej organizacji. Ot, taka historyczna schizofrenia.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Ale nie po to jechaliśmy do Starego Sioła, choć takie smaczki też są ważne- naszym głównym celem były imponujące ruiny renesansowego zamku o polskim rodowodzie (jak wszystko tutaj mające jakąkolwiek wartość). Zamek pochodzi z końca XVII wieku i przez wiele lat był warownią nie do zdobycia; szturm na fortecę rodu Ostrogskich nie udał się ani powstańcom Chmielnickiego ani Turkom. Lecz spokojnie, to czego nie udało się uczynić dzikim hordom- obrócenia zamku w ruiny- udaje się tubylcom na spółkę z miejscowymi władzami. Masywny gmach z czerwonej cegły niszczeje, po dziedzińcu zamku biegają na przemian kury z pobliskich gospodarstw lub sfory bezdomnych psów. Fosa przemieniła się w mały szlamowaty strumyk biegnący wzdłuż torów kolejowych a w niektórych miejscach trawa wyrosła tak wysoko, że ciężko się dostać do pewnych części zamku. Jednak skłamałbym pisząc, że to wszystko odebrało zamkowi urok. Co więcej, według mnie, w okresie jesiennym krajobraz zamku przypomina klimatem obrazy Caspara Davida Friedricha, ale to tylko w momentach samotnej kontemplacji. Ogólnie dla tubylców forteca pełni rolę rozrywkowo- pastewną. W czasie lata są tu organizowane festyny, kiedy nie ma festynów młodzież ma gdzie usiąść napić się piwa (świadczyły o tym liczne butelki i sterty innych śmieci), zaś kury nie są ograniczone do ciasnych, zabłoconych podwórek. Zatem jakąś tam swoją rolę zamek spełnia, nikt z mieszkańców Starego Sioła nie powie, że „leży odłogiem”.

Ruiny zamku w Starym Siole, foto Michał Marciniak Ruiny zamku w Starym Siole, foto Michał Marciniak

Podczas gdy ja napawałem się widokiem ruin wśród bezlistnych drzew i fotografowałem panoramę zamku, reszta załogi wybrała się do pobliskiego sklepu licząc na kupno czegoś do przegryzienia. Chłopcy podjęli dwie próby znalezienia rzeczy, która nie byłaby przeterminowana, lecz bezskutecznie. Ekspedientka z grymasem zabrała produkty, które im nie pasowały i... z powrotem odłożyła je na półkę. I dobrze. Co ma się zmarnować...


Kiwony w Borysławiu, foto Michał MarciniakPolski cmentarz w Dawidowie , foto Michał MarciniakDom Bruno Schulza w Drohiczynie, foto Michał MarciniakDrohiczyn - plakat Bandery, foto Michał MarciniakResztki synagogi w Drohiczynie, foto Michał MarciniakJeden z pomników przeniesionych z lwowskiego cmentarza, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakRuiny zamku w Starym Siole, foto Michał MarciniakTarnopol, foto Michał MarciniakPomnik Nestorowa w Żółkwi przy opuszczonym muzeum, foto Michał Marciniak
Komentarzy: 6

Jadwiga Śmigiera
15 grudnia 2011 (09:01)
do autora
Chciałam się tylko upewnić.... Czy plakat Bandery wisi na domu w Drohiczynie /Polska/ czy w Drohobyczu/Ukraina/ ?

Jadwiga Śmigiera
15 grudnia 2011 (10:22)
do autora
Tak myślałam że o Drohobycz chodzi. Pozdrawiam i gratuluję tekstu.

Red
15 grudnia 2011 (10:35)
niewybaczalna pomyłka redaktorska
autor tutaj pozostaje bez winy :)

pablon
16 grudnia 2011 (13:46)
Komentarz
Przeczytałem tekst z zaciekawieniem, ponieważ w Borysławiu bywam bardzo często. Powodem jest to, że tam właśnie znalazłem swoją żonę. Potwierdzam tym samym słowa autora o nieprzeciętnych walorach urody Ukrainek, ale nadmieniam także, że są to niezwykle ciepłe, dobre i wspaniałe kobiety, dla których rodzina i domowe ciepło są wartościami nadrzędnymi. W związku z takimi kolejami życiowymi to serio rozważam przeprowadzkę z Warszawy właśnie do Borysławia. Klimat tego miasta i okolic jest nieporównywalny z niczym innym. Czas zatrzymał się tam w miejscu. Nie widać pośpiechu, bieganiny, \"wyścigu szczurów\" tak już obecnego w Polskich miastach. Ludzie są tam niezwykle gościnni i przyjaźni. Sąsiedztwo natury, w dużej mierze dziewiczej, jest dużym atutem okolic. Może i autor ma rację w kwestii braku pewnych rzeczy, które my uznajemy za cywilizacyjne oczywistości. Jednak ja jestem osobą która bardziej ponad to ceni bliskość natury, życie społeczne oparte na więziach (coś czego brakuje w bezosobowych dużych miastach), harmonijne i spokojne życie. Takim właśnie osobom polecam Borysław. (Nadmieniam, że nie jestem człowiekiem starszym z bzikiem na punkcie kresów, bo spotkałem się z takimi zarzutami, a mam 25 lat, wyższe wykształcenie i stałą pracę w Wawie.) Jeszcze parę zdań w kwestii UPA. Pomimo tego, że UPA i S. Bandera hołubieni są na każdym kroku nikt o Polakach nie powie nic złego. UPA postrzegana jest w pamięci historycznej tamtych rejonów jako bohaterscy żołnierze, którzy walczyli o wolność Ukraińców. W pamięci żyje przede wszystkim to, że Upowcy walczyli z komunistami, Rosjanami. Mariaż z Niemcami był poniekąd wymuszony historycznymi okolicznościami. Fakt ludobójstwa na Polakach nie jest tak żywy w ukraińskiej świadomości jak w naszej. Nie staram się działań UPA usprawiedliwiać. Chcę tylko zwrócić uwagę, że nic co dotyczy historii tych rejonów nie jest czarno-białe, ale to temat na dłuższe dywagacje.

dasiek
5 stycznia 2012 (09:56)
hmm
co do tych przeterminowanych produktów to chyba się pomyliliście.. Mieszkałem na Ukrainie, oni na swoich produktach nie podają daty przeterminowania tylko datę produkcji! Z zaznaczeniem, że można spożyć np do roku od tej daty.

primo
3 lipca 2012 (17:12)
dziękuję
Dziękuję za ten komentarz Pablon, to dla mnie bardzo ważne, że ktoś dostrzega w zachodniej Ukrainie coś więcej niż tylko postkomunistyczną szarą rzeczywistość. Spróbujmy sobie przypomnieć jak wyglądała polska rzeczywistość jeszcze trzydzieści lat temu, a Ukraina ze względu na swoją przeszłość ma dużo więcej do nadrobienia niż Polska.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".