„W imię…” – obraz człowieka rozdartego
    Małgorzata Szumowska2 · Kościół Katolicki68 · kino polskie27 · homoseksualizm22
2013-10-13
„W imię…” nie jest filmem ani o księdzu, ani o homoseksualiście. Małgorzata Szumowska przede wszystkim przedstawia nam poruszającą historię człowieka samotnego i wykluczonego.

Fabuła filmu jest prosta. Ksiądz Adam jest opiekunem ogniska dla trudnej młodzieży na głębokiej prowincji. Na pierwszy rzut oka jest wyrozumiały i nowoczesny, bez problemu nawiązuje kontakt ze swoimi wychowankami i parafianami. Jednak za zamkniętymi drzwiami plebanii zmaga się z samotnością, alkoholizmem i – przede wszystkim – z własną seksualnością.

Film Szumowskiej jest niewątpliwie wynikiem ciągnącego się już od dłuższego czasu społecznego dyskursu o kontrowersjach związanych z księżmi i kościołem, a czas jego premiery przypadł dodatkowo na okres wzmagających się oskarżeń i pozwów. Z tego powodu ksiądz homoseksualista wydaje się, prawdopodobnie całkiem słusznie, być zabiegiem marketingowym, mającym przyciągnąć widzów i zelektryzować krytyków. Na szczęście, Szumowskiej udaje się znaleźć równowagę – reżyser przede wszystkim skupia się na człowieczeństwie swoich bohaterów, a nie ich profesji.

„W imię…” to opowieść o wyobcowaniu. Mieszkańcy wsi żyją gdzieś na końcu świata; Adam jest nie tylko księdzem, ale również obcym z wielkiego miasta i homoseksualistą; wychowankowie ogniska są od najmłodszych lat skazani na porażkę w życiu, a Ewa sama ucieka przed problemami w alkohol. Chociaż to ci bohaterowie kształtują społeczność wioski, są z niej bezlitośnie wykluczeni.

Andrzej Chyra z pełną świadomością ukazuje nam wszystkie twarze duchownego, który z jednej strony jest potępiany za swoją seksualność, z drugiej zaś ceniony jako oddany pedagog, szczerze zaangażowany w problemy swoich wychowanków. Orientacja sensualna nie jest tym, co go definiuje, a pragnienia, nawet te najbardziej napiętnowane, są częścią jego natury (krzyczy o tym zwłaszcza scena na polu kukurydzy).

Sposobem na zachowanie pozorów równowagi jest dla Adama jego relacja ze Szczepanem. Ich powoli kształtujący się związek jest do bólu niewinny, szczery i naturalny. Stoi w wyraźnej opozycji do otwartej seksualności Blondyna czy jednej z jego parafianek – Ewy. U boku Szczepana Adam znajduje akceptację i zrozumienie.

Chociaż film mierzy wysoko, nie ucieka od licznych błędów. Irytować może tani symbolizm oraz przerywające nastrojową ciszę nagłe sceny rozbudowanych dialogów – widać to szczególnie w scenie spowiedzi księdza Adama przed jego siostrą. Wyjątek stanowią sceny z udziałem grupy młodych mężczyzn, grających wychowanków ogniska dla trudnej młodzieży – ich zaimprowizowane dialogi są do bólu szczere i bezkompromisowe.

„W imię…” nie jest arcydziełem, nie jest również filmem dla wszystkich. Jest jednak dowodem na to, że polskie kino ma odwagę eksperymentować i chociaż z tego powodu warto poświęcić chwilę wolnego czasu i wybrać się do kina.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".