Werwolf na Ziemiach Odzyskanych – wielka mistyfikacja
    II wojna światowa82 · Niemcy74 · PRL51
2010-02-27
Werwolf, tajemnicza nazistowska organizacja, obrosła przez lata w mit. Jej członkowie działali głównie na terenie Niemiec, będących pod okupacją zachodnich aliantów. Dążyli do tego, by terrorem i dywersją, wprowadzić zamieszanie w strefach okupacyjnych. W Polsce grupy dywersantów, które nazywano szumnie Werwolfem działały samodzielnie z mniejszym rozmachem, głównie na Pomorzu Zachodnim, Pomorzu i Śląsku. Niemieckie podziemie uaktywniło się po wkroczeniu na te tereny wojsk radzieckich w 1945r.

Co wiadomo o działalności Werwolfu na obszarze Ziem Zachodnich? Otóż żaden Werwolf nie istniał – wszystko to było propagandową nagonką, zorganizowaną przy wydatnym udziale UB. Miała ona na celu zatuszowanie działalności maruderów sowieckich i Wojska Polskiego, oraz żołnierzy Armii Czerwonej. Chciano ukryć rozboje bandytów i szabrowników. Drugi, niezwykle istotny powód, to próba usprawiedliwienia rozpoczętych już w 1945r. deportacji Niemców do ich odradzającej się po wojnie ojczyzny. Pierwotnie planowano deportację wszystkich Niemców z Pomorza Zachodniego w ciągu roku! Było to propagandowo niezwykle ważne. Werwolf miał być straszakiem, w tych niespokojnych czasach każdy Niemiec mógł być dywersantem lub agentem walczącym z nową władzą i polskimi osadnikami. W poszukiwaniu winnych, Urząd Bezpieczeństwa i komendy MO same nakręcały spiralę zagrożenia. Opracowana przez aparat bezpieczeństwa specjalna instrukcja, wskazywała wręcz na rozpracowanie członków Werwolfu.

Historia “Wilkołaków” zaczęła się w 1944r., gdy stało się jasne że III Rzesza zbliża się ku nieuchronnemu końcowi. Padł wtedy pomysł utworzenia Werwolfu. Głównym pomysłodawcą był Reinhard Gehlen, szef wydziału wywiadowczego Fremde Heere Ost ( Obce Armie Wschód) w Sztabie Generalnym Wojsk Lądowych. Gehlen, późniejszy szef powojennego wywiadu RFN, zakładał że tajna walka na terenach okupowanych przez aliantów będzie oznaczać dywersję, szpiegostwo na zapleczu frontu, przy współdziałaniu z regularną armią. Już zawczasu zabezpieczono papiery, broń, oraz inne potrzebne materiały. Gehlen opracował schemat struktury Werwolfu w oparciu o organizacje partyzanckie w Europie, możliwe że też o AK. Szacuje się że w Polsce działało 9-10 tys. “Wilkołaków”, ale liczbę tą należałoby zweryfikować. Nie bardzo wiadomo jednak, jak to zrobić.

Zwalczanie niemieckiego podziemia powierzono już w 1944 r. Resortowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w skład którego wchodził Wydział I - kontrwywiadowczy. Prowadził on działania operacyjne i śledcze przeciwko członkom polskiego Podziemia Niepodległościowego, ale również wymierzono ostrze w istniejące (i domniemane) grupy niemieckich dywersantów. Wywrotowcem mógł zostać każdy Niemiec, oskarżony pod byle pozorem. Wystarczyło stawiać opór przy rekwirowaniu żywności, czy dokwaterowaniu do mieszkania polskich lokatorów. Władze komunistyczne obawiały się przede wszystkim tego, że pojawi się doskonale zorganizowana podziemna armia niemieckich agentów. Dr Paweł Skubisz ze szczecińskiego Oddziału IPN przyznaje „ Historycy związani z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa upatrywali w każdej formie oporu ze strony Niemców działalności Werwolfu – zhierarchizowanej i dobrze zorganizowanej struktury dywersyjnej. W rzeczywistości na Pomorzu mogły to być najwyżej pojedyncze, samodzielnie grupy starające się przeciwdziałać nowym polskim władzom, instalującym się na tym terenie, oraz próbujące wystraszyć przybywających tu osadników”.

Wojna dobiegła końca. Na Ziemie Zachodnie zaczęli przybywać osadnicy ze wschodu. Jednocześnie na terenie Pomorza Zachodniego wciąż znajdowały się grupy żołnierzy niemieckich z rozbitych dywizji, którzy chcieli po prostu uciec za Odrę. Pozostali też na miejscu członkowie różnych organizacji, liczni SS-mani, Volksdeutsche, byli członkowie NSDAP - fanatycy, ludzie którzy nie mieli już nic do stracenia. To oni jako uczynni Niemcy, niepozorni rolnicy, mieszczanie, mogli działając w różnych paramilitarnych organizacjach zamienić się w sabotażystów czy strzelać do funkcjonariuszy MO. Chodziło o stwarzanie atmosfery zagrożenia i niepewności. Co prawda postanowienia Układu Poczdamskiego przyniosły ustalenie granic Polski, ale trwała atmosfera tymczasowości. Głośno mówiło się o rychłej wojnie pomiędzy Zachodem a ZSRR. Dlatego też dywersanci kojarzeni z Werwolfem, często zasiedziali już na tych terenach, chcieli pokazać że Pomorze było i jest niemieckie.

Prof. Zenon Romanow z Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku przyznaje: - “Z moich wieloletnich badań źródłowych wynika, że na Pomorzu Zachodnim nie działały oddziały Werwolfu (może tylko z wyjątkiem Szczecina). Informacje o takich oddziałach w historycznej literaturze PRL-owskiej oraz we wspomnieniach milicjantów i ubeków są oparte na braku rozeznania. W tym wypadku chodzi o resztki oddziałów niemieckich, które w 1945 i na początku 1946 r. pojawiały się w różnych miejscowościach, najczęściej w lasach. Dążyły one do przedostania się za Odrę. Np. taki około 30-osobowy niemiecki oddział przebywał w 1945r, w powiecie złotowskim. Na początku 1946 r. opuścił powiat i udał się na zachód. Do Werwolfu propaganda PRL zaliczała także różne bandyckie oddziały zajmujące się rabunkiem.”

To obecność tych oddziałów jednostki radzieckie i powiatowe komendy UB często brały za pojawianie się Werwolfu. Bardzo trudno jest ocenić ilość akcji, które przeprowadzali członkowie Werwolfu, a co było wymysłem ówczesnych służb bezpieczeństwa. Przykładem może być domniemany oddział Werwolfu sformowany z absolwentów szkoły wywiadowczej w Albeku na wyspie Wolin. Funkcjonariusze MO i Urzędu Bezpieczeństwa zmusili biciem podejrzanych do przyznania się do winy. Ostatecznie nie postawiono ich w stan oskarżenia, gdyż prokurator wojskowy porucznik Kern nie znalazł śladów winy. Problemem jest również stan dokumentacji. „Dokumenty dotyczące domniemanej aktywności Werwolfu , na przykład w związku z działaniami dywersyjnymi w Świnoujściu są w dużej części niekompletne” - przyznaje dr Skubisz.

Ziemie Zachodnie były zwane "Dzikim Zachodem" z powodu bezprawia i słabości polskiej administracji. Pomorze było w tym czasie wielkim tyglem ludności polskiej, niemieckiej, żydowskiej. W Koszalinie, Szczecinie i innych miastach wciąż więcej było Niemców niż Polaków, administracja często była polska i niemiecka. Szczecin zamieszkiwało w tych dniach zaledwie około 200 Polaków oraz około 6 tys. Niemców. Granice terytorialne miasta nie zostały od razu jednoznacznie ustalone, władze polskie trzykrotnie lokowały się i opuszczały siedzibę. Wprowadzono godzinę policyjną ( 22.00-6.00 rano), Niemcy mieszkali w wydzielonych sektorach-dzielnicach, gdzie Polacy nie mieli wstępu. W Szczecinie natomiast wiele budynków było podpalanych. Wspomina o tym w swoich pamiętnikach z okresu między lipcem a wrześniem 1945r pierwszy prezydent Szczecina Piotr Zaremba: „Ustały już zbrodnicze pożary, ale stan bezpieczeństwa nadal fatalny (...) W mieście znalazły miejsce najrozmaitsze podejrzane elementy - maruderzy wyłapywani przez radzieckie patrole, polscy szabrownicy, SS-mani, z trudem maskujący się w cywilnych ubraniach (…) czy Niemcy maskujący się przed pójściem do obozów jenieckich”.

Zeznania świadków lub opisy związane z “Wilkołakami”, redagowane zapewne były pod dyktando aparatu bezpieczeństwa. Można zastanawiać się na przykład nad wiarygodnością dzienników prezydenta Zaremby, które wydane zostały dopiero w latach 70 tych. Kwestia wspomnianych pożarów, podpaleń domów czy próby zniszczenia urządzeń portowych mogła być niczym więcej, jak działaniem wycofującego się Wehrmachtu. Podpalenia miały się rozpocząć jeszcze przed bezwarunkową kapitulacją Niemiec. Rozbita 50 osobowa grupa niemieckich płetwonurków, którzy ponoć byli przeszkolonymi “Wilkołakami” może być z dużą dozą prawdopodobieństwa uznana za pozostawiony, wydzielony oddział dywersyjny. Niszczono wszystko, co mogło przydać się wrogowi - w bezsilnej złości tylko to Niemcom pozostało. Nie można wykluczyć, jednak, że w mieście gdzie ilość Polaków była znikoma dochodziło do walk ulicznych. Oddział Wehrmachtu ukrywał się nawet na szczecińskim cmentarzu. Wyłapano żołnierzy niemieckich, a po latach jeden z uczestników akcji opowiadał że nie był to żaden Werwolf.

Mnożyły się meldunki MO i UB mówiące między innymi o zatrzymaniu w sierpniu 1945r. Alfreda Bleischichta, który wraz z oficerem SS chciał wysadzić most na Odrze, a w grudniu tego samego roku - Guntera Krugera, spadochroniarza przerzuconego do Szczecina. Ten miał polecenie zorganizowania grupy, mającej odbić niemieckich żołnierzy z niewoli. I to jest zastanawiające, bo w czasie powojennego zamieszania ktoś miałby sobie zadać trud by zorganizować zrzut z Niemiec, zabezpieczyć dywersantowi pobyt w Szczecinie (zakładając, że nie przystąpił on do działania z “marszu”). A co z lotniskiem, z samolotem? Kto i w jaki sposób technicznie miałby to wykonać? Różne publikacje zajmują się Werwolfem. Miedzy innymi “Atlas podziemia” zamieszcza informacje na ten temat, poza tym w wydanej nie tak dawno książce „ Werwolf - tajne operacje w Polsce” zawarty jest rozdział poświęcony Pomorzu Zachodniemu. Niestety, przytoczone tam zeznania i opisy ataków niemieckich dywersantów, uznane są przez autorów – Roberta Primke i Macieja Szczerepę bezkrytycznie za działalność Werwolfu. Ma tu miejsce nadinterpretacja faktów. Można dowiedzieć się o zatrzymaniu Feliksa Ruska, schwytanego w maju 1945 podczas próby podpalenia jednej z kamienic w Szczecinie. Przyznał się on do członkostwa w Hitlerjugend, pomocy w maskowaniu bunkrów z bronią i materiałami.: „Gdy Rosjanie wkroczyli do Szczecina, w kwietniu 1945r, dostaliśmy rozkaz nie wychodzenia z budynków na czas jednego miesiąca. Po miesiącu mieliśmy rozpocząć naszą robotę.”

Niestety nie napisano jaka to miała być robota. Czy faktycznie człowiek ten czekałby z kompanami bezczynnie, miesiąc czasu w mieście zajętym przez Armię Czerwoną, po to by podpalić kilka domów? Wtedy gdy III Rzesza padała, jakie mogło to mieć znaczenie? Kolejna niejasność dotyczy opisu napadu bandyckiego na transport osadników polskich stojący na stacji przygranicznej Gumieńce pod Szczecinem w nocy z 10 /11 września 1945r. Autorzy przypisują ten atak Werwolfowi, powołując się na meldunek wysłany do Dyrekcji Okręgowej PKP w Szczecinie. Nie ma tam słowa o rabunkach dokonanych przez Werwolf! A jeśli sięgniemy do materiałów UB, to szybko okazałoby się że na pociągi pomiędzy Szczecinem a Stargardem napadali czerwonoarmiści. Wspomina to w swych pamiętnikach Gunter Vandree, świadek tamtych wydarzeń: "22.11.45. Wielu uciekinierów ze Słupska, Świdwina i Kołobrzegu maszeruje przez Gumieńce. Na dworcu Gumieńce leży wiele trupów między torami. Zostali obrabowani i zamordowani przez Rosjan (…) Dzieje się tak od wielu tygodni i nie widać temu końca."

Rozbestwieni “Wilkołacy” mieli też zaatakować między innymi Komendę Rejonową Szczecin-Południe. Do końca września 1945r. Rosjanie rozbili kilkanaście grup uznanych za Werwolf, dzięki czemu ilość napadów zmalała. Zatrzymano też dwunastu maruderów i bandytów. UB posiadało pewną ilość informatorów wśród pozostałych niemieckich mieszkańców Pomorza. Raport WUBP z początku maja 1945r. donosi o zatrzymaniu 67 osób należących do ugrupowań hitlerowskich. W czerwcu 1945r. na terenie powiatu Koszalin zlikwidowano uzbrojoną, 27 osobową grupę uzbrojonych, niemieckich bandytów. Czaplinek był miastem gdzie UB wykryło niemiecką radiostację nadawczą, znaleziono też ulotki propagandowe. Działanie grupy o nazwie “Deutsche Legion”, czy też mistyfikacja komunistycznego aparatu bezpieczeństwa?. Werwolf aktywnie miał działać w Szczecinku, podejmując akcje sabotażowe w okresie żniw. Kres działalności dywersyjnej przyniósł koniec roku 1946 i wzmagające się deportacje obywateli niemieckich do ich ojczyzny. Wtedy ostatecznie rozbito drobne grupy sabotażystów ze Stargardu, Choszczna i Trzebiatowa, którzy niszczyli urządzenia energetyczne i wodociągowe.

Wiadomo że napady, gwałty i morderstwa dokonane na Pomorzu Zachodnim obciążają w dużym stopniu żołnierzy i maruderów Armii Czerwonej. To jej komendanci wojenni specjalnie wyrzucali polskich i tak nielicznych osadników, by na to miejsce ponownie osadzić Niemców. Było to celowe powodowanie antagonizmów. Armia Czerwona traktowała Ziemie Odzyskane jako zdobycz wojenną, rabując mienie należące już do Polaków. Miały miejsce niezliczone grabieże dokonywane przez czerwonoarmistów, zarówno na Polakach jak też na rodowitych Niemcach. Inspektor z Ministerstwa Informacji i Propagandy pisał o stanie bezpieczeństwa w 1945r: "Kobiety polskie są narażone na stałe niebezpieczeństwo gwałtów ze strony żołnierzy Armii Czerwonej”. Polskie władze interweniowały oczywiście, ale niewiele mogły zrobić. Z Człuchowa, Bytowa, innych miejscowości płynęły zatrważające wieści. Dopiero gdy faktycznie ziemie te znalazły się pod zwierzchnictwem administracyjnym Polski, sytuacja uległa zmianie. Dr. Zenon Kachnicz, historyk badający dzieje niepodległościowe Pomorza Zachodniego, określa w jednej ze swoich publikacji działania Armii Czerwonej jednoznacznie: - “Dziś stwierdzić można że wiele mordów przypisanych Niemcom dokonanych zostało przez maruderów Armii Czerwonej, ale też przez Polaków.”

Werwolf istniejący jako zmasowana, podziemna siła zbrojna na terenach należących do nowej Polski, był wytworem oficjalnej propagandy. Wielu świadków tamtych zdarzeń i historyków tak właśnie uważa. A przecież, jakby na przekór, niełatwe stosunki Polaków i Niemców na Pomorzu ulegały poprawie. Jeszcze w połowie lat 50 - tych istniały szkoły z klasami niemieckojęzycznymi, niemieccy inżynierowie uczyli polskich pracowników obsługi maszyn w wodociągach, elektrowniach wodnych. Polska administracja zamierzała zatrzymać jak najdłużej przede wszystkim niemieckich specjalistów.


Komentarzy: 7

pees
2 stycznia 2013 (16:29)
Tak,tak
Na Ziemiach Odzyskanych PRAWO i PORZĄDEK zawdzięczamy Werwolfowi,w Polsce wschodniej UPA a w centralnej różnym BANDOM leśnym !

leli
12 stycznia 2013 (13:11)
werwolf synak
to proszę wpisać w google i nie mieszać, głupot nie pisać...

Dziadek
22 marca 2013 (07:43)
odp
poes to prymitywny głupek.To co napisał świadczy o tym,że nie zrozumiał co czytał-a kim jest leli pisany z małej litery?Z całym szacunkiem leli (z małej litery)nie pisz głupot i nie mieszaj

pan NIKT
17 kwietnia 2013 (08:19)
WRWOLF SYNAK
To co pisze synak to... szit jakiego mało, szkoda oczu i czasu na te brednie. Lepiej iść na spacer po lesie, a jak chce się takie brednie wymyślać to po litrze wódki same przyjdą do głowy. Pozdrawiam i proponuję się ogarnąć i wziąć do jakiejś przydatnej roboty.

Obserwator
14 lipca 2013 (21:09)
Ciekawe...
To znaczy ,że Werwolfu nie było i to wszystko kłamstwa po 89 wymyśla się nowe, zwłaszcza ,że materiały archiwalne dotyczące werwolfu \"zaginęły kilkanaście lat temu.

wilczek
3 stycznia 2014 (13:38)
żal oczu
szkoda czasu dla takiego gniota i tylu bzdur jeszcze nie czytalem w jednym miejscu...jakbys mial dziadkow co przywedrowali na Dolny Slask lub Pomorze/Szczecin/ to inaczej bys gadal...jak ktos zauwazyl...dzieki UPA, Werwolfowi i innym bandom mielismy spokojne Ziemie Odzyskane w porzadku i ladzie, nic sie nie dzialo...a podpalali milicjancji, pracownicy ub, Polacy a Niemcy byli cacy...puknij sie w czaszke...

Wolf
15 marca 2014 (21:53)
Kłamać, zaprzeczać i ośmieszać...
Reinchard Gehlen też nie istniał. Założyciel BND... TW \"Kosk\" podpisywał wszystko, co mu podetknęli szantażyści pod nos. Pełen spontan i luz, wielka miłość \"na zawsze\". Niemcy trochę poczekali na zjednoczenie, ale obie strony, mimo pozornych podziałów, grali do jednej bramki. Poczekajmy trochę, np. do referendum na Śląsku czy Kaszubach. Niemcy poważnie traktują swoje ziemie, nie to, co jurgieltnicy operujący nad Wisłą.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Birma. Miłość od pierwszego wejrzenia. Wywiad z Michałem Lubiną o jego nowej książce „Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”

O książce "Birma. Historia państw świata w XX i XXI w." oraz o problematyce birmańskiej z Michałem Lubiną rozmawia Roman Husarski.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".