Wikidiotyzm, czyli dlaczego ludzie boją się Wikipedii?
    Wikipedia2 · przyszłość internetu34
2010-11-16
Autor: Otto Katz
Internet to, z braku lepszego określenia, „miejsce”, które zmienia się bez przerwy. I to z zawrotną prędkością. To co wczoraj było modne, zabawne, popularne i cisnęło się na wszystkie wirtualne usta, dziś jest już właściwie passé. A jutro?

Jutro nikt nie będzie o tym pamiętał. Dobrym przykładem z ostatnich miesięcy zdaje się być najwierniejsza towarzyszka licealistów, Wikipedia. Jeszcze nie tak dawno każdy śmiało sięgał do jej zasobów by uzupełnić swoją wiedzę. Obecnie natomiast przywołać informacje z największej sieciowej encyklopedii w towarzystwie to prawie taki wstyd, jak zakończyć związek za pośrednictwem Facebooka.

Internauci uzależnieni od szperania wśród 14 milionów haseł opublikowanych na łamach Wikipedii w jakiejś absurdalnie wielkiej ilości języków nie mają ostatnio czasy lekkiego życia. Wcale niedługi czas temu można było śmiało, bez obaw i z krystalicznie czystym sumieniem skakać od jednej pozycji do drugiej, wesoło tarzać się w faktach, mitach, bzdurach i „zalążkach”. Nikogo to nie dziwiło, nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi, bo cóż może być bardziej naturalnego od poszerzania swoich horyzontów w tak szybki i komfortowy sposób? Niestety dla wiki-nałogowców nastały gorsze czasy. Spróbujcie na uczelni oddać jakąś pracę, która w bibliografii ma odnośnik do Wiki i patrzcie, jak na twarzy wykładowcy (albo, o zgrozo, promotora – ale to wersja tylko dla ludzi o mocnych nerwach) powoli kwitnie wyraz najwyższej pogardy. Ale uznajmy, że to zrozumiałe. W końcu studia - poważna sprawa, jakby nie było próg w drzwiach podpisanych Intelektualna elita kraju, a tu ni stąd, ni zowąd wyskakuje ktoś z sieciową encyklopedią opartą na zasadzie otwartej treści.

Wczujmy się w rolę tego biednego zniesmaczonego doktora lub profesora i powiedzmy sobie: „to się nie godzi!”. W szkole wyższej numer z Wiki nie przeszedł i można to usprawiedliwić, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by w wolnej chwili przyłączyć się do jakiejś rzeczowej dyskusji, mającej miejsce na naszym ulubionym forum dyskusyjnym. Gdzie poważna rozmowa, tam i sensowne argumenty. A te, jak wiadomo, wypada poprzeć solidnymi źródłami. Wikipedia nagle stała się takowych przeciwieństwem. Wkleisz na forum link do hasła z Wiki i od razu kończysz z łatką idioty, ewentualnie internetowego trolla, kreatury, którą wszyscy dyskutanci zgodnie zignorują. Obowiązkowo wcześniej ją wyśmiawszy.

Co leży u podstaw takiej postawy antywikipedystów? Pierwszy argument jaki pada zawsze, ale to zawsze i jeszcze nie spotkałem się z wyjątkiem od tej reguły – a bo Wikipedię to każdy może edytować. Standard. Niestety, tylko niewielki procent zapalonych przeciwników tej wielkiej encyklopedii jest na tyle zainteresowany tematem, by sprawdzić jak to naprawdę jest z tą „każdomożnością”. Bo w rzeczywistości to niezupełnie jest tak, że pierwszy lepszy internauta może sobie wklepać w pasek adresu http://pl.wikipedia.org i dodać byle jakie informacje do któregokolwiek z opracowanych wcześniej artykułów, a jeżeli jest wyjątkowo zuchwały, nawet stworzyć zupełnie nową podstronę, po brzegi wypełnioną kompletnymi bzdurami. Oczywiście wiara w to, że wszyscy Wikipedyści dbają o jakość każdego słowa dopisanego do „e-ncyklopedycznych” zasobów ma swoją nazwę i brzmi ona po prostu „naiwność”.

Ale po to właśnie są weryfikatorzy - redaktorzy z szerszymi uprawnieniami, by mogli nadawać artykułom specjalne oznaczenia. Tak więc zamiast pluć jadem na cudzą pracę wystarczy rzucić okiem na prawy górny róg ekranu i voila, już wiemy jaki status ma dana strona. Nie trzeba być doktorem habilitowanym ani korespondentem Polskiej Akademii Nauk żeby zgadnąć, iż opis „wersja nieprzejrzana” subtelnie sugeruje, by do zamieszczonych pod nim treści podchodzić z pewnym dystansem. „Wersjom przejrzanym” też nie można ślepo ufać, natomiast już „dobry artykuł”, czy „artykuł na medal” to informacje, o których prawdziwość nie musimy drżeć nawet, gdy przywołamy je w obliczu specjalisty z danej dziedziny. Co więcej, w bliżej nieokreślonej przyszłości na łamy Wolnej Encyklopedii ma zawitać znaczek pod zbawiennym tytułem „artykuł zweryfikowany”. To jednak póki co miłe dla wyobraźni wizje, a my zajmujemy się tym, co tu i teraz. Bo koniec świata ponoć tuż, tuż, o czym można przeczytać choćby tutaj http://pl.wikipedia.org/wiki/Koniec_%C5%9Bwiata, ale osobiście raczej nie polecam tego dzieła.

Każdy, kto z wszelakimi wirtualnymi społecznościami miał trochę do czynienia wie, że internauci potrafią być wyjątkowo nieprzyjemnymi bestiami. Z Wikipedią nie jest inaczej. Jeśli już ktoś nie czepia się tego, że każdy może edytować jej zawartość, to na pewno zaraz zacznie opowiadać coś o monstrualnej ilości błędnych informacji zamieszczonych na łamach Wolnej Encyklopedii. A jak ma dobrą pamięć, to pewnie jeszcze przypomni słynną historię z artykułami o zmyślonym Henryku Batucie, który według paru złośliwych edytorów-dowcipnisiów miał mieć nawet swoją ulicę w stolicy. Pewnie, nie sposób się sprzeczać z tym, że na Wiki pomyłek nie brakuje, a zanim wszystkie treści zostaną zweryfikowane, to dzisiejsze niemowlaki będą już dawno grały w kanastę w domach starców. Z tym, że jeżeli nie jesteśmy pewni jakiejś informacji zamieszczonych na danej stronie, to pozostajemy nie dalej jak pojedyncze kliknięcie od celu. Rozwiać wątpliwości może bowiem spojrzenie na zawarte u dołu strony przypisy oraz linki do źródeł. I przede wszystkim zawartość zakładki „dyskusja”. Dostęp do niej ma każdy, a wikipedyjne mole czuwają i śmiało rozpoczynają wątki pod podejrzanymi artykułami. Toteż i tym razem nie jest tak źle, jak próbuje to ostatnimi czasy pokazać antywikipediowy front, którego liczba przedstawicieli rośnie w sieci jak grzyby po deszczu.

To dlaczego ludzie podchodzą do zawartości największej na świecie encyklopedii on-line z takim dystansem, graniczącym wręcz pogardą to tylko jedna i właściwie chyba mniej istotna strona problemu. Najlepszy sposób na dyskusję z ludźmi uprzedzonymi, to po prostu nie dyskutować z ludźmi uprzedzonymi – próżno szukać prostszej i skuteczniejszej recepty. Prawdziwy kłopot jednak jest z „Wikidiotami”. Mam szczerą nadzieję, iż powyżej udało się wykazać, że w samym korzystaniu z Wolnej Encyklopedii nie ma absolutnie nic złego. Niestety (a może właśnie stety? To już kwestia interpretacji) Wikipedia, tak jak chyba wszystko inne na świecie, przy obsłudze wymaga pewnej dozy pomyślunku.

Cóż, homo sapiens sapiens to gatunek o tyle przewrotny, że posądzać można go chyba o wszystko, poza czynnością wymienioną w jego nazwie. Nie prowadziłem w tym kierunku żadnych statystycznych badań, ale odważę się wysunąć śmiałą tezę, iż na każdego poszukiwacza wiedzy względnie rozsądnego, acz na tyle leniwego by ograniczał się do Wiki przypada pewnie z dziesięciu bezwzględnie odległych od rozsądku tak, jak Polska od szczytu rankingu FIFA. I, co gorsze, znacznie bardziej leniwych od tych pierwszych. Ciężko powiedzieć skąd to się bierze, ale bezrefleksyjność, łatwowierność, w niektórych przypadkach wręcz nieświadomość alternatywnych rozwiązań i sposobów usprawnienia poszukiwań pożądanej informacji to cechy tak charakterystyczne dla uderzającej większości użytkowników Wikipedii, że gdyby dało się je zwizualizować, to ich portrety byłyby do siebie łudząco podobne. Ale przecież nie można winić Alfreda Nobla za problemy ludzi z właściwym wykorzystaniem dynamitu, prawda?

Wikipedia to znakomita inicjatywa i świetny serwis, w którym można szybko i łatwo znaleźć mnóstwo potrzebnych informacji oraz dokopać się do bardziej fachowych źródeł, z jakich one pierwotnie pochodzą. Jasne, nie jest to strona doskonała, do perfekcji (przy optymistycznym założeniu, że takowa jest w ogóle osiągalna) brakuje jej wciąż bardzo, bardzo wiele i za nim będzie mogła choćby aspirować do tego miana, to sporo wody upłynie w Nilu. Tylko czy to powód aby Wiki szykanować i wyśmiewać na każdym kroku? Litości. Wystarczy trochę się zastanowić, pomyśleć, spojrzeć nieco dalej, głębiej i już staje się jasne, iż to nie Wolna Encyklopedia per se jest problemem głęboko związanym z powszechną w Internecie dezinformacją. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że „pistolety nie zabijają ludzi – robią to inni ludzie”. Z Wikipedią jest tak samo. Wikidiotyzm to nie wina strony, tylko idiotów. A tych nigdy, nigdzie nie brakuje.


Komentarzy: 6

Marcin Mieluch
17 listopada 2010 (01:19)
good point
niekiepski artykulik :) zgadzam się praktycznie ze wszystkim co zostało tu powiedziane, aczkolwiek dodałbym, że polska wersja wikipedii - przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu - jest w większości przypadków o wiele uboższa niż jej angielski odpowiednik. I oczywiście można by się również czepiać, że przecież dużo więcej ludzi mówi po angielsku, niż po polsku, ale w istocie sprawa ma się tak, że polska wiki traktuje hasła O WIELE pobieżniej niż inne języki. przykładów przytaczać nie będę, bo przykład przykładowi nierówny. z wiki korzystam często i powyższe obserwacje wynikają z doświadczenia. przede wszystkim jest to tzw. "dobry początek". a co do cytowania.. cóż w pracy magisterskiej nie przyszłoby mi nawet do głowy cytować jakiejkolwiek encyklopedii, bo i tak wstyd - nie bez powodu powiedzenie "wiedza encyklopedyczna" jest synonimem "nie wiesz toś głąb". na poziomie uniwersyteckim trzeba już po prostu sięgnąć do poważniejszych źródeł.

Grzegorz Wasiluk
17 listopada 2010 (09:36)
Z polskiej Wikipedii korzystam mało
Wiki angielska, niemiecka, rosyjska, francuska, a nawet portugalska to zupełnie co innego. Korzystam głównie pod względem tematyki historii powszechnej drugiej połowy XX wieku oraz aktualnych wydarzeń politycznych za granicą, więc nie będę próbował oceniać innych działów. Wyznam szczerze, że niekiedy aż 3/4 moich materiałów do wąsko wyspecjalizowanych zagadnień z tego przedmiotu pochodzi właśnie z wiki. Co więcej, skorzystam z niej również dzisiaj, a ślady tego znajdą się najpewniej w jednym z moich następnych artykułów, ba, w niejednym. A propos pogardy ludzi z dyplomami.... Nie chciałbym być złośliwy, przywołując pewne ich obiegowe określenia z niedawnej przeszłości, więc ograniczę się do faktów dotyczących tej warstwy w naszym kraju. Właściwie jednego faktu, ale chyba wystarczająco wymownego. Przez wiele lat, zanim doszczętnie się skomputeryzowałem, skupiając się na Wiki i Google News Archive, Google Books itp. portalach wiedzy olbrzymiej, wypożyczałem książki obcojęzyczne z biblioteki uniwersyteckiej. Otóż ani razu, podkreślam - ani razu nie zdarzyło się, że zamówiona przeze mnie pozycja była niedostępna - wypożyczona przez kogoś innego. Proszę spojrzeć jak działa w parze polski-angielski lub polski-niemiecki inne narzędzie Google: Google Translate, a jak np. w zestawie portugalski-angielski czy też angielski-.niemiecki. Osobom wyśmiewającym dzieło Jima Walesa w naszym kraju pragnę zadać pytanie: Z kogo wy się właściwie śmiejecie?

gość
1 grudnia 2010 (14:37)
wiki a uczelnie wyższe
Jestem pracownikiem jednej z uczelni wyższych i z pierwszej ręki wiem, że to napisał autor mija się z prawdą. Na uczelniach w naszym kraju studenci korzystają z Wikipedii i to również na poziomie prac licencjackich i magisterskich. Nie spotkałem się z przypadkiem aby promotor czy recenzent zakwestionował źródło informacji. Jeśli przytoczona informacja jest rzetelna to wiki jest takim samym źródłem jak każda inna strona www.

wikibadziew
7 luty 2011 (15:02)
WIkipedia to republika kolesi
Niestety już od dawna nie jest to żadna "wolna encyklopedia" tylko strona pilnowana przez kolesi nawzajem poklepujących się po plecach i odruchowo odrzucających wszelkie edycje, które są mądrzejsze od ich własnych.

wikibrednia
31 sierpnia 2013 (18:38)
WIkipedia to republika kapusi
oto psy POwieszone na Mnie : http://en.wikipedia.org/wiki/Wikipedia:Long-term_abuse/Wikinger

Ex-wikipedian
15 grudnia 2014 (21:26)
Bagno
Nie trać czasu na edytowanie Wikipedii, to straszne bagno - Twoja praca zostanie zniszczona przez mniej kompetentnych użytkowników lub zostaniesz wyeliminowany/a przez nieuczciwych administratorów jakich tam wielu (wszystko z własnego przykrego i wieloletniego doświadczenia). Lepiej załóż bloga, na dobrym blogu można zarobić.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".