WikiLeaks. W poszukiwaniu wolności absolutnej
    Wikipedia2 · dziennikarstwo śledcze8 · Julian Assagne5 · Afganistan75
2010-08-12
Z końcem lipca świat po raz kolejny usłyszał o WikiLeaks, witrynie internetowej zajmującej się publikowaniem dokumentów, które w założeniu mają informować opinię publiczną o czymś ważnym, a wcześniej tajnym. Tym razem strona pochwaliła się 92 tysiącami stron materiałów na temat „kuchni” wojny afgańskiej. W dzisiejszym świecie ten kto dzierży informację, ma też potężną władzę. Albo przynajmniej wpływy. Ile władzy ma WikiLeaks? Czy jest to zjawisko, które będzie zyskiwać na sile, czy też przereklamowana efemeryda?

WikiLeaks, która swoją działalność rozpoczęła w grudniu 2006 roku, nie jest ani organizacją polityczną, ani agencją prasową, ani NGOsem. Nie dysponuje stałą siedzibą, biurami, opłacanym personelem. Według tego co podają na Twitterze jej założyciele, ich lokalizacją jest cały świat, a tak naprawdę, miejsca gdzie znajdują się ich serwery. Część w Islandii i Belgii, gdzie obowiązuje dość liberalne prawo prasowe, część rozsiana jest po mniej lub bardziej określonych zakątkach świata. Ludzie zaangażowani w serwis to zazwyczaj wolontariusze, ideowcy przekonani co do słuszności przyświecających im założeń. Są ich tysiące, natomiast liczba osób zaangażowanych w projekt w pełnym wymiarze godzin to trzy, do pięciu osób. Ci, jako osoby kluczowe dla działalności WikiLeaks funkcjonują enigmatycznie, pod wielkimi literami, np. M. Natomiast mózgiem całego przedsięwzięcia jest osoba znana z imienia i nazwiska, niejaki Julian Assagne.

Kim jest Julian Assagne?

O twórcy WikiLeaks wiadomo, że przyszedł na świat w 1971 r. Jego życiorys to klasyka etosu wagabundy, tułającego się bez przerwy, najpierw po ojczystej Australii, a z biegiem lat również po całym świecie. Matka Assagne w wieku siedemnastu lat spaliła szkolne książki i uciekła na motocyklu z rodzinnego domu, by wkrótce poznać dyrektora obwoźnego teatru. Związek, którego owocem był Julian, nie przetrwał jednak próby czasu, podobnie jak następny, z którego zrodził się przyrodni brat Assange. Nim młody Julian skończył 14 lat, zdążył zmienić miejsce zamieszkania 37 razy. Nie sprzyjało to oczywiście formalnej edukacji, którą zresztą rodzicielka Juliana potępiała za wpajanie niezdrowego jej zdaniem szacunku dla władzy. Assange pobierał więc nauki korespondencyjnie, ale przede wszystkim dużo czytał na własną rękę. Bycie outsiderem stopniowo wchodziło mu w krew.

Kuchnia wojny afgańskiej: Afera WikiLeaks stawia Biały Dom w trudnym położeniu

Około 16 roku życia zaczyna przygodę z oprogramowaniem komputerowym. Swoje pierwsze pisze na muzealnych z dzisiejszej perspektywy modelach Commodore 64, szybko też uczy się włamywać do znanych programów. Fascynuje go, jak w szachach, jasność reguł i brak przypadkowości. Wraz z dwójką innych hakerów zakłada grupę International Subversives, która atakuje między innymi systemy Departamentu Obrony czy Narodowego Laboratorium w Los Alamos. Assagne kieruje się zasadą, by nie niszczyć, ani nie zmieniać „zdobytych” systemów, lecz jedynie dzielić się uzyskanymi w ten sposób informacjami. Nie uchroni go to jednak przed kłopotami z prawem. W początkach lat dziewięćdziesiątych zostaje oskarżony o włamanie się do 31 systemów. Popada w depresję, sypia w parkach, wędruje po lasach eukaliptusowych. I choć sprawa sądowa kończy się jedynie karą grzywny, Assagne ma poczucie krzywdy i gruntuje się w nim wówczas przekonanie, że hakerstwo nie jest niczym złym [1].

Ideowiec czy cynik?

Według „The New Yorkera” Assagne traktuje swoją działalność jako rodzaj misji. Misji, która opiera się na skrajnie indywidualistycznym przekonaniu, że wszyscy powinni mieć dostęp do wszystkiego w obszarze informacji. Do tego dokłada się wrogość wobec biurokratycznych, z natury opresyjnych wobec jednostki struktur państwowych, opartych o sieci patronażu i hierarchiczność. Szczególnej awersji do nich nabrał Assange podczas walki o prawa do opieki nad własnym dzieckiem. Do sumy życiowych doświadczeń dopisać należy jeszcze ideowe inspiracje. Niektórzy doszukują się w poglądach twórcy WikiLeaks wpływów libertariańskiej filozofki, Ayn Rand [2], inni wskazują, że w młodszych latach Julian zaczytywał się dziełami Kafki i Sołżenicyna

Julian Assagne to także typ entuzjasty-pracocholika. Gdy angażuje się w nowy projekt, poświęca się dla niego bez reszty. Ludzie z jego otoczenia relacjonują, że potrafi zarywać noce, nie dba o spożycie posiłku. Praca dla serwisu idzie często w parze z kłopotami z tzw. prozą życia. Zdarza się, że Assagne zapomina zapłacić za rezerwację biletu lotniczego, bądź że w ogóle miał lecieć. Prywatnie jest ponoć osobą energiczną, natomiast w kontaktach z mediami zachowuje olimpijski spokój i zimną krew [3]. Zapewne procentują w tym wypadku rodzinne tradycje aktorskie. Krytycy Assagne są skłonni twierdzić, że w jego postępowaniu więcej jest właśnie teatralnej maski niż ideowej szczerości intencji. Sam zainteresowany przyszedł im w sukurs przyznając się w jednym z wywiadów do politycznych ambicji: „publikując takie materiały, robimy to z myślą o osiągnięciu jak największego politycznego wpływu”[4]. Na tego rodzaju aspiracje wskazuje także cytat z „Time’a”, którym Wikileaks wita odwiedzających witrynę. Wynika z niego, że strona ma potencjał, by stać się tak ważna dla dziennikarstwa jak amerykańska ustawa o wolności słowa. Warto przypomnieć, że została ona podpisana w maju przez prezydenta Obamę, pod wpływem historii Davida Pearla. Dziennikarza „The Wall Street Journal”, który w 2002 r. został brutalnie zamordowany przez islamskich ekstremistów w Pakistanie. W założeniu, nowy akt prawny ma lepiej służyć silniejszemu promowaniu przez USA swobód prasy i innych mediów na świecie. Ma to także oznaczać bardziej widzące patrzenie na ręce rządów, które wspomniane wolności łamią [5].

Inna kwestia, która tworzy wokół WikiLeaks aurę dwuznaczności, to finanse. Twórcy portalu twierdzą, że działają non-profit, ale cień na tę deklarację kładzie wypowiedź Johna Younga, przez moment związanego z projektem. Young już od ponad dekady prowadzi własną stronę Cryptome.org, na której także zamieszcza rozmaite przecieki. Ze względu na doświadczenie został zaproszony do udziału w WikiLeaks. Jednak jego współpraca z serwisem trwała tylko kilka tygodni, a dziś pytany o zdanie zabiera głos jako osoba zewnętrzna wobec witryny Assagne. Powód? Jak sam podkreśla, jego podejrzenia wobec czystości zamiarów twórców WikiLeaks zrodziły się, gdy usłyszał, że początkowym celem będzie zdobycie 5 milionów dolarów. Zdziwiło go to tym bardziej, że na prowadzenie własnej strony przeznacza około 100 dolarów miesięcznie. Young uważa WikiLeaks za scentralizowaną operację obliczoną na zbieranie wielkich kwot pieniężnych. Jednocześnie określa społeczność witryny jaka grupę religijną [6].

Czym jest fenomen WikiLeaks?

Portal jest niewątpliwie nowym zjawiskiem w świecie mediów, jeszcze jednym dzieckiem globalizacji, upowszechniania Internetu i konsekwencji, które za tym idą. Obserwatorzy mediów podejmują rozmaite próby kategoryzowania działalności serwisu. Mowa jest o pierwszej bezpaństwowej organizacji prasowej, która nie posiadając stałej siedziby nie podlega systemowi prawnemu żadnego konkretnego państwa [7]. Inna analiza mówi z kolei o wykluwającym się na naszych oczach nowym rodzaju dziennikarstwa, mianowicie o dziennikarstwie asymetrycznym. Polega ono na specyficznym rodzaju współpracy między WikiLeaks a mediami tradycyjnymi. Nie jest to żaden ideowy sojusz, bowiem między zainteresowanymi panuje ograniczone zaufanie, lecz raczej taktyczny mariaż, opłacający się obu stronom. Julian Assange idąc z afgańskimi przeciekami do trzech potentatów prasowych, The New York Timesa, The Guardiana i Der Spiegla liczył na dwie rzeczy. Zwiększenie wiarygodności zebranych dokumentów i przez to całej WikiLeaks, a także spotęgowanie rozgłosu. Z kolei prasa tradycyjna zyskuje szybki dostęp do sensacyjnych (mniej lub bardziej) materiałów, których zbieranie zajmuje normalnie miesiące, a nawet lata. Dozowanie udostępnianych dokumentów leży jednak w gestii WikiLeaks.

Fakt współpracy z wymienioną trójką prasowych gigantów wskazuje na jeszcze jedną rzecz, to jest na ewolucję samej WikiLeaks, fenomenu stosunkowo nowego i wciąż poszukującego optymalnej dla siebie formy istnienia na styku mediów i polityki, tak by jego przesłanie i działalność były jak najbardziej nośne i wpływowe. Dwie wcześniejsze publikacje serwisu, które miały wstrząsnąć światem, nie sprostały pokładanym w nich nadziejom. Umieszczone na stronie w 2007 r. tajne materiały amerykańskiego wywiadu oraz publikacja w kwietniu filmu, na którym widać jak amerykańscy żołnierze strzelają z helikoptera do cywilów, nie zostały zdaniem Assagne potraktowane należycie. W pierwszym wypadku tylko nieliczni byli zainteresowani wnikliwą analizą setek stron, w drugim z kolei media skupiły się na śmierci dziennikarzy Reutersa, a nie „zwykłych” cywilów. Dlatego Assagne zdecydował się na nowy model działania, angażujący do współpracy gigantów mediów tradycyjnych, uznając, że w ten sposób uzyska większy od dotychczasowego efekt rozgłosu.

Assagne deklaruje także, że to co uprawia jest dziennikarstwem naukowym, prezentującym gołe fakty, wolne od nadawania znaczenia w toku interpretacji. Krytycy zarzucają mu jednak hipokryzję, ponieważ film o strzałach z helikoptera w Iraku został zedytowany i pozbawiony niewygodnych fragmentów z punktu widzenia WikiLeaks, a sam tytuł, Uboczne morderstwo, sam w sobie stanowił potężny przekaz emocjonalny, mogący skutecznie manipulować odbiorcą. Z kolei sprawa wycieków afgańskich pokazała, że Assagne woli oddać ciężar (czy też przywilej) oceny mediom mainstreamowym, które z setek stron suchych faktów potrafią zrobić atrakcyjną opowieść, przykuwając uwagę szerszego grona odbiorców. Czy jednak zrzucając pracę analityczną na dziennikarzy gazetowych, WikiLeaks wracają do korzeni „dziennikarstwa naukowego”? Można w to wątpić. Ewolucja portalu pokazała bowiem, że Assagne doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że siła tkwi nie w materiale jako takim, ale w kanałach jego popularyzacji [8]. I można się także spodziewać, że jeśli uzna, że współpraca z gazetami w sprawie afgańskich przecieków nie dała optymalnego rezultatu, pojawią się modyfikacje zastosowanego modelu.

Założyciele WikiLeaks prezentują serwis jako nieocenzurowaną wersję Wikipedii. Każdy wchodząc na ich stronę może dodać dokumenty, które ich zdaniem ujawniają niewygodną prawdę: dla rządów, osób wpływowych czy też korporacji. Strona funkcjonuje więc w oparciu o ideę crowdsourcingu, czyli sieci amatorów działającej wspólnie w jakiejś sprawie. Dalej, WikiLeaks podaje, że łączy w sobie technologie kryptograficzne z prostotą i przejrzystością interfejsu Wikipedii. Poza tym, że serwis Assagne rzeczywiście korzysta ze zmodyfikowanego oprogramowania Wikipedii, nie ma za wiele wspólnego z popularną encyklopedią wirtualną. Projekt WikiLeaks nie ma żadnych formalnych powiązań z Fundacją Wikimedia. Zwraca na to uwagę dziennikarz BBC, Bill Thomson, który uważa WikiLeaks za śmietnisko informacyjne, a jednocześnie poddaje w wątpliwość możliwości zapewnienia bezpieczeństwa osobom przesyłającym dokumenty. Dotyczy to zwłaszcza ludzi mieszkających w reżimach niedemokratycznych, gdzie władza nie przebiera w środkach wobec osób kontestujących polityczne status quo[9]. Aresztowanie Bradleya Manninga, odpowiedzialnego za wyciek filmu irackiego, rzeczywiście pokazało, że system jest nieszczelny.

Działalność WikiLeaks bywa też porównywana pod pewnymi względami do popularnego serwisu torrentowego The Pirate Bay. Oba są hostingowane przez szwedzką firmę PRQ, która uchodzi za odpowiednik szwajcarskiego banku pośród dostawców usług internetowych i bastion hakerskich wartości. Niemniej The Pirate Bay nie udało się uniknąć konfliktu z prawem, a jego dynamika może być dla WikiLeaks pewnym wyznacznikiem na przyszłość, ale także dla tych, którzy z serwisem Assange’a chcieliby skończyć raz na zawsze. Po tym jak szwedzka policja zarekwirowała serwery TPB, cztery dni później serwis działał ponownie, tyle że w Holandii, aby w niespełna dwa tygodnie powrócić znów do Szwecji. Późniejsze nakazy odłączenia serwisu od sieci, wydane kolejno przez sąd szwedzki i niemiecki, kończyły się jeszcze większym fiaskiem, gdyż w przeciągu jednej doby strona znów była dostępna dla użytkowników.

Czy ktoś jednak mógłby się pokusić o skuteczną walkę z WikiLeaks? Bezpaństwowość serwisu oraz doświadczenia TPB każą być raczej sceptycznym. Oczywiście retoryka Białego Domu oraz Departamentu Obrony zwłaszcza po ostatniej publikacji jest stanowcza i agresywna w stosunku do serwisu, ale stąd do realnych działań jeszcze daleko. A Julian Assange chętnie chwali się światu, że on i jego strona są dla amerykańskiego establishmentu solą w oku. W marcu opublikował na WikiLeaks tajny raport kontrwywiadu USA, z którego miało wynikać, iż serwis jest traktowany jako wróg Pentagonu, a ujawniane informacje mogą pomagać siłom nieprzyjaciela w planowaniu ataków terrorystycznych. Co ciekawe, główną rekomendacją raportu nie było podjęcie próby likwidacji witryny, lecz uszczelnienie własnych szeregów urzędniczych, tak by możliwie jak najmniej informacji wyciekało z agencji rządowych. Nielojalni pracownicy powinni natomiast być tropieni i karani.

Z kolei do zwolenników serwisu z pewnością możemy zaliczyć Amnesty International, która przyznała WikiLeaks nagrodę za opublikowanie filmu o feralnym ostrzale w Iraku. Czy aby na pewno działania Assange są bitwą o prawa człowieka? Nie wtedy, gdy bagatelizuje pytania o los tych, którzy wskutek jego publikacji mogli ucierpieć.


Przypisy:
[1] R. Khatchadourian, No Secrets. Julian Assange’s mission for total transparenty, http://www.newyorker.com/reporting/2010/06/07/100607fa_fact_khatchadourian,
[2] S. Axon, Why WikiLeaks Is The Pirate Bay of Political Intelligence?, http://mashable.com/2010/07/27/wikileaks-the-pirate-bay/,
[3] R. Khatchadourian, No Secrets…,
[4] M. Borycka, Władcy światowych tajemnic, http://www.tvn24.pl/12691,1666938,0,1,wladcy-swiatowych-tajemnic,wiadomosc.html
[5] http://www.polskieradio.pl/wiadomosci/swiat/artykul162823.html
[6] http://news.cnet.com/8301-31921_3-20011106-281.html,
[7] J. Rosen, The Afghanistan War Logs Released by Wikileaks, the World's First Stateless News Organization, http://journalism.nyu.edu/pubzone/weblogs/pressthink/2010/07/26/wikileaks_afghan.html
[8] E. Herald, How is WikiLeaks' relationship with the news media evolving?, http://www.editorsweblog.org/newsrooms_and_journalism/2010/07/how_is_wikileaks_relationship_with_the_n.php; D. Carr, Behind ‘War Logs’, a New Kind of Alliance, http://mediadecoder.blogs.nytimes.com/2010/07/26/behind-war-logs-a-new-kind-of-alliance/; A. Hotz, Why WikiLeaks and the Mainstream Media Still Need Each Other, http://mashable.com/2010/08/04/whistle-blowing-wikileaks/,
[9] B. Thompson, Who stands to gain from WikiLeaks?, http://news.bbc.co.uk/2/hi/technology/6443437.stm; M. Borycka, Władcy…


Komentarzy: 4

Robaczek
12 sierpnia 2010 (22:50)
[...]
Faktycznie ten serwis przechodzi dość ciekawą ewolucję. Choć nie przesadzałbym z uznaniem go za "wroga Pentagonu", czy w ogóle za zagrożenie. Problem z wywiadem i kontrwywiadem jest taki, że sukces odnoszą wtedy kiedy nikt się o niczym nie dowie. Chyba dlatego jest na świecie wielu ludzi, którym się wydaje, że mogą się włamać do Pentagonu albo coś wykraść... nie ta liga, nie te klocki. Mimo, iż wspomniany w ostatnim akapicie raport wygląda na autoreklamę, to jednak jest w nim jedna wiarygodna rzecz. Żaden wywiad/kontrwywiad nie będzie próbował serwisu blokować. Co najwyżej zostaną tam zamieszczone materiały "na zamówienie" podważające wiarygodność serwisu. Najprawdopodobniej jednak zostanie on wykorzystany jako swoisty "lep na muchy".

Grzegorz Wasiluk
28 sierpnia 2010 (18:40)
Assagne oskarżony i poszukiwany
Poszukuje go (prócz amerykańskiej) policja szwedzka pod zarzutem gwałtu i napastowania. Swoją drogą signum temporis; jeśli ktoś zalazł za skórę wielkim tego świata to okazuje się, że... No cóż, każdy samodzielnie myślący człowiek samodzielnie uzupełni to zdanie.

Tomahawki są bezpieczne
28 sierpnia 2010 (19:17)
@Wasiluk
już dość dawno, bo tydzień temu zarzuty zostały wycofane...

Grzegorz Wasiluk
29 sierpnia 2010 (12:22)
No i dobrze
W filmie Lampedusa (niezwykle dowcipny, barwny tzw. film rodzinny produkcji włoskiej z ostatnich lat; właściwie komedia) jest taka scena. Szesnastoletnia panienka wychodzi w samym płaszczu kąpielowym naprzeciw młodego policjanta, który miał jej wręczyć mandat, po czym oświadcza mu: Daj spokój, bo zrzucę to z siebie i zacznę krzyczeć, że próbowałeś mnie zgwałcić.To tak a propos gwałt a polityka ;).
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".