Wolna Aung San Suu Kyi!
    Birma18 · demokracja81 · Aung San Suu Kyi8 · junty wojskowe13
2010-11-16
Birmańska opozycjonistka Aung San Suu Kyi została w sobotę zwolniona po ponad siedmiu latach z aresztu domowego. 65-letnia Suu Kyi, która w 1991 r. otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla, zaapelowała o jedność w kraju. W sobotę upływał termin ostatniego z serii aresztów domowych Suu Kyi. W sumie w areszcie domowym spędziła 15 z ostatnich 21 lat. (za PAP/AFP,EFE,AP)

Podróżując po Birmie dyktatury się nie czuje. Jest siermiężnie, socjalistycznie, biednie. Lecz totalitaryzmu nie ma, a przynajmniej – nie odczuwa się tego. Będąc w tym kraju na trochę dłuższą chwilę (miesiąc), da się jednak zaobserwować pewne symptomy nienormalności. O polityce się nie pogada, rządu się nie skrytykuje. Do niektórych obszarów Związku Myanmar się nie wjedzie. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Tyle, że to wszystko niezbyt odstaje od azjatyckiej normy, nie jest jakimś rażącym odstępstwem. Tu wszak wszystko się łączy w to, co zwie się „azjatyckimi wartościami”. Czyli – upraszczając – niechęcią do nazbyt dosłownego stosowania takich wartości jak demokracja, czy prawa człowieka. Jest jednak jeden szczegół, który pokazuje, że coś tu nie tak, że mimo wszystko dziwne i nienormalne to państwo. Mosty.

W zwykłym państwie mosty są czymś naturalnym, oczywistym. Nie zwraca się na to większej uwagi – chyba, że są efektowne (to nie tu). Dla cywilnej władzy mosty to po prostu forma infrastruktury, usprawnienia komunikacji, większej płynności w przemieszczaniu się. Tak myśli każdy z nas. To jest normalne. Władza wojskowa myśli inaczej. Na wojnie mosty są kluczowe. Decydują o szybkości przemieszczania się wojsk, mogą przesądzić o lasach bitew, a nawet wojen. Nie przypadkiem wszak powiedzenie „o jeden most za daleko” z bitwy o Arnhem się wzięło. O mosty trzeba dbać, pilnować ich, strzec. To punkt strategiczny.

Most w Moulmein, foto Michał Lubina Most w Moulmein, foto Michał Lubina
W Birmie wielu mostów nie ma, ale jak już są – jak ten koło Sagaing, czy te wokół Rangunu– to na każdym ich krańców stoją barykady, punkty kontrolne i straże. Każdego sprawdzają, pozwalają – bądź nie – na most wjechać. Są skrupulatni. Fotografować pod żadnym pozorem nie wolno. Nawet – z mostu. Na jednym z mostów w północnej Birmie miałem groteskowo – absurdalne przejście ze strażnikiem, który przepuścić nie chciał, gdyż mimo moich wyjaśnień uporczywie twierdził, że moja wiza się skończyła. Miał rację. Tyle tylko, iż nie była to obecna wiza birmańska, lecz moja zeszłoroczna wiza…kambodżańska.

Kontrole są na każdym moście, nawet jeśli jest on w centrum kraju i jako żywo żaden, nawet hipotetyczny wróg mu nie zagraża. To nie ma znaczenia. To jest myślenie wojskowe: Bo A NUŻ ktoś się pojawi, coś zrobi, zdestabilizuje. Więc na wszelki wypadek, lepiej sprawdzać. Ten szczegół pokazuje, że Birma wolnym krajem nie jest. A także, a może przede wszystkim, że władza wojskowych w okresie pokoju to aberracja, wypaczenie naturalnego stanu. W Birmie trwające już od ponad 60 lat.

Aung San Suu Kyi na plakacie
Birma to Azja, a Birmańczycy są typowymi Azjatami w tym sensie, iż uznają, że z władzą się nie dyskutuje. Jeśli jest zła, to traktuje się ją niczym kataklizm zesłany z nieba (czytaj: poradzić nic na to się nie da). Gdyby jednak niebiosa zechciały wreszcie uwolnić krainę nad Irrawaddy spod władzy (nad)opiekuńczej junty, to radości nie byłoby końca. Wszak władza ta karmę ma paskudną. Najpierw sprawiła, iż kraj zastygł 40 lat w„buddyjskim socjalizmie” i wszyscy sąsiedzi mu w rozwoju uciekli. Potem krwawo stłumiła protesty w 88’ i zamknęła w areszcie domowym Aung San Suu Kyi, której pozycję w społeczeństwie można przyrównać do roli ongiś odgrywanej w Indiach przez Mahatmę Gandhiego. Wreszcie anulowała wyniki wyborów przez siebie przegranych, uznając widocznie, że skoro społeczeństwo nie dojrzało jeszcze do wyboru odpowiednich kandydatów (czyli: ich), to demokracji nie będzie.

Birma to Azja, a Birmańczycy są typowymi Azjatami w tym sensie, iż uznają, że z władzą się nie dyskutuje. Jeśli jest zła, to traktuje się ją niczym kataklizm zesłany z nieba
To była poprzednia ekipa junty, na czele z długoletnim dyktatorem Ne Winem, który wsławił się hasłem „nie ma większych różnic między socjalizmem a buddyzmem”(choć tak naprawdę to nie on to powiedział, to w pełni się zgadzał), a także np. tym, że pewnego dnia nieoczekiwanie, nie informując nikogo, zmienił ruch na drogach całego kraju: z lewostronnego na prawostronny. Wszystko przez to, iż wróżbita ostrzegł był go, że w kraju nastąpi „prawicowy zamach”. To nie były przelewki, gdyż „dla Birmańczyków przepowiednia ma charakter twórczy: zapowiedziane wydarzenie już zaistniało, jest faktem i chociaż ma dopiero nadejść, jest bardziej rzeczywiste i znaczące niż to, co się już dokonało” (Terzani). Ne Win w obliczu niebezpieczeństwa utraty władzy musiał coś zrobić. Zmienił więc ruch na drogach: wszyscy byli w szoku, nastąpiło mnóstwo kraks i wypadków, kraj sparaliżowało. Przepowiednia się spełniła: nastąpił „prawicowy” zamach. Nauczony doświadczeniem dyktator posłuchał astrologów jeszcze w kilku innych kwestiach. Zmienił miejscową walutę – kyat na pieniądze o tak wygodnych nominałach jak 90, 45, czy 18, bo lubił „dziewiątkę”: gwarantowała szczęście. Raz też, na wieść o tym, że aby zachować jedność kraju, musi na białym koniu odwiedzić każdy jego kraniec, sprostał wyzwaniu w nowoczesny sposób. Zapakował makietę wierzchowca, wsadził ją do samolotu, obleciał wszystkie kresy Birmy i na każdym skrajnym jej punkcie wsiadał na tego sztucznego rumaka. Tymi sposobami „spacyfikował” przyszłość, władzę zachował, a kraj się nie rozleciał.

Junta na modłach, foto Michał Lubina Junta na modłach, foto Michał Lubina
Ne Win przy wszystkich swoich dziwactwach miał jednakże spójną wizję państwa: „zamknął kraj, znacjonalizował handel i uwięził przeciwników, twierdząc, że tylko w ten sposób można ochronić czysto birmańską cywilizację. W pewnym sensie miał rację, co do jakiegoś stopnia sankcjonowało jego dyktaturę. W rękach Ne Wina Birma istotnie zachowała tożsamość. Trwały dawne tradycje, kwitła religia, a życie 45 milionów mieszkańców nie zostało wessane w wir industrializacji, urbanizacji i bezmyślnego naśladowania Zachodu. Birma była fascynującym odpryskiem dawnej Azji: mężczyźni nadal nosili tutaj longyi, spódnice sporządzane przez lokalnych krawców, kobiety paliły cheroot, mocne, zielone, zwijane ręcznie cygara, a nie marlboro, a buddyzm niezmiennie był żywą wiarą, natomiast piękne pagody były miejscami kultu, a nie muzeami, po których wałęsają się znudzeni turyści” (Terzani). Sekretem Birmy jest to… że nadal tak tam jest.

Po nim do władzy doszła jednak ekipa mniej ideologiczna, za to: pragmatyczna, a przede wszystkim: bardziej bezwzględna. Wzmogły się represje, setki tysięcy którzy się sprzeciwiało uwięziono, zesłano do obozów pracy, zamęczono. Społeczeństwo skutecznie zastraszono.
A jednocześnie próbowano otwierać kraj – oczywiście aż tak, by mogły się przedostać niebezpiecznie elementy, takie jak wolnościowe idee, ale na tyle, by można było poprzez handel napchać sobie kieszenie. Tu trochę szyki generalicji pokrzyżowały międzynarodowe sankcje – popsuły m.in. cepeliadę pt. „Visit Myanmar Year 1996”. Ale znowu nie aż tak, by wyrządzić autentyczne szkody: od czego są wszak Chińczycy (kupujący od junty drzewo tekowe, gaz i kamienie szlachetne), Tajowie (gaz), Indusi (ropa), czy Singapurczycy (kamienie szlachetne)? Na braci Azjatów zawsze można liczyć.

Junta twierdzi, że bez niej Birma się rozpadnie. To niekoniecznie nie jest prawdą. Klucz w tym, iż nikt nigdy nie próbował rządzić Unią Birmańską inaczej – bo junta zawsze na wszelki wypadek nie pozwalała. Bała się, że kraj się rozleci. Miała powody: twórca państwa Bogyoke Aung San, gdy zakładał Unię Birmańską w 1948 r., umówił się z wszystkimi mniejszościami etnicznymi (Szanami, Karenami, Kaczinami i innymi) tak: wchodzicie na 10 lat, a jak się wam nie będzie podobać, to po tym okresie macie prawo Birmę opuścić. Pech polegał na tym, że Aung San szybko został zastrzelony, a kraj popadł w anarchię i dopiero zamach stanu Ne Wina go jakość tam uporządkował. Tyle tylko, że primo: akurat większość mniejszości po tych 10 latach stwierdziła, że „wybiera wolność” i birmańskie szklane domy do nich nie przemawiają. Secundo: Ne Win stwierdził, w duchu dawnych królów birmańskich, że na żadne secesje nie pozwoli, bo oni umawiali się z Aung Sanem, a nie z nim. A to różnica. No i zaczęły się wojny, które, choć przygaszone, trwają do dziś.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".