Wrażenia z koncertu A-ha w Łodzi
    a-ha1 · muzyka pop21 · relacje z koncertów35 · Łódź3
2009-11-27
Druga wizyta norweskiego zespołu A-ha w Polsce to jeden jedyny koncert w sportowej hali Arena w Łodzi. Chociaż hala nie została wypełniona po brzegi, a bilety na koncert do ostatniej chwili można było dostać w pobliskich kasach, to z pewnością nie można o powiedzieć, że twórcy popowego hymnu lat 80’ zostali zapomniani.

Fot: Joanna Sabak

Muzyka norweskiego tria to poręcznie popu i rocka, z wyraźną nutką elektroniczną. Ich brzmienie od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to opanowali muzyczną scenę hitem „Take on me”, przeszło zaledwie niewielką ewolucję. Jako kobieta, nie uniknę w tym miejscu oczywistego stwierdzenia, że Norwegowie również wcale się nie zestarzeli – ze sceny patrzył na widzów ten sam młody człowiek, który dwadzieścia lat temu zachwycał w na wpół animowanym teledysku do „Take on me”.

Morten Market, wokalista zespołu, pozostał ten sam w wielu aspektach. Wciąż ma młodą, może nieco bardziej wyrazistą niż kiedyś twarz. Wciąż potrafi dobrze się bawić na scenie (a kiedy zdjął marynarkę, żeńska część widowni – bez względu na wiek – wstrzymała oddech) i zdeklasować rywali wokalnie. Skala tego głosu – od swoistego mruczenia po czyste wysokie tony – nadawała ton całej twórczości A-ha. W połączeniu z kompozycjami i wariacjami elektronicznymi Magne Furuholmena stanowią muzyczną oś zespołu. Muzycy od lat, wraz z gitarzystą Paulem Waaktaar-Savoy, grają w niezmienionym składzie. Mimo muzycznej przerwy między 1994 a 1998 roku, Norwegowie nieustannie pracowali nad nowymi utworami. Aktualna trasa koncertowa, promująca dziewiąty krążek A-ha pt. „Foot Of The Mountain”, ma być ostatnią w karierze zespołu, który chciałby na dobre zakończyć działalność koncertem w Kopenhadze pod koniec 2010 roku. Tym większa była motywacja fanów do zjawienia się w Łodzi!

Z polskiej strony sama organizacja koncertu pozostawiała wiele do życzenia. Wejście do hali opóźniło się o prawie półtorej godziny, a sam koncert zaczął się parę minut po dziewiątej, chociaż zapowiedziany był na godzinę 20. Niespecjalnie sprawdził się jako support polski zespół Afromental, dobrany z bliżej nieokreślonego klucza. Rozzłoszczona opóźnieniem i zamieszaniem w kolejkach przy wejściu widownia nie dała im żadnych szans. Jak słusznie zauważył jeden z wokalistów Afromental: „Nie nas przyszliście tu słuchać. Pewnie nikt z was nawet nie wie, co my właściwie gramy”. Mieli rację – prawdziwy koncert zaczął się dokładnie w momencie wejścia A-ha na scenę.

Z opisywaniem koncertów jest ten kłopot, że ani atmosfery, ani muzyki nie da się oddać słowami. Fani zdecydowanie nastawieni byli na zobaczenie na żywo Mortena i odśpiewanie razem z nim słynnego „Take on me”. Nie zawiedli się w jednym i drugim. Ale zespół zaoferował o wiele więcej niż ten powrót do przeszłości. Królował przede wszystkim czysty i mocny wokal Mortena Marketa. Trudno uwierzyć, że przez 25 lat ten głos mógł się do tego stopnia nie zmienić. Zarówno energetyczne piosenki z nowej płyty i znane ballady A-ha brzmiały dokładnie tak, jak na płytach zespołu. Rzecz wcale nie tak oczywista w koncertach na żywo, szczególnie, że współcześnie głos większości młodych gwiazdek często poza studiem nagraniowym brzmi jak szept.

Występ rozpoczął się nieco nostalgicznie – „Sun Always Shines On TV”. Większość utworów pochodziła z nowej płyty, ale nie zabrakło ani „Hunting High and Low”, „Manhattan skyline”, „Forever Not Tours”, „Summer Moved On”, czy najnowszego, ani akustycznego wykonania „And You Tell Me”, czy „Analouge”. Zespół kilkakrotnie schodził ze sceny, prowokując widownię do nawoływań (które po polsku brzmią całkiem zabawnie – skandowanie: A-HA, A-HA). W pewnym momencie Magne wypisał na diodowym ekranie ogromne: We love Łódź, wzbudzając entuzjazm wśród fanów pod sceną, ale w zasadzie zespół nie nawiązał mocniejszego kontaktu z publicznością. Na bis Norwegowie świadomie zostawili największe hity. „The Living Daylights” zostało przez fanów niemal wykrzyczane, a na koniec historia zatoczyła koło i A-ha wyśpiewało pożegnanie dokładnie z tej samej płyty, co startowy utwór. Mowa oczywiście o „Take on Me”, któremu towarzyszyła imitująca sztuczne ognie wizualizacja.

Efekty świetlne były mocną stroną koncertu. Tłem do muzyki była feeria świateł za plecami zespołu – seria wizualizacji wyświetlanych za pomocą diodowej siatki o wysokości 18 metrów. Serie zdjęć, grafiki, animacje i wreszcie pojawiające się na ekranie sylwetki członków zespołu były jedynym ratunkiem dla siedzących dalej widzów, ponieważ organizatorzy nie zadbali o zainstalowanie telebimów. Tym, którzy wydali pieniądze na droższy bilet poza płytą, można zatem tylko współczuć. Szczególnie, że A-ha nie miało żadnych zastrzeżeń co do fotografowania swojego koncertu. Dlatego ustawione w kierunku sceny obiektywy i telefony komórkowe zbierały obfite żniwo.

Wychodząc z koncertu nie dało się ominąć wzrokiem ogołoconych do czysta z plakatów ścian „Areny”. Pośród widowni nie zabrakło przedstawicieli praktycznie żadnej grupy wiekowej. Dwudziesto, trzydziesto i czterdziestolatkowie wymieniali się opowieściami jak i kiedy zaczęli słuchać A-ha. Zewsząd padały stwierdzenia „Spełniłem największe marzenie!”, z każdej strony ktoś nucił znajome melodie. Ludzie powoli rozjechali się do dalekich zakątków kraju – Krakowa, Szczecina, Wrocławia, czy na Śląsk. Szczególnie mocno koncert zapadł w pamięć starszego pokolenia fanów. Dla większości z nich koncert był zadziwiająco przyjemną retrospekcją i kuracją odmładzającą. No bo jeśli Morten przez te wszystkie lata nic się nie zmienił, to może my też nie jesteśmy jeszcze tacy starzy…


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".