Wyborcza gorączka w Ameryce Łacińskiej - Honduras, Urugwaj
    Honduras3 · Urugwaj2 · Ameryka Południowa27
2009-12-01
Nadchodzące dwanaście miesięcy to w Ameryce Łacińskiej czas wypełniony wyborami. Do urn pójdą obywatele Boliwii, Brazylii, Chile, Kolumbii, Kostaryki i Wenezueli. W miniony weekend uczynili to już Honduranie i Urugwajczycy. Kto jest zwycięzcą tych wyborów? Jakie mają one znaczenie dla poszczególnych krajów i całego regionu?

Honduras – czy wybory rozwiążą kryzys?

Po zamachu stanu z 28 czerwca 2009 r. kraj jest rozdarty kryzysem. Społeczeństwo jest podzielone na zwolenników obalonego prezydenta Manuela Zelayi z jednej strony, i rządu Roberto Michelettiego, który objął władzę po przewrocie, z drugiej. Ostatnie sondaże wskazują, że większe poparcie ma jednak Zelaya. Przyczyniła się do tego polityka obecnych władz, które nie wahały się użyć siły wobec manifestantów (w wyniku czego zginęło kilkanaście osób), zamykają opozycyjne media i prześladują zwolenników obalonego prezydenta. Po kilku miesiącach impasu, w wyniku śmiałego przedostania się Zelayi z powrotem do Hondurasu, pod koniec października podpisane zostało porozumienie. Wydawało się wówczas, że zbliżające się wybory będą rozwiązaniem kryzysu. Wkrótce jednak okazało się, że honduraskie władze nie zamierzają przestrzegać zasad umowy i powróciła niejasna sytuacja.

Zelaya i jego zwolennicy nawoływali do bojkotu wyborów. Większość państw regionu oraz Organizacja Państw Amerykańskich oświadczyły, że ich nie uznają, ale niedawno Peru, podobnie jak wcześniej Panama i Kostaryka, ogłosiło, że to uczyni. Postawa Stanów Zjednoczonych, mimo wcześniejszych zapewnień o nieuznawaniu wyborów, od końca października była coraz bardziej niejasna. Niemniej kampania prezydencka trwała. Zwolennicy Zelayi się wycofali, jednak główni faworyci: Porfirio “Pepe” Lobo Sosa z Partido Nacional oraz Elvin Santos z Partido Liberal podtrzymali swoje kandydatury. Stali na stanowisku, że Honduras nie może sobie pozwolić na przedłużanie kryzysu, a najszybszym sposobem jego zakończenia są właśnie wybory. Niedawne sondaże większe poparcie, wynoszące aż 59% dawały Pepe Lobo, który kandydował już w wyborach w 2005 r., lecz wówczas nieznacznie uległ Manuelowi Zelayi. Elvin Santos wywodzi się z tej samej partii co obalony prezydent i piastował wcześniej w jego rządzie urząd wiceprezydenta, po zamachu stanu jednak zdystansował się od Zelayi. Według sondaży mógł liczyć na dużo mniej, niespełna 40% głosów.

Wyniki podane przez Najwyższy Sąd Elekcyjny Hondurasu potwierdzają sondaże – Pepe Lobo wygrał uzyskując prawie 56% głosów, na drugim miejscu znalazł się Elvin Santos z ponad 38% głosów. Co istotne, władze mówią o niezwykle dużej frekwencji, wynoszącej aż 61%. Jeśli się to potwierdzi (bo jest kwestionowane przez zwolenników Zelayi, którzy mówią o frekwencji wysokości jedynie 30-35%), oznaczać będzie, że Honduranie nie posłuchali apelów obalonego prezydenta i udali się do urn w znacznie większej ilości niż w 2005 r., kiedy Manuel Zelaya został wybrany głową państwa (wówczas frekwencja wyniosła 45%). Zakłamanie i propaganda rządu Michelettiego w czasie kryzysu były widoczne często. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby frekwencja faktycznie była wysoka, gdyż obywatele tego ubogiego kraju, targanego już wcześniej wieloma problemami, mają po prostu dość. Chcą zakończyć kryzys od pół roku trawiący ich ojczyznę. Wybory są przez nich postrzegane (skądinąd słusznie), jako jedyne realne wyjście z tej patowej sytuacji, może nie idealne, ale najszybsze. Obserwatorzy zagraniczni mogą debatować o niebezpiecznym precedensie uznania wyborów i legalizacji zamachu stanu, przez kilka miesięcy jednak nikt nie był w stanie (nie chciał?) wypracować alternatywy. To Honduranie odczuwają każdego dnia skutki owego kryzysu, to do nich należy decydujący głos w sprawie jego zakończenia.

W styczniu 2010 r. w fotelu prezydenta Hondurasu zasiądzie Pepe Lobo. Pytanie o to, kto zostanie nową głową państwa od początku jednak było drugorzędne. Ważniejsze od tego jest obecnie czy zostanie on uznany przez samych Honduran i kryzys dobiegnie końca oraz czy uzna go społeczność międzynarodowa. Będą to dwa wyzwania, jakim nowy przywódca kraju będzie musiał stawić czoła już w pierwszych dniach swojego urzędowania.

Urugwaj – José Mujica wygrywa drugę turę

W tą samą niedzielę co obywatele Hondurasu, 29 listopada b.r. do urn udali się Urugwajczycy, aby oddać swój głos w drugiej turze wyborów prezydenckich. W pierwszej wyłonionych zostało dwóch kandydatów: José Mujica, przedstawiciel lewicowej partii obecnego, bardzo popularnego prezydenta, Tabaré Vazqueza, były przywódca partyzantki Tupamaros; i Luis Alberto Lacalle, liberał, były prezydent Urugwaju (1990-1995). Sondaże przed pierwszą turą dawały ok. 50% poparcie ekspartyzantowi, jak się jednak okazało, zabrakło mu 2,5% do wygranej w pierwszej turze i konieczna stała się druga. Lacalle w pierwszej turze uzyskał znacznie mniej, bo 28,53% głosów, niemniej trzeci z kandydatów, Pedro Bordaberry, który otrzymał 16,66% głosów, poparł właśnie jego. Skumulowane głosy obydwóch kandydatów z tradycyjnych partii urugwajskich zbliżały się do przewidywanego poparcia José Mujica’i. To on jednak był od początku postrzegany jako następca Tabaré Vazqueza na fotelu prezydenta Urugwaju i – jak się okazało – słusznie. Niedzielne wybory nie przyniosły niespodzianki, Mujica wygrał uzyskując 53% głosów.

Zasadnicze pytanie brzmi teraz, w jakim kierunku podąży niegdyś radykalny przedstawiciel lewicy? Opozycja polityczna i konserwatywne media latynoamerykańskie straszą przeszłością Mujica, przepowiadając mu prezydenturę w stylu Hugo Chaveza. Po pierwsze, wydaje się jednak, że niemłody już, były przywódca partyzantów stracił swój radykalizm. Jako wzór do naśladowania stawia umiarkowanego prezydenta Brazylii, Lulę da Silvę, to z nim, a nie z radykałami z ALBAy preferuje być utożsamiany. Po drugie, nawet jakby chciał podążyć w kierunku wytyczonym przez Chaveza, będzie to trudne. W Urugwaju wszystkie decyzje rządu muszę zyskać aprobatę parlamentu, a temu przywodzi Frente Amplio – zlepek partii lewicowych, w których zdecydowaną przewagę mają ugrupowania umiarkowane, a nie radykalne.

W oczekiwaniu na odpowiedzi

W obydwóch przypadkach dużo ważniejsze od samych wyborów jest to, co się stanie po nich. Nowo wybrany prezydent Hondurasu będzie musiał nie tylko zjednoczyć podzielony naród, ale i zmierzyć się z problemem nieuznawania przez opinię międzynarodową legalności przeprowadzonych wyborów (a więc i ich zwycięzcy). Czy po jakimś czasie będzie on uznawany przez kolejne państwa? Czy przekona do swej osoby własnych rodaków i kraje sąsiednie? Czy obalony prezydent, Manuel Zelaya zostanie w jakiś, chociaż symboliczny sposób przywrócony na należne mu stanowisko? Czy powstanie jakiegoś rodzaju „rząd jedności”, a może Pepe Lobo przeprowadzi nowe wybory, aby uciąć oskarżenia o nielegalność swoich rządów? Przed trudnym wyzwaniem stanie również społeczność międzynarodowa. Jeśli nie uzna nowego prezydenta, kryzys w Hondurasie będzie trwał dalej. Jak doprowadzić do jego zakończenia? Może lepiej uznać nowe władze?

W Urugwaju z kolei wkrótce okaże się, czy José Mujica naprawdę stracił piórka radykała, czy była to tylko umiejętnie rozegrana kampania wyborcza. Może Mujica jednak spróbuje pójść w ślady Hugo Chaveza, a Urugwaj stanie się kolejnym krajem rządzonym przez radykalnego socjalistę? Najbliższe miesiące przyniosą odpowiedzi na większość z tych pytań. Obydwaj prezydenci-elekci w pierwszym wypowiedziach po ogłoszeniu wyników podkreślają potrzebę budowy jedności i solidarności całego narodu, zaprzestania podziałów w celu wspólnej pracy nad lepszą przyszłością. Wkrótce przekonamy się, ile z tych haseł znajdzie poparcie w ich działaniach.


Komentarzy: 1

Zielony
2 grudnia 2009 (12:41)
6 za chęci pokazania
czegoś innego niż polskiego piekiełka...Tak trzymać, a tekst o Rio i gangach to dla mnie majstersztyk. Brawo. Nie samą Unia, Polską, Rosją i nord stream człowiek żyje...
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".