Wychodząc z Afganistanu pokażemy Polskie Kły
    Afganistan75 · ISAF11 · bezpieczeństwo narodowe62 · Wojsko Polskie11
2013-08-22
Autor: Edgar Czop
W ubiegły piątek Donald Tusk zadeklarował, że rozpoczyna się akcja „powrót do domu”, która zakończy polską misję w Afganistanie. Od października br. Ma tam stacjonować 1000 Polskich żołnierzy, a do końca 2014 roku zostaną tam tylko nieliczni. Taka decyzja wiąże się także z nową doktryną militarną o nazwie „Polskie Kły”.

© ISAF Media, nato.com

Zacznijmy jednak od początku. Polska jest obecna w Afganistanie od marca 2002 roku. Wojska zostały wprowadzone za rządów Leszka Millera w ramach sojuszniczego systemu obronnego. Na początku działania opierały się na współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, które postanowiły rozprawić się z terrorystami odpowiedzialnymi za ataki z 11 września 2001 roku, będących przejawem agresji niesymetrycznej na ten kraj. Zręczne działania dyplomacji Stanów Zjednoczonych sprawiły, że Amerykanie zmontowali koalicję antyterrorystyczną i wkroczyli w grzęzawisko Afganistanu. Polacy uczestniczyli wtedy we wspólnych działaniach pod kryptonimem „Trwała Wolność”. Po niedługim czasie współpraca dwustronna z USA i stworzoną przez nie „koalicją chętnych” przerodziła się w działania w ramach NATO (działania sił ISAF). Z naszego punktu widzenia – wszystko odbywało się w ramach procesu tworzenia gwarancji zewnętrznego bezpieczeństwa Polski i uczestnictwa w koalicji zwalczającej globalny terroryzm. Warto zaznaczyć, że współpraca wojskowa z USA jest wkładem w dorobek polskiej polityki bezpieczeństwa. Jednak czy wyszło to nam na dobre?

Obecnie w Afganistanie w prowincji Ghazni w ramach misji ISAF stacjonuje 1600 polskich żołnierzy. Nie wszystko układa się jednak pomyślnie, bo w ramach trwającej wojny zginęło 41 polskich żołnierzy. W ramach nawiązania do misji afgańskiej prezydent Komorowski wspominał ostatnio o „wypełnieniu z honorem sojuszniczego obowiązku”. Powstaje pytanie, jaki był inny cel naszej obecności w Afganistanie oprócz nie do końca sprecyzowanej solidarności.

Afganistan to kolejny gasnący konflikt, który stał się dla Amerykanów gorącym kartoflem. Dlatego scenariusz szybkiego wycofania – choć niepożądany – może zostać zrealizowany

Islamska Republika Afganistanu to państwo, w którym ludność nie darzy szacunkiem i zaufaniem arbitralnie wybranego przez Amerykanów prezydenta Hamida Karzaja. Co więcej, w przypadku Afganistanu nie można mówić także o wygranej misji koalicjantów, bowiem nikt jeszcze nie zwyciężył tam ostatecznie. Wystarczy przywołać ostatni przypadek działań radzieckich sprzed ponad trzydziestu lat, gdzie Rosjanie po niespełna dziesięciu latach musieli wycofywać się z podkulonym ogonem nie mogąc sprostać afgańskiej partyzantce.

W państwie, w którym prowadzone są działania w ramach misji ISAF, może być podobnie jak w Iraku, który został niejako zostawiony ze swoimi problemami i bardzo niestabilną sytuacją polityczną. Pomimo upływu czasu od wycofania się wojsk sojuszu z Bagdadu sytuacja jest tam ciągle napięta, a walki sunnitów z szyitami nie mają końca. Wystarczy poczytać nagłówki bliskowschodnich mediów, aby przekonać się ile osób dziennie staje się ofiarami zamachów bombowych w kraju. W przypadku Afganistanu odradzam zatem pośpiech i zachęcam do lepszej organizacji podczas pozostawiania państwa „samemu sobie”.

Jakiś czas temu podczas wykładu w House of Diplomacy zadałem pytanie generałowi Gromosławowi Czempińskiemu” „Dlaczego jesteśmy w Afganistanie?” (nawiązałem do tytułu książki Normana Podhoretza „Dlaczego byliśmy w Wietnamie?”). W odpowiedzi usłyszałem, że są to działania dla wspólnoty bezpieczeństwa i solidarności przeciwko terroryzmowi. Cel szczytny, ale czy na pewno musieliśmy tam wysyłać żołnierzy? Można stwierdzić, że zarówno wejście jak i wyjście polskiego kontyngentu z Afganistanu nie położy kresu problemowi terroryzmu. Uważam także, że bez naszego udziału (i ofiar) Amerykanie byliby w stanie prowadzić swoje działania. Walka ze wspominanym terroryzmem to wielopokoleniowe i wielopłaszczyznowe zadanie, które nie może opierać się jedynie na działaniach militarnych. Klęskę narzucania demokracji w stylu zachodnim siłą potwierdza przykład m.in. wspominanego wcześniej Iraku. Administracja Afganistanu będzie zapewne zabiegała o jak najdłuższe pozostanie sił sojuszu na terytorium państwa.

Wydaje się, że współpraca z NATO jest dla Polski drogą do zabezpieczenia się przed zewnętrznym zagrożeniem. Według artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego (tzw. casus foederis) funkcjonuje zasada „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”. Na szczęście w naszym państwie nie było jeszcze możliwości zweryfikowania tego stwierdzenia. I właśnie z tego wynika poparcie Polski w ramach wybiórczo prowadzonych działań NATO w strefie pozaeuropejskiej. Można to odczytywać jako solidarność, lecz w praktyce wiąże się to z ogromnymi nakładami finansowymi (koszt misji w Afganistanie to do tej pory ponad 4 miliardy PLN, podczas gdy pomoc dla ludności afgańskiej wyniosła zaledwie 60 milionów PLN) oraz, w innym wymiarze, z utratą zdrowia i życia żołnierzy zaangażowanych w owe konflikty.

Czy Afganistan jest zatem równią pochyłą dla wszystkich, którzy zamierzają tam działać militarnie i politycznie? Można zakładać taki trend, gdyż pomimo zabicia asa w talii terrorystów, czyli Usamy ibn Ladina , na terenie Afganistanu ciągle funkcjonują figury odpowiedzialne za koordynowanie działań terrorystycznych talibów i członków Al-Kaidy. Wszystko wynika z faktu, że bezpowrotnie minęły czasy terroryzmu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdzie struktura organizacji miała charakter piramidalny, a po złapaniu „głowy” można było rozbić całą konstrukcję grupy. Obecnie jest to układ kołowy lub rozproszony, gdzie nie ma struktur hierarchicznych umożliwiających rozbicie organizacji, tak jak miało to miejsce w przypadku np. Frakcji Czerwonej Armii odpowiedzialnej za ataki w Niemczech. Dziś każdy odpowiednio „żarliwy” człowiek może zostać terrorystą i podkładać ładunki IED gdzie mu się tylko podoba.

Obecnie Polska ma swój duży udział w operacji afgańskiej, czym potwierdza lojalność wobec wielkiego sojusznika zza Oceanu. Jednak mocarstwo wydaje się być dzisiaj nie zainteresowane nie tylko Polską (wycofanie się z projektu tarczy przeciwrakietowej czy impas w sprawie wiz), ale również całą Unią Europejską. Administracja Baracka Obamy skupiła się na Chinach i Rosji. To w relacjach z tymi państwami widzi korzyści na polu gospodarczym, politycznym i strategicznym. Afganistan to kolejny gasnący konflikt, który stał się dla Amerykanów gorącym kartoflem. Dlatego scenariusz szybkiego wycofania – choć niepożądany – może zostać zrealizowany.

Wkroczenie Polski w trzęsawisko Afganistanu i jego skomplikowanej sytuacji wewnętrznej miało na celu nie tylko zademonstrowanie solidarności z sojusznikami i walkę z terroryzmem. Tak jak w przypadku Iraku pojawiały się też głosy, że Afganistan może być podatnym gruntem dla krajowych inwestycji i otwierania nowych gałęzi biznesu. Jak donosi „Forbes” powołując się na telewizję Al-Jazeera, nowa polityka rządu w Afganistanie zakłada ułatwienia dla inwestorów, które mają zachęcić ich do rozwoju działalności gospodarczej w kraju. Zapotrzebowanie na inwestycje, według ministra finansów Azrata Omara Zakhilwala, występuje szczególnie w sektorach takich, jak przemysł, budownictwo, rolnictwo i górnictwo. „Forbes” wspomina o instrumentach wspierających biznes w postaci np. bezkosztowego dostarczania ziemi pod inwestycje, siedmioletniego zwolnienia z podatków dla właścicieli fabryk i dziesięcioletnich tanich pożyczek dla rolników, którzy dodatkowo mogą liczyć także na roczne wizy, które umożliwią im wjazd do kraju. Takie działanie może być wykorzystane przez Polskę w ramach gospodarczego zaangażowania w państwie, gdzie stacjonował nasz kontyngent wojskowy. Ma być to także stabilizator dla sytuacji w Afganistanie po wyjściu wojsk NATO w 2014 roku.

Mimo iż Polski Kontyngent Wojskowy mógł opuścić Afganistan już w 2010 roku (minister obrony narodowej Bogdan Klich złożył do prezydenta wniosek o przedłużenie okresu użycia PKW), nie uczyniono tego. Co więcej, we wniosku Klicha znalazł się postulat o zwiększenie polskiego kontyngentu o 600 żołnierzy. Jednak po „zmianie planów” przez Amerykanów w czerwcu 2011 roku, premier Donald Tusk musiał wykazać się „elastycznością” i ogłosić podczas szczytu w Brukseli decyzję o redukcji polskich wojsk w Afganistanie. Dla analityków sytuacji było to czytelne dostosowanie się do planów narzuconych przez USA.

Kilka dni temu potwierdziły się teorie o wycofaniu PKW z Afganistanu w roku 2014 (w czerwcu 2011 roku premier stwierdził co do tej daty, że to „zbyt poważne sprawy, by spekulować”). Po tym terminie w Afganistanie pozostaną bardzo nieliczni żołnierze w celach szkoleniowych i doradczych. Miejmy jednak nadzieję, że „powrót do domu” odbędzie się z głową, a nie pospiesznie, co spowodować by mogło powtórkę scenariusza irackiego. Szybkie wycofanie zarówno Polski jak i pozostałych sił ISAF mogłoby zostać odebrane przez ekstremistów islamskich jako klęska Zachodu na płaszczyźnie politycznej i militarnej. Dlatego PKW musi wycofywać się sukcesywnie i ostatecznie wraz z koalicjantami, aby nie narazić na szwank wizerunkowy całej grupy państw uczestniczących w konflikcie afgańskim.

Warto zastanowić się nad sygnalizowanym wcześniej planem militarnym „Polskie Kły”. Według premiera ma to być doktryna odstraszania, która oprze polskie bezpieczeństwo na rodzimych siłach zbrojnych. Jednak mimo wszystko, plan ma być realizowany we współpracy z NATO, USA i partnerami regionu. „Polskie Kły” to także zakończenie militarnej polityki ekspedycyjnej, w której m.in. podejmowane były szybkie decyzje o wysyłaniu polskich sił zbrojnych na antypody. W nowej strategii militarnej wartością ma być nie liczba operacji wojskowych, w której uczestniczą polscy żołnierze, ale potencjał własny oparty także na sojusznikach. Tutaj można uznać plan za bezpieczniejszy i bardziej racjonalny. Ciężko jednak mówić o sile własnego potencjału, bowiem jak zauważył Andrzej Karkoszka (były pracownik MON, wykładowca ds. Problemów Bezpieczeństwa Europy Środkowej w Centrum Badań i Bezpieczeństwa im. Georga C. Marshalla), nasza armia to 95 tys. żołnierzy, a na więcej zwyczajnie nas nie stać. Czy więc „samodzielnie” podołamy?

Dla wszystkich, którzy krytykują politykę finansową rządu Donalda Tuska nie będzie dobrą informacją, że na ”Polskich Kłach” nikt nie zamierza oszczędzać. W ramach programu przez 10 kolejnych lat na zakup sprzętu wojskowego przeznaczone będzie 130 mld PLN. Jeżeli spojrzeć na finansowe niedomaganie sektorów pozamilitarnych w gospodarce, takie zaadresowanie tak wielkiej kwoty nie jest decyzją najlepszą. Jednak według premiera takie inwestycje mają pobudzić gospodarkę poprzez zamówienia dla zbrojeniówki. Inwestycje w ramach „Polskich Kłów” zakładają bowiem m.in. uzbrojenie myśliwców F-16 w pociski manewrujące, rozbudowę Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego, wyposażenie armii w pojazdy bezzałogowe oraz postawienie na oddziały specjalne. Jak stwierdził premier, ma to być skok cywilizacyjny dla polskiej armii, który dodatkowo zapewni nowe miejsca pracy. Co więcej, w perspektywie realizacji doktryny jest także pobudzenie gospodarki.

Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy odstraszanie w ramach planu „Polskie Kły” jest dla naszego kraju niezbędne? Wiele z zagrożeń, które czekają na Polskę ma charakter czysto hipotetyczny, dlatego zwiększanie wydatków na wojsko może być strzałem w stopę dla Platformy Obywatelskiej, która wciąż traci w sondażach. Co prawda, według premiera Polska musi być nowoczesnym państwem, które odstraszając „unika najgorszego scenariusza”. Jednak co jeżeli najgorszy scenariusz (czego oczywiście wszyscy pragną) nigdy nie zostanie zrealizowany? Będzie to po prostu bezsensowne dozbrajanie względnie bezpiecznego państwa i dorabianie do tego wzniosłej ideologii.

Osobiście obawiam się, że z „Polskimi Kłami” może być tak samo jak z boomem na gaz łupkowy. Niby dużo zamieszania i perspektyw samodzielności (w tamtym przypadku energetycznej, w omawianym militarnej), ale jeżeli pomysł będzie realizowany może okazać się, że po prostu nas na niego nie stać, bądź jest nam zbędny. Choć w przypadku gazu łupkowego przynajmniej nie można mówić o tym drugim.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Remis ze wskazaniem na PO, a Korwin Krul

Ponieważ Czytelnicy naszego portalu mieli już okazję zapoznać się z analizami wyborów do europarlamentu, postaram się w swoim komentarzu skupić na pewnych konkretnych aspektach sytuacji...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".