Wymioty Demirskiego i Strzępki
    teatr72 · Dramat106 · recenzja teatralna40 · festiwal teatralny6
2011-04-13
Teatr imienia Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu jest obecnie jednym z najbardziej znanych, a co za tym idzie również modnych, teatrów w Polsce. Kolejne spektakle prezentowane na dolnośląskiej scenie są nagradzane na ogólnopolskich festiwalach, głośno o duecie Demirski-Strzępka, który prezentuje swoje sztuki właśnie w Wałbrzychu. Nic więc dziwnego, że na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pojawiły się tłumy chętnych poznać fenomen tej sceny. Część z nich, w tym pisząca niniejszy tekst, mocno się rozczarowała.

Z powodu zeszłorocznych wydarzeń pod Smoleńskiem, 30. edycja Warszawskich Spotkań Teatralnych została odwołana w dniu rozpoczęcia festiwalu. Była to dość kontrowersyjna decyzja władz i organizatorów. Niemający nic wspólnego z fiestą, cyrkowością czy zabawą festiwal, zamiast być rozpatrywany w kategorii luźnej rozrywki, mógł doskonale wpisać się w żałobny nastrój państwa. W końcu prezentowane spektakle, w znacznej większości, opisują współczesną, polską rzeczywistość. A ta raczej nie była i nie jest zabawna.

Prawdopodobnie z tego powodu, organizatorzy postanowili, że tegoroczna edycja będzie podwójna. Spektakle ubiegłoroczne zostały zaproszone ponownie do stolicy. Już rok temu planowano „Wałbrzych Fest” czyli zaprezentowanie spektakli z Teatru im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Słusznie. Teatr, który obecnie jest jednym z najbardziej znanych w Polsce, zawdzięcza swą popularność współczesnemu, najnowszemu repertuarowi opartemu na mało „gwiazdorskiej” obsadzie i bardzo młodych artystach.

Triumfy na współczesnej scenie teatralnej święci nagradzany na niemal wszystkich festiwalach teatralnych duet Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki. Nic dziwnego, że tłumy warszawiaków przybyły na pomniejszoną i zabudowaną scenę Teatru Studio, by w ścisku obejrzeć ich dwa spektakle: „Niech żyje wojna” oraz „Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej”.








Oba przedstawienia stanowią dość gorzki rozrachunek z historią oraz współczesnością naszego kraju, burzą mity i stereotypy, nie dając jednak nic w zamian.

Przedstawienie „Niech żyje wojna” oparte jest na znanym wszystkim serialu „Czterej pancerni i pies”. Idealizowanie wojny, przyjaźni polsko - rosyjskiej oraz całkowite pominięcie powstania warszawskiego, stało się dla twórców spektaklu myślą przewodnią. Dla nich wojna to okrucieństwo, wulgarność i nienawiść. Słuszna teza została jednak obudowana płytkimi argumentami. Marusia to podstarzała, zupełnie nieatrakcyjna kobieta, która pyta: „Janek, kiedy będziesz mnie ruchał?” Dowódca czołgu Olgierd i wieśniak Czereśniak, to jedna postać, która walczy ze sobą (dosłownie aktor bije się po rękach i twarzy). Szarik to stary żołnierz radziecki – szczekający i warczący. Scena kolacji czołgistów w domu nauczycielki polega na jedzeniu jajek na twardo i pluciu nimi. Skoro wojna - musi być krew i strzały, stąd na scenie co i raz widzowie podskakują po głośnym wystrzale z pistoletu lub obserwują niemal całych w czerwonej farbie aktorów. Zanim jednak są ucharakteryzowani farbą, biegają po scenie nadzy. Dość intrygującym zabiegiem jest zmiana wizerunku Gustlika. W spektaklu w postać tę wciela się mówiąca po Śląsku kobieta, pomalowana czarną farbą. Jest może zadziorna i wulgarna, ale także silna i niezależna. Najciekawsza scena jest oderwana od serialowej rzeczywistości i stanowi komentarz do obecnej w polskim kinie mody na filmy wojenne. Bohaterzy sceny udają najpopularniejszych polskich aktorów, którzy w produkcji kolejnych filmów próbują znaleźć głębszy sens, niż łatwy sposób na popularność i pieniądze.

Artyści demitologizują w spektaklu „Niech żyje wojna” „pięknie” pokazaną wojnę oraz przyjaźń polsko-radziecką. Janek Kos, ani żaden inny żołnierz nie jest bohaterem, tylko wytworem telewizji. Dobrze, jako widz zgadzam się, jestem wręcz zaintrygowana takim pomysłem stworzenia przedstawienia. Tylko jaki sens się za tym kryje? Nie wiem. Jedynie finałowa scena z Szarikiem skłania do jakiejś refleksji. Bohaterowie są zmuszeni do minuty ciszy, ale okazuje się, że to zadanie ich przerasta. Wybuchają śmiechem, nie mogą się skoncentrować, skupić. Nie ma świętości, nie ma nad czym się zadumać i postać w milczeniu. Młode pokolenia, których nie wychowała wojna albo socjalizm, są pozbawione jakichkolwiek wartości.

Kolejny spektakl wałbrzyski prezentowany na WST, to „Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej”. Pomysł na przedstawienie nie tyle śmiały, co chyba wręcz niesmaczny- miejscem akcji jest pogrzeb Andrzeja Wajdy, a co za tym idzie krytyka współczesnego życia kulturalnego w Polsce i rodzimego establishmentu. Obrywa się jednak najbardziej recenzentom teatralnym. Wyrwane z kontekstu, kilkuzdaniowe cytaty ich wypowiedzi, są czytane przez aktorów i wyświetlane na ścianie. Wywołują salwy śmiechu wśród publiczności, ale są chyba ciosem poniżej pasa. Tak jakby artyści zapomnieli, że „ktoś” ich promuje właśnie poprzez pisanie i między innymi dzięki krytyce, są teraz na topie polskich scen teatralnych, nawet jeśli ci wyrażają się o nich niepochlebnie. Andrzej Wajda też nie ma jak się bronić. Obśmiany do granic możliwości i przyzwoitości, podobnie jak Krystyna Janda, Kazimierz Kutz czy Leszek Balcerowicz, jest skazany na potępienie najmłodszego pokolenia Polaków. Wszystko dlatego, iż wraz ze zmianą ustroju, przestali mieć absolutnie cokolwiek do powiedzenia. O ile taka myśl jest w miarę oczywista i zrozumiała oraz może być głównym zagadnieniem spektaklu, o tyle sposób pokazania tego na scenie, przekracza granice dobrego smaku. Aktorzy dosłownie wymiotują na scenie, wypluwając do papierowych torebek, to co dopiero zjedli. W przebraniach pluszowych misiów paradują po scenie, powtarzając do znudzenia, czterokrotnie jedną scenę.

Idéą fixe tekstów Pawła Demirskiego i ich realizacji na scenie w reżyserii Moniki Strzępki, jest krytyka wszystkiego, co popadnie. Nie ma żadnych świętości, autorytetów, wartości, za którymi warto podążać. W ich świecie nie ma sprawiedliwości tylko manipulacja. Brak refleksji, tylko bełkot. Co gorsze, nie ma tu nawet sprawnie poprowadzonych dialogów, tylko grafomańskie pseudomonologi. Szkoda, że tak wygląda obecnie polska alternatywa dla konserwatywnego myślenia. Skoro opluwamy i obśmiewamy, miejmy jakiekolwiek wyobrażenie ideału. Demirski i Strzępka nie mają. Oni tylko wymiotują, ale to nie jest sposób na oczyszczenie organizmu.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Zaproszenie: 2. Festiwal Wybieram Wschód!

Partnerstwo Wschodnie to idea znacznie wykraczająca poza deklaracje polityków i umowy handlowe – to narzędzie integracji europejskiej, most łączący Wschód z Zachodem. Wiara w ten wymiar...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".