Dołącz do naszego zespołu Dołącz do naszego zespołu Subskrybuj RSS
mojeopinie.pl Start Polityka Gospodarka Media Historia Kultura Podróże Ekologia Tydzień Subiektyw
Reportaże i relacje z podróży Warto zobaczyć
Redakcja mojeopinie.pl poleca w tej kategorii
Moja spokojna, leniwa Malaka

Mhmmf – wymruczał coś uśmiechając się sympatyczny, na wpół bezzębny malajski dziadzio, pokazując jednocześnie palcem do góry. What?!...

Stary, to tylko Afganistan (I)

- Gdzie jedziesz? Do Afganistanu? – spytał przybierając groźną minę uzbrojony po zęby irański żołnierz. – To ty żaden turysta nie...

Pociągi pod specjalnym nadzorem czyli jak podróżować po Chinach w Nowy Rok

Chiński Nowy Rok nazywany Świętem Wiosny to najważniejsze święto w chińskim kalendarzu. Rozpoczyna się właśnie rok Bawołu. Na ulicach...

Zatoka Lądującego Smoka - Wietnam foto:Aleksandra Jakuczek

Jedziemy już od dłuższego czasu ale kompletnie nic nie wskazuje na to, że za kilka chwil znajdziemy się w wychwalanym przez podróżników i... foto:Aleksandra Jakuczek

RPA 2008: podróż po kraju kontrastów

Znajomi, którzy kilka miesięcy temu powrócili z RPA, powiedzieli mi, że po wylądowaniu w Johannesburgu stwierdzę, że standard życia...

Najcześciej czytane teksty kategorii w ciągu ostatnich 30 dni
Trudne Indie

Tuż przed wyjazdem pytałem mojego znajomego, doskonale obeznanego z Indiami, o wszystkie miejsca, które zamierzałem odwiedzić. Gdy dotarłem do...

Mt Pinatubo, filipiński wulkan koreański biznes Foto: Michał Gołąb

W czerwcu 1991 roku, gdy miałem niecałe 10 lat nastąpiła erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach. Wydarzenie to wbiło mi się w pamięć z powodu... Foto: Michał Gołąb

Szczęśliwego Chińskiego Nowego Roku! Foto: Michał Lubina

Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... Foto: Michał Lubina

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz3 - Armenia Foto: Grzegorz Śmigiera

Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... Foto: Grzegorz Śmigiera

Kup pan ziele - relacja z Egiptu Fotografie: Mirek Guguła

Egipt ma być krajem niesprzyjającym turystyce niezorganizowanej – ze względu na środki zapobiegania terroryzmowi nie sposób podróżować po... Fotografie: Mirek Guguła

Ostatnio komentowane
Malakka z Terzanim w tle Foto: Michał Lubina

Rok temu na urodziny dostałem cudowny prezent: książkę Tiziano Terzaniego „Powiedział mi wróżbita”. Od tamtego czasu stał się on jednym... Foto: Michał Lubina

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz3 - Armenia Foto: Grzegorz Śmigiera

Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... Foto: Grzegorz Śmigiera

Szczęśliwego Chińskiego Nowego Roku! Foto: Michał Lubina

Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... Foto: Michał Lubina

Palestyńska gwiazdka

Ciekawe jakiej narodowości byliby pasterze, gdyby dziś bieżeli do Betlejem. A raczej – ponieważ pewnie byliby Arabami z Palestyńskich...

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz.2

Gruzja Gruzja przywitała nas bezchmurnym niebem i gorącą temperaturą. Korzystając z tego, zaraz po przekroczeniu granicy udaliśmy się na...

Wybrane teksty

Bliski Wschód
Foto: Grzegorz Śmigiera Stopem na Kaukaz i do Iranu cz3 - Armenia

Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35 USD. Jedynym problemem było to, że nie mieliśmy drobnych dolarów przy sobie, więc musiałem... Czytaj więcej

Podróże po Indiach
Foto: Michał Lubina Riszikesz, z prądem Gangesu

Kąpiel w Gangesie w Riszikeszu to prawdziwa przygoda! Co prawda rzeka nie jest krystalicznie czysta – jej zamulone wody przybierają barwę najbardziej zbliżoną do brązu. Do tego jeśli rano bądź wieczorem pospaceruje się po okolicznych... Czytaj więcej

Wyprawa na Saharę
Wyprawa na Saharę - relacja Wyprawa dookoła Sahary, część I

Pierwsza część relacji z podróży land roverem dookoła Sahary. Przygody trzyosobowej grupy odkrywców opisuje Cyprian Pawlaczyk. Afryka. Taki mały pomysł. Ale realizacja nie będzie taka prosta. Jest nas dwoje - ja i siostra. Nie udaje... Czytaj więcej

Reportaże z Indochin
Więzienie nr S-21 - Kambodża

Phnom Penh (PAP/AFP,AP) - Czterdziestu lat więzienia zażądał w środę międzynarodowy prokurator William Smith dla byłego członka reżimu Czerwonych Khmerów Kainga Gueka Eava. 67-letni Kaing, znany jako "towarzysz Duch", jest od ponad... Czytaj więcej

Wyprawy do Ameryki Południowej
Miasto Boga czy miasto handlarzy narkotyków?

Zestrzelony helikopter wojskowy, śmierć trzech policjantów i 16 kryminalistów – to bilans ostatniego weekendu w Rio de Janeiro. Kiedy mają miejsce tego typu spektakularne wydarzenia, świat przez chwilę interesuje się Brazylią, utożsamia... Czytaj więcej

Reportaże z Chin
Wielka ucieczka do tulou - Chiny

Mamy powody by używać w tym kontekście nazwy „grupa”. Grupa baz nuklearnych wydaje się być faktem. Powołując się na dane przesłane z satelity KH 22, w prowincji Fujien (Fukien) leżącej na południowym wschodzie Chin, znajduje się... Czytaj więcej

Reportaże z Afryki
Gambia: ptasi raj w sercu Afryki

Kilkaset gatunków ptaków na wyciągnięcie ręki. Nikt ich nie łapie, nikt do nich strzela, nie płoszy. Fikcja? Nie to ptasi raj w samym sercu... Afryki. To Gambia. Czytaj więcej

Tagi

Wybrani autorzy

Wyprawa dookoła Sahary, część II

Sahara · Afryka · relacje z podróży · Podróże · 14 kwiecień 2008 (23:35)
Opis Opis

Dzień szósty - Piątek - 09.02.2007 r. Gwałtowna pobudka. Wczesnym rankiem, ok. godz. 7 (co jak na wakacje w końcu jest sprawą dość nieprzyzwoitą - jakby na to nie patrzeć), ruszamy do mauretańskiego konsulatu po wizę.



Po odczekaniu godziny na czele kolejki udaje się nam dostać do okienka wizowego. Po krótkiej wymianie uprzejmości z wesołym pracownikiem konsulatu zostawiamy paszporty i ruszamy na podbój Casablanki. Ale zanim zaczynamy poznawać miasto wybieramy się na poszukiwanie warsztatu.

Zobacz także

Po kilku próbach docieramy do takiego małego warsztatu, gdzie wjeżdżam od razu na kanał. Robimy kontrolę poziomu wszystkich płynów i okazuje się, że tylny dyfer jest ok. Natomiast w reduktorze już prawie nie ma oleju. Dolewamy więc co nieco i sprawdzamy jeszcze stan innych elementów. Cały serwis polegał jeszcze na dolaniu oleju do silnika. Mamy wprawdzie olej w reduktorze i coś zapasu w bagażniku, ale usterka jest. Ale co robić - jedziemy z nią dalej.

Już sam przejazd samochodem przez miasto daje wiele wrażeń. Jest to ogromne miasto. A my poruszamy się na ślepo. Nie mamy nawet planu. Na szczęście nasz GPS prowadzi nas po naszych własnych śladach. I to wystarczyło. W ten sposób dotarliśmy do brzegu Atlantyku.

meczet Hassana II w Casablance
Powiększ zdjęcie

Pierwsze co zobaczyliśmy to ogromny meczet Hassana II. Podobno trzecia co do wielkości świątynia na świecie. Szkoda tylko, że niewierni nie mogą wejść do środka i zwiedzać. No cóż - co kraj to obyczaj. Następnie ruszyliśmy na podbój centrum Casablanki. Tutaj pojawił się dość poważny problem - miejsc parkingowych jest wprawdzie sporo, ale konia z rzędem temu, kto trafi coś wolnego. W końcu jednak zauważyliśmy wjazd do bramy z znakiem parkingu. Trafiliśmy na jedyny do tej pory kryty parking z którego mogła skorzystać nasza "Dyskoteka". Umawiamy się na cenę z właścicielem i ruszymy na podbój starej Medyny.

tare część Casablanki to właściwie jeden wielki "Suk" - bazar. Tutaj każdy coś chce nam sprzedać. Staramy się więc grzecznie i dość stanowczo odmawiać, ale nie jest to zbyt proste. Szwędamy się po wąskich uliczkach wypatrując co ciekawszych miejsc i ludzi. Ale fotografowanie osób jest bardzo utrudnione - miejscowi tego nie lubią. Przerażeni jesteśmy stanem tego miejsca. Jest strasznie zaniedbana i zniszczona. Dziwne, zwłaszcza, że Maroko dość mocno inwestuje w infrastrukturę turystyczną. Ale do Casablanki jak widać to jeszcze nie dotarło. Jaskrawo to widać w zestawieniu z kolorowymi strojami mieszkańców oraz całą bazarową pstrokacizną. Mamy tutaj również okazję przyglądać się wyczynom lokalnych rzemieślników - murarzy, stolarzy, szewców, kucharzy czy rzeźników. Zresztą - kto to jeszcze by zliczył.

Po godzinie 14 docieramy ponownie pod mauretański konsulat. Po odczekaniu w kolejce otrzymujemy nasze paszporty wraz z wizami. Jeden kłopot mniej.

Ruszamy w drogę. Kierujemy się na El-Jadida. Gdy już tu dotarliśmy naszym oczom ukazał się ultranowoczesne wczasowisko połączone z tradycyjną arabską kulturą i bałaganem. Przejeżdżamy przez miasteczko szukając bankomatów. Cóż - proza życia. Pieniądze są jednak wyznacznikiem, także tutaj. Nie zatrzymujemy się. Jedziemy cały czas. Tym razem kierujemy się na Agadir, ale z każdym kilometrem wiem, że tam nie dojedziemy w dniu dzisiejszym. Raz - jestem już nieco zmęczony, dwa - dziewczyny marudzą, trzy - droga nie jest zbyt rewelacyjna, cztery - zrobiło się już ciemno, a na marokańskich drogach życie zaczyna się chyba po zmierzchu.

Docieramy do kolejnego wczasowiska - Essaouira. Przewodnik zachęcił nas do zwiedzania tego miejsca, więc zatrzymujemy się tutaj na nocleg. Tyle że znalezienie ciekawego miejsca do spania w przyzwoitej kwocie graniczy niemalże z cudem. Dziewczyny znalazły super apartament za jedyne 1500 dirhem. Niestety - nasz budżet nie przewidywał aż takich luksusów, więc ruszyliśmy na dalsze poszukiwania. Zakończone zresztą pełnym sukcesem. W hotelu, po przyjemnej toalecie, zasiedliśmy do kolacji. A przed snem - jeszcze próba Internetu. Pierwszy kontakt z światem.

Dzień siódmy - Sobota - 10.02.2007 r.

Kolejny ranek. Tym razem bardzo ładny, słoneczny. Zapowiada się śliczny dzień. Uświadamiamy sobie, że jesteśmy już prawie tydzień w podróży.

portugalskie fortyfikacje w Essaouira
Powiększ zdjęcie

Miasteczko w którym nocowaliśmy, Essaouira, poza przepięknymi plażami ma również stare portugalskie fortyfikacje. To dzisiejszy pierwszy punkt programu.

Tutejsza Medyna urzeka kolorystyką. Piękne, wąziutkie uliczki i wszechobecne stragany. Jednakże jest tu jeszcze bardzo spokojnie. Zwiedzanie zaczęliśmy wcześniej, niż większość kupców dotarła na swoje stragany. Mieliśmy więc okazję do stosunkowo swobodnego zwiedzania. Co wcale nie uniemożliwiło realizacji zakupów - Asia ma już pierwszą pamiątkę - lokalne pantofle, które zakupiła po ostrych targach.

Po kilkudziesięciu minutach docieramy do fortyfikacji zlokalizowanych od strony oceanu. Wewnątrz murów znajdują się warsztaty rękodzielnicze. Można swobodnie przyglądać się pracy sprawnych rzemieślników. Na zewnątrz fortyfikacji szaleje ocean. Mimo bardzo ładnej pogody i niewielkiego wiatru fale z wielkim impetem i hałasem atakują nadbrzeżne skały i lokalne wysepki, a w powietrzu unosi się delikatna mgiełka utworzona z morskiej wody. Ilość armat sugeruje, że podejście do miasta od strony morza nie było możliwe.

Spokojnym spacerkiem wracamy do samochodu, fotografując jeszcze po drodze kilka pozujących kotów. Jedziemy do Agadiru. Tu robimy ostatnie zakupy, pobieramy pieniądze w Cash-maszinie i tankujemy samochodzik. A potem ruszamy dalej. Po jakimś czasie zamieniamy się z Aśką. Teraz ona prowadzi, a ja mam chwilę wytchnienia i zabieram się za pisanie.

Dojechaliśmy do wioski Guelmim. Stoimy na światłach przed skrzyżowaniem i w pewnym momencie podjeżdża do nas dziadek na motorynce i zaczyna rozmawiać z nami po niemiecku. Wziął nas za Niemców. Po chwili rozmowy - pyta skąd jesteśmy, a gdy mu mówimy, że z Polski - zaczyna wymieniać nazwy polskich miast. To miłe, że ktoś tutaj wie, co to jest Polska.

Zaczyna się ściemniać. Ponownie się zmieniamy za kierownicą i ja jadę dalej. Jest już ciemno, gdy docieramy do Tan-tan. Tutaj jeden z policjantów, przy którejś z rzędu kontroli, sugeruje, żebyśmy jechali nieco wolniej. Ale nas już nieco goni. Chcemy dzisiaj dotrzeć jak najdalej. I wjeżdżamy na kamienistą hamadę. Witają nas już pierwsze piaski Sahary.

Późnym wieczorem docieramy do właściwie ostatniej miejscowości przed Saharą Zachodnią. Do Tarfaya. Jest to malutka mieścina. Szukamy hotelu, ale nie jest to takie proste. Coraz bardziej daje się nam we znaki nieznajomość języka francuskiego. Bo mimo bardzo już późnej pory - ludzi wszędzie jest pełno. Dogadując się na migi znajdujemy jedyny chyba tutaj hotelik. A pod hotelem zagaduje nas miejscowy chłopak - niestety po francusku. Dziewczyny poszły zobaczyć hotelik, a przygodny znajomy przyprowadził kolegę znającego angielski.

Dostajemy propozycję noclegu w jego domu, a właściwie w domu jego ojca. W pierwszej chwili, pełni obaw, nie chcemy na to przystać. Ale dziewczyny są tak zdegustowane stanem hotelu, że się zgadzamy. I bardzo dobrze. Bo będzie o czym opowiadać.

Nasz kolega ma na imię Aziz. Jedziemy z nim do domu jego ojca, gdzie poznajemy całą rodzinę. A była ona nie mała - głowa rodziny - ojciec, matka, 4 z 7 braci i 1 z 2 córek. I zaczyna się. Początkowo byliśmy wystraszeni. Ale z każdą chwilą atmosfera się bardzo rozluźniała. Aziz poczęstował nas pyszną rybą i doskonałą herbatą (będącą mieszaniną zielonej herbaty z miętą - rewelacja). Ciekawostka - my jesteśmy rozebrani właściwie tylko do koszulek a nasi gospodarze - nie dość że są opatuleni w kilka warstw ubrań, to jeszcze siedzą pod grubymi kocami. I informują nas, że u nich jest teraz chłodno, a parę minut wcześniej termometr w samochodzie pokazywał jeszcze 30 st. C. Chwilkę rozmawiamy, poznajemy rodzinę Aziza oraz wymieniamy się adresami (a także dogadujemy cenę noclegu) i w końcu udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Dzień ósmy - Niedziela - 11.02.2007 r.

spotkanie z arabską rodziną
Powiększ zdjęcie

Pobudka o 7.00. Nie chcąc robić kłopotu po cichu się pakujemy, robimy prowizoryczna toaletę (ubikacja w arabskim domu nie zachęca do utrzymywania własnej czystości) i wynosimy graty do samochodu. Zamierzamy się pożegnać i ruszyć dalej. Nic z tych rzeczy. Ojciec rodziny nie pozwala nam ruszyć dalej bez śniadania. Próbujemy odmówić - nadaremnie. Wracamy więc do pokoju gościnnego (który w nocy był naszą sypialnią) i zastajemy tam całą rodzinę. Dostajemy suty poczęstunek składający się z świeżutkich placków chlebowych, całej patelni swojskiej jajecznicy oraz herbaty i mleka. Po śniadaniu zostajemy obdarowani przez gospodarzy. I to bardzo hojnie. Ja dostaję turban, Asia - piękną chustę a Gosia pidżamę. Potem dziewczyny jeszcze dostają różne drobiazgi, chłopcy ofiarują także pierścienie. Jest nam głupio, bo nie byliśmy na tak hojne podarki przygotowani. Nie mając specjalnie pomysłu, czym moglibyśmy się zrewanżować - obdarowujemy ich polskimi sokami, słodyczami oraz płytą CD z polską muzyką, a dziewczyna otrzymała jeszcze od Gosi chustę. I wszyscy byli zadowoleni.

Następnie zaczęły się zdjęcia - Lejla (tak miała na imię siostra Aziza) przyniosła tradycyjne stroje ludowe i dziewczyny zaczęły się stroić. A ja robiłem tylko zdjęcia.
Takie okazje nie zdarzają się często.
W końcu, ze sporym w stosunku do planu opóźnieniem, ruszyliśmy dalej.

Dzień uwidocznił straszną biedę tego miejsca. Tarfaya jest strasznie zaniedbanym i brudnym miasteczkiem. I do tego bardzo biednym. Poza tym, miasteczko jest swoistego rodzaju cmentarzem wszelkiej maści Land Roverów. Zresztą - zgodnie z otrzymanymi jeszcze w Polsce informacjami - marka ta jest jedną z najpopularniejszych wśród miejscowej ludności (przynajmniej jeśli chodzi o samochody 4x4, bo wśród osobówek i samochodów dostawczych królują niepodzielnie mercedesy). Nie jestem w stanie zaryzykować stwierdzenia wieku tych pojazdów, ale wiele z nich jest znacznie starszych ode mnie.

Kierujemy się na główną drogę. A na asfalcie pojawiają się ruchome wydmy piasku. Podejmujemy nieśmiałą próbę wjechania na taką, ale szybko rezygnuję. W końcu mamy jeszcze do przejechania masę drogi, a ryzyko uszkodzenia - duże. Jedziemy sobie pustynną szosą i spotykamy pierwsze kamele (wielbłądy, rzecz jasna). Pierwsze co robimy - to serię zdjęć. Dojeżdżamy do osady Tah. Tutaj przebiega umowna granica między Marokiem a Saharą Zachodnią. Dla Marokańczyków właściwie nie istnieje, dla Saharyjczyków - jest bardzo istotna.

 półkuliste domy w El Aaiun
Powiększ zdjęcie

Po jakimś czasie dojeżdżamy do El Aaiun (Laayoune). Ładne miasteczko, ale pełne policji, wojska i osobników z napisem UN. Na wjeździe do miasteczka stoi czerwona brama, a zaraz za nią rozpoczynają się tereny wojskowe. Kwatera główna wygląda jak mały zamek, ale nie otrzymujemy pozwolenia na robienie zdjęć. Nie mniej - widać kawałek tej budowli na zdjęciach bramy miejskiej. Przejeżdżamy przez centrum miasteczka, gdzie uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej. Podziwiamy jeszcze domy w kształcie półkul i wracamy na pustynię.

Dojeżdżamy do wielkiego portu w El Marsa a następnie mijamy wielkie zakłady przemysłowe. Chyba kopalnie i zakłady przetwórcze minerałów, co sugerowałyby wielkie maszyny górnicze oraz transportery taśmowe urobku (kiedyś w rejonie Huty Katowice pracowały podobne, tyle że tutejsze ciągną się przez dziesiątki km). Teraz droga ciągnie się cały czas wzdłuż wybrzeża. Wygląda to śmiesznie, bo z jednej strony pustynia pełna piasku, z drugiej - ocean pełen wody. Dwa przeciwstawne bieguny. Ale nam to daje pewnego rodzaju dozę poczucia bezpieczeństwa. Poza tym - mamy okazję miejscami podziwiać wybrzeże klifowe, gdzie ocean próbuje się wdzierać głęboko w ląd.

Dojeżdżamy do Boujdour. Tutaj - kolejna kontrola drogowa. No i trafił się jakiś policjant - służbista. Najpierw dopytywał się o "fishe" (podobnie zresztą jak większość dotychczasowych kontroli), a potem zabrał nasze paszporty i przepadł. W między czasie dołączył do nas żołnierz, który dopytywał się co ciekawego przewozimy. W szczególności interesował go alkohol i papierosy, a w momencie gdy dowiedział się, że mamy papierosy stało się jasne, że musimy go nimi obdarować - podarowaliśmy mu dwie paczki, a w między czasie wróciły do nas paszporty. Przed samym wjazdem do miasteczka stoi kolejna brama, tym razem kolorowa i ozdobiona strusiami i rekinami.

Kolejne dziesiątki kilometrów kamienną hamadą. Droga staje się już bardzo nużąca. Prawie cały czas jedziemy prosto w wielkim upale. Droga staje się miejscami nieznośna. Ale jest małe urozmaicenie - po drodze mijamy kilkanaście samochodów na brytyjskich rejestracjach. Więc bawimy się wyprzedzając co trochę któryś samochód. Ale zaczyna nam brakować paliwa, więc na pierwszej napotkanej stacji benzynowej (o dziwo są co parędziesiąt km) uzupełniamy paliwo i poznajemy wzmiankowanych Brytyjczyków. Nawiązuję z nimi rozmowę i dowiaduję się, że są uczestnikami rajdu samochodów kupionych za mniej niż 200 Euro. To by się zgadzało bo jadą takimi "trupami" że nie chce się wierzyć. A jedzie ich około 40 załóg i jako cel wybrali sobie Gambię. Jest więc pewna szansa, że będziemy się jeszcze z nimi spotykać po drodze.

Sam pobyt na stacji benzynowej też jest nie lada przeżyciem - jest to lokalne centrum kulturalno - rozrywkowe, gdzie spotyka się mnóstwo ludzi. Panuje tu niesamowity bałagan, a zatankowanie samochodu graniczy niemalże z cudem. Nie mniej - po długim oczekiwaniu tankujemy i ruszamy dalej.

Po wielkich trudach docieramy do rozstaju dróg. Jedna z nich prowadzi dalej na pustynię, w kierunku Mauretanii i tą wybierzemy jutro, natomiast druga prowadzi do miasteczka Dakhla.

Po kolejnej kontroli ruszamy jakby groblą na półwysep, mijając mnóstwo dzikich kempingów obstawionych głównie francuskimi samochodami kempingowymi. Ostatnia kontrola drogowa przed samym miastem i tu trafiamy na prawdziwego służbistę. Uparł się i musimy mu dać "fishe". Daje nam wzór od któregoś z Anglików i już wiemy co to jest - to kartka papieru z danymi osobowymi. Znowu jesteśmy nieco mądrzejsi. Wydzieramy z zeszytu 3 kartki papieru i każdy z nas przepisuje dane osobowe. Oddajemy je uradowanemu urzędnikowi i ruszamy dalej.

Dakhla to spore miasto, a właściwie dwa miasta - stare i nowe. Stare jest to typowe arabskie miasteczko z tego rejonu, pełne hałaśliwych warsztatów, straganów i ludzi z wszechobecną biedą i brudem, nowe - robi wrażenie typowej dzielnicy willowej w europejskich miastach tylko z nieco odmienną architekturą. Pierwsza rzecz jaką robimy po przybyciu - to szukanie serwisu dla naszego autka. Dalej bowiem mamy wyciek z reduktora. Martwi mnie to nieco - ale co robić. Zaczepiamy napotkanego na drodze policjanta i pytamy go o serwis - nie wiele nam pomógł - złapał nam taksówkę, która zawiozła nas do lokalnego serwisu.

Tutaj mechanik zobaczył, pokiwał głową, wziął 2 tubki POXILINy i zaczął kleić - skasował nas 15 Euro. Jutro będziemy wiedzieć, czy dało to jakiś efekt.

Wg przewodnika w hotelu Erraha możemy zdobyć informację o sposobie przekroczenia granicy z Mauretanią. Znajdujemy ten hotel, meldujemy się w nim, ale z informacji - nici. Osoba w recepcji jest wybitnie niekomunikatywna i kompletnie nie zorientowana. Idziemy więc w swoją stronę. A że jest jeszcze stosunkowo wcześnie - ruszamy na podbój miasteczka i lokalnej kuchni (bo w brzuszkach nam już mocno burczy). Odwiedzamy więc jeden ze "snack bar"ów" jak brzmiała reklama i zamawiamy lokalne specjały - ja jem gorącą kanapkę z mieloną baraniną, Gosia - podobną kanapkę tyle że z kurczakiem, a Aśka - jakieś kalmary. Dodatkowo dostajemy porcje frytek (są tu wszechobecne) oraz całkiem smaczne surowe surówki (które pochłaniamy ze smakiem niepomni ostrzeżeń co do surowych warzyw - w końcu - raz się żyje).

Robi się późno, Gosia wraca do hotelu a my ruszamy na romantyczny spacer. Niestety - silny wiatr niosący tumany piachu rozwiał romantyzm, więc po krótkim namyśle również wróciliśmy do hotelu.

Dzień dziewiąty - Poniedziałek - 12.02.2007 r.

Pobudka. Dalej nie wiemy jak mamy przekroczyć granicę. A moja dolegliwość wymusza lekturę w dość specyficznym miejscu. Więc spokojnie sobie dogorywam w toalecie wertując kolejny raz przewodnik po Afryce i nagle - znajduję informację, że kontrola graniczna nie znajduje się w Dakhla tylko w Guerguarat - prawie przy granicy z Mauretanią. Trochę uspokojeni decydujemy się na jazdę w tamtym kierunku.

Gosia jeszcze wpada na pomysł uzupełnienia zapasów wody - idzie do samochodu po puste butelki po wodzie mineralnej i zamierza przy ich użyciu napełnić nasze dwa 20 dm3 kanistry. Po 9 dm3 chyba dała sobie spokój.A ja poszedłem zobaczyć efekty pracy naszego arabskiego mechanika. Niestety - olej cały czas wycieka. Czyli dalej mamy problem. Niech no ja dorwę tego naszego mechanika.

Pakujemy samochód i jedziemy do najbliższej stacji benzynowej. Tutaj - o dziwo jest woda - napełniamy drugi kanister oraz puste butelki. Biedna Gosia się tyle namęczyła. Poza tym - uzupełniamy zapasy paliwa, teraz poza tym co w baku mamy jeszcze 100 dm3 na dachu. Tak na wszelki wypadek. To prawie dwukrotnie zwiększa nam zasięg przejazdu, chociaż z drugiej strony - tak wysoko obciążony samochód zaczyna źle się prowadzić - buja nim na boki i czuć powiększony ciężar. Musimy bardziej uważać.

 półkuliste domy w El Aaiun
Powiększ zdjęcie

Ruszamy znowu na pustynię.
Czeka nas ostatni odcinek po marokańskiej stronie. Dzisiaj zamierzamy w końcu dotrzeć do Mauretanii i zacząć prawdziwe zwiedzanie. Bo do teraz jedziemy przecież tranzytem. Jedziemy cały czas pustynią. Na dworze temperatura sięga już 50 st. C, a w kabinie - mimo że klimatyzacja chodzi cały czas (na szczęście działa) - temperatura przekracza 36 st. C. Pomimo upałów brniemy dalej. Samochód ledwo jedzie. I jemu temperatura daje się mocno we znaki.

Co jakiś czas robimy sobie przerwy, by obserwować to, co się dzieje na pustyni. Dzisiaj droga wiedzie nieco dalej od atlantyckiego wybrzeża. Chociaż od czasu do czasu fragment oceanu miga nam przed oczyma. Asia uparła się na fotograficzne udokumentowanie każdego gatunku roślinek. I dobrze - w Polsce takich nie znajdziemy.

Podczas obserwacji pierwszej całkowicie piaszczystej wydmy (bo wjechaliśmy w tereny bardziej zbliżone do naszego wyobrażenia pustyni) poznajemy jednego z mieszkańców tych niegościnnych terenów. Między nogami smyknęła nam jaszczurka. Kolorystycznie - była bardzo zbliżona do otoczenia.

W końcu, po kilkugodzinnej jeździe w pełnym słońcu docieramy do granicy. Punkt marokański wygląda jeszcze w miarę cywilizowanie. Tyle, że wszędzie jest wszechobecna biurokracja. Przejście graniczne od tej strony bazuje jeszcze wyłącznie na księgach. Jest kilka punktów, w których skrupulatnie odnotowywane są informacje. Na przejściu z Ceutą były przynajmniej komputery. A tutaj jeszcze chyba taka technika nie dotarła. Po zaliczeniu ostatniego punktu kontrolnego przejeżdżamy koło szlabanu i koniec. Skończyła się droga a zaczęło pole minowe. Podobno cała marokańsko - mauretańska granica jest zaminowana. Nie ma to jak bratnie narody.

Na szczęście między punktami granicznymi biegnie gruntowo - betonowy odcinek drogi, do przebycia właściwie jedynie przez samochody terenowe. Ale i osobówki próbują. Odcinek ten ciągnie się przez ok. 4 km. Potem dojeżdżamy do pierwszej budki po stronie mauretańskiej. Jeśli Maroko nie było bogatym krajem, to tutaj widać już okropną biedę. Pogranicznicy mają zielone mundury, ale butów już nie. A ich budki zbudowane są z dykty i kartonów, a uszczelniane szarym papierem i gazetami. Wyposażenie tych budek to stolik, dwa krzesła, łóżko polowe i wszechobecne księgi.

I ponownie jak na granicy marokańskiej przechodzimy od budki do budki. Najpierw żandarmeria, potem policja, następnie cło, jeszcze ubezpieczenie samochodu i wymiana waluty i po ponad godzinie (straconej) możemy ruszać dalej.

Swoją pomoc zaoferował nam ubezpieczyciel. Chciał nam pokazać swoje biuro w mieście. A przy okazji poprowadził nas do samego Nouadhibou, a nawet na kemping. Jest to pierwsza większa miejscowość w Mauretanii. Jest to miasto zupełnie niepodobne do tych, które widzieliśmy w Maroku. Domy są strasznie szare, brudne, a wszystko wygląda jakby było niewykończone. Maroko wydaje się znacznie bardziej żywe. Ale to tylko pierwsze wrażenie.

Zobaczymy jak będzie dalej.
Nocleg na kempingu. Wprawdzie mamy pokoik z łazienką (!) ale o ciepłej wodzie można tylko poważyć. Ale w tej klasie cenowej to i tak nieźle.






Przeczytałeś relację z podróży? Podobała się?
A może Ty Drogi Internauto byłeś gdzieś w Polsce, gdzieś w świecie i chciałbyś się tym pochwalić?
Nasz serwis stoi dla Ciebie otworem. Przyślij tekst, relację, dodaj swoje zdjęcia do niego, opublikujemy go na stronie mojeopinie.pl!
Pracę prosimy przysyłać na adres: podroze@mojeopinie.pl

Cyprian Pawlaczyk

Najnowsze z kategorii

śledzik


ocena użytkowników
rankingrankingrankingrankingranking
średnia: 5

Polecane tematy

Jak skrzywdzić dziecko dla jego dobra

12 lutego Opieka Społeczna zabiera do domu dziecka 11 letniego chłopca wprost ze szkoły. Rodzice nic nie wiedzą o decyzji Sądu Rodzinnego. Nie wiedzieli nawet o rozprawie. Dziecko... Przeczytaj więcej

Ustawa o parytetach płci. Dlaczego pomimo swoich...

W PRL-u ludzie o chłopsko-robotniczym pochodzeniu mieli łatwiej żeby dostać się na studia. W latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych ludzie pochodzący z mniejszości... Przeczytaj więcej

Rosół ofiarny - koniec afery hazardowej?

Ofiara rzucona na pożarcie mediów i opinii publicznej. Takie konkluzje nasuwają się po weekendowych doniesieniach prasowych prześwietlających majątek Marcina Rosoła, którego... Przeczytaj więcej

MojeOpinie.pl na Facebooku
O nas · Polityka prywatności · Regulamin serwisu · Redakcja · Reklama · Kontakt
Copyright © 2007-2009 mojeopinie.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.