Złota książka o Złotej Ziemi
    Birma18 · junty wojskowe13 · recenzja książki167 · Aung San Suu Kyi8
2010-12-14
„Wyprawa do Birmy, od 1988 r. oficjalnie zwanej Związkiem Myanmar, to nie tylko podróż w przestrzeni do odległych ziem, lecz przede wszystkim wędrówka w czasie. (…) Tu ocena świata i ludzi się zmienia. To inny wymiar. Świat ma to, czego nie ma Związek Myanmar, a on ma to, czego nie ma świat. Pierwszy ma przyszłość, drugi ma przeszłość; świat ma nadzieję, Myanmar zmuszony jest żyć beznadzieją”. Tak zaczyna się „Złota ziemia roni łzy” Bogdana Góralczyka. Potem jest już tylko lepiej.

„Złota ziemia roni łzy” to najnowsza pozycja na polskim rynku dotycząca Birmy… i trzecia w ogóle! Nie licząc zapomnianej książki Moniki Warneńskiej i wzbudzających kontrowersje „Królów i Generałów” Grzegorza Torzeckiego (a także kilku tłumaczeń, głównie beletrystyki, i bodajże dwóch albumów), to tyle. Nic więcej. O Birmie nie napisano po polsku jednej, syntetyzującej wiedzę o tym kraju, pracy. Do teraz.

„Złota ziemia roni łzy” Bogdana Góralczyka to zasadniczo zmienia. Już sama osoba autora, sinologa, profesora UW i dyplomaty, byłego ambasadora w krajach Azji Południowo-Wschodniej, daje nam gwarancje rzetelności. W książce tej jest to, co może być najlepszego w dziele pisanym przez naukowca i specjalistę. Rzetelna analiza, poukładanie faktów, pogłębione ujęcie, a nade wszystko: syntetyczne spojrzenie. Do tego ogromna wiedza i swobodne poruszanie się w złożonej i nieprostej tematyce birmańskiej. Prof. Góralczyk posiadł rzadką cechę tłumaczenia trudnych kwestii w prosty i klarowny sposób. Bez upraszczania z jednej strony i nadmiernego zarzucania faktami z drugiej. Czytając „Złotą ziemię” czułem się jak na wykładzie. Znakomitym wykładzie.

A jednocześnie nie jest to książka sensu stricte naukowego. W takim rozumieniu tego słowa, że tylko naukowcy znajdą przyjemność w obcowaniu z nią. Bynajmniej! To jest, jak mówi podtytuł, esej, a więc chyba najbardziej pojemny gatunek literacki. Góralczyk w narrację wplata elementy opracowania naukowego, reportażu, literatury faktu, relacji z podróży, analizy i zaangażowanej publicystyki. Czyta się to jednym tchem.

Autor łączy tu cechy rzadko ze sobą występujące: wiedzę, oczytanie i doskonałą znajomość tematyki z jednej strony. A do tego dochodzi empiryczne poznanie kraju, przemierzenie go, dotarcie do najdalszych regionów (nawet zamkniętych dla cudzoziemców), iście globtroterska żyłka, z drugiej. Stąd też obcowanie z tą książką sprawia niekłamaną przyjemność. Rzadką u nas – gdyż najczęściej książki tego typu piszą albo ludzie oczytani i znający na pamięć każde źródło pisane, lecz nigdy w danym kraju niebędący. Albo też tacy, którzy zjeździli go wzdłuż i wszerz, lecz nadmierną lekturą się nie skalali. Bogdan Góralczyk jest chlubnym wyjątkiem od tej reguły. Połączenie solidnej wiedzy naukowej z doświadczeniem empirycznym jest najmocniejszą stroną tej pozycji. Można rzecz, iż „Złota ziemia” jest w najlepszym tego słowa znaczeniu interdyscyplinarna.

Kolejną wielką zaletą jest przystępny, wręcz biesiadny styl. Czytając Bogdana Góralczyka ma się wrażenie, że słucha się słów mistrza opowiadającego o pewnej odległej i fascynującej krainie… Smutnej i strasznej. Autor nie ma wątpliwości: junta birmańska jest wręcz ontologicznie zła. Najbardziej poruszające są te fragmenty książki w której pisze o prześladowanych mniejszościach (w opisie Rohingya wzbija się na wyżyny reportażu), zaszczutym społeczeństwie, czy o nieszczęsnej, a jakże dzielnej Aung San Suu Kyi – współczesnym Mahatmie Gandhim. Obala – jednoznacznie, zdecydowanie, bez najmniejszych wahań – złudzenia co do władzy wojskowych. To nie Tiziano Terzani, który – przyznając, że junta jest okrutna i bezlitosna – oddawał Ne Winowi, jej założycielowi, jakąś sprawiedliwość dziejową, pisząc, że dzięki niemu Birma zachowała tożsamość. Góralczyk nie ma do Ne Wina ani cienia sympatii. Rysuje go jako okrutnego, ograniczonego i groteskowego „egomaniaka”. Który, na dodatek, „po 26 latach dyktatorskiej władzy, ot tak, dla kaprysu, zrezygnował” i doprowadził do chaosu. Te same anegdoty dotyczące Ne Wina (opisy denominacji waluty na banknoty o cyfrach podzielnych przez szczęśliwą cyfrę 9, zmianę ruchu drogowego na prawostronny za wskazaniem wróżbity itp.), u Terzaniego śmieszą, u Góralczyka straszą. Pokazują on że król jest (albo raczej: był) nagi.

Nie on jeden. Naga jest cała obecna władza – przywołanie określenia Hanny Arendt jest nie tylko błyskotliwe, lecz po prostu – słuszne. Góralczyk trafia w sedno. Znów nie ma złudzeń – i powiedziałbym, że to zasługa dziedzictwa naszej części Europy. Ktoś, kto żył w „jedynym słusznym ustroju”, nie da się tak łatwo oszukać, omamić. Wyłowi fałsz autorytarnej władzy znacznie szybciej i skuteczniej niż jakikolwiek badacz z Zachodu. Bogdan Góralczyk rozumie tę władzę, pokazuje nam jej genezę, sposób jej funkcjonowania, mentalność, wzorce. Idzie tutaj za najlepszym możliwym źródłem: Myint Thant U (wnukiem byłego sekretarza generalnego ONZ U Thanta i autorem najlepszej książki o Birmie dostępnej po angielsku „The River of Lost Footsteps”). Tak jak Myint Thant U pokazuje, że kluczem do zrozumienia ekipy budującej za horrendalne pieniądze nową stolicę w środku dżungli, podczas gdy 2 miliony ludzi zostało bez dachu nad głową po cyklonie Nargis, jest historia trzech imperiów birmańskich i brytyjskiego kolonializmu. Bogdan Góralczyk z Myint Thant U korzysta, ale – co ważne! – wyciąga inne niż tamten wnioski. Jeśli Myint Thant U prezentuje coś w rodzaju (bardzo) ostrożnego optymizmu (albo raczej: nieumierającej łatwo nadziei), tak u Góralczyka tego w ogóle nie będzie. Pod koniec książki mamy analizę, apokaliptyczny wręcz spis, przyczyn obecnych nieszczęść Birmy. A obok niej: reportaż o młodym pokoleniu Birmańczyków, które ideały schowało do bagażnika swego (złożonego z części trzecich) auta. Oba porażają. Nie wiadomo tylko, który bardziej.

Książka zasadniczo dzieli się na trzy części. Pierwsza – wprowadzającą, a także ostatnia, podsumowująca całość i omawiająca najnowsze wydarzenia, są napisane wartko i z polotem. Natomiast w części drugiej, przy opisach historycznych, autor znacznie zwalnia. Przykładowo szczegółowe rozróżnianie ugrupowań politycznych mniejszości narodowych Birmy może stać się dla postronnego czytelnika trudną próbą. Mam świadomość, że deskrypcje historyczne były niezbędne by ukazać tło i genezę obecnej sytuacji w Birmie, ale przez to nie zdołałem przeczytać tej książki w jedną noc, lecz… w dwie.

Pewnym zarzutem może być – ale nie musi – jednoznaczność opinii. Góralczyk prezentuje sądy zdecydowane, pewne swoich racji. Czasem wydają mi się za ostre (porównanie Birmy do protektoratu Chin, nazywanie tego kraju „absurdystanem”, przyrównywanie junty do nazistów i bolszewików), ale nie odważyłbym się stanąć do merytorycznego pojedynku z Profesorem, by swoich zastrzeżeń bronić.

Jednocześnie podoba mi się odwaga tej książki. Nazywanie zła złem, przy jednoczesnym braku ckliwej naiwności. Najlepiej widoczne w opisie losu Aung San Suu Kyi. Góralczyk zna Azję i meandry światowej polityki. Wie, że pani Suu Kyi szanse ma marne. A jednak nie wpada on w pułapkę cynizmu i politycznego wyrachowania. Pokazuje dobrze, że wybór naszej postawy wobec tej postaci jest nie tyle kwestią polityczną, czy światopoglądową, ile – moralną. Nie można się próbować oszukiwać. To JEST wybór między dobrem a złem.

Z kilkunastu książek, które przeczytałem o Birmie do tej pory, uważałem, że bezdyskusyjnie najlepszą jest „The River of Lost Footsteps” Myint Thant U. Teraz nie jestem już tego pewien. Nie umiem powiedzieć, która jest lepsza – „River” czy „Złota ziemia”. Za to w pozycjach w języku polskich jest ona bezkonkurencyjna. Po tej książce ktoś kto nic nie wie o Birmie, dowie się wiele – i (powinien) sporo zrozumieć. Zaś ktoś kto coś już wie, będzie wiedział znacznie więcej. Czy może być lepsza zachęta?


Komentarzy: 2

dominika
13 stycznia 2011 (22:59)
Zapomniał (lub nie wiedział) Pan o książce/ dzienniku
Gustawa Herlinga Grudzińskiego "Podróż do Birmy".

michallubina
15 stycznia 2011 (00:02)
.... napisanej w 1952 roku.
To, jeśli przyjąć tę perspektywę, można wymienić jeszcze "Miliard szuka drogi" Jerzego Lobmana, czy pamiętniki Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej. Tylko po co? Jakiekolwiek dzieła wydane sprzed rozpoczęcia "birmańskiej drogi do socjalizmu" mają dziś wartość wyłącznie archiwalną. Natomiast pro forma rzeczywiście są. Więc zwracam honor.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".