Złoto, ale w dłuższej perspektywie
    Instytut Misesa18 · kurs złotego30 · złoto16 · inwestycje56
2009-03-04
Inwestor powinien patrzeć na fundamenty i z pewnością nie kupować w owczym pędzie złota tylko dlatego, że bite są kolejne rekordy – przekonuje Maciej Bitner z Instytutu Ludwiga von Misesa.



Mojeopinie.pl: W ostatnich tygodniach mogliśmy obserwować kolejne wzrosty ceny złota, przez moment cena przekraczała nawet 1000 dolarów za uncję. Niektórzy komentatorzy podejrzewają, że banki centralnie obecnie po cichu wykupują złoto aby zwiększyć swoje rezerwy, co też ma bezpośredni wpływ na jego wzrost. Z drugiej strony, pod koniec ostatniego tygodnia złoto spadło o 4%. Która tendencja się utrzyma?

Maciej Bitner*: Rzeczywiście w notowaniach intraday mieliśmy złoto znowu powyżej 1000 dolarów. Prawie dotarliśmy do rekordu wszechczasów – brakowało niecałych 30 dolarów. Rekord padł za to w euro i w funcie brytyjskim. W ostatnich dniach mamy do czynienia jednak z silną korektą – zbliżamy się do bariery 900 dolarów.

Jednak inwestor powinien patrzeć na fundamenty i z pewnością nie kupować w owczym pędzie tylko dlatego, że bite są kolejne rekordy. Warto przyjrzeć się ku przestrodze wykresowi ceny „czarnego złota”. Ropa, której również prognozowano rolę światowej waluty spadła od szczytu na poziomie 146 dolarów za baryłkę o 75%.

Mimo, że uważam, iż złoto ma mocne fundamenty i w dłuższym terminie jest świetną inwestycją, to mam wątpliwości czy oprze się presji na sprzedaż aktywów, którą mamy obecnie. Ponadto jeśli wszystko tanieje, to pojawia się dużo innych konkurencyjnych okazji do inwestycji, co może negatywnie oddziaływać na cenę kruszcu w najbliższych miesiącach.

Jeśli chodzi o banki centralne, to nie wydaje mi się, by podejmowały działania, o jakich Pan mówi. Banki w krajach rozwijających się nie mogą pozbywać się rezerw walutowych – muszą one być w gotowości, czy to na potrzeby interwencji, czy spłaty zadłużenia zagranicznego. Natomiast banki krajów rozwiniętych nie bardzo chcą wywoływać wrażenie wzrostu ceny złota – podważa to przecież zaufanie do ich walut.

Jak najlepiej w złoto inwestować?

Są różne formy inwestowania w złoto. Najbardziej polecałbym kupowanie kontraktów futures z zastrzeżeniem, że powinno się mieć co najmniej 50% pokrycia ich wartości. Kontrakt na tak zwane „małe złoto” opiewa na 33 uncje, czyli wart jest ok. 120 000 zł. Dysponując połową tej sumy można już pokusić się o jego zakup i trzymanie przez najbliższe lata. Kilka polskich domów maklerskich oferuje taką możliwość (na przykład DM BOŚ).

Za mniejszą kwotę można kupić złoto w formie sztabek albo monet. Za sumę poniżej 60 tysięcy złotych będzie go na tyle mało (nie więcej niż kilogram), że przechowywanie go nie powinno stanowić problemu. Jeśli obawiamy się trzymać je w domu, można wynająć skrytkę bankową.

Można też kupić złoto i składować je za granicą (więcej informacji choćby na stronie BullionVault.com). Dzięki temu można też rozwiązać problem niskiej płynności inwestycji w sztabki – ich odsprzedaż w Polsce u pośredników wiąże się z koniecznością zapłacenia premii w stosunku do ceny w Londynie czy Nowym Jorku.

Kolejnym sposobem lokowania w złoto są fundusze inwestycyjne, które przyjmują wprawdzie małe kwoty (od ok. 2 tys zł), ale pobierają kilkuprocentową roczną prowizję. Nie do końca jestem przekonany do inwestycji w akcje spółek wydobywczych (w Polsce można to robić za pośrednictwem TFI). Spółki takie narażone są na ryzyko polityczne (złoża często znajdują się niestety terenach krajów mało stabilnych), rynkowe i błędy zarządu, co razem może doprowadzić do tego, że spółka będzie miała kłopoty, a złoto mimo to (a może właśnie dlatego) będzie drożało. Zachętą do takiej formy inwestowania w złoto może być dźwignia operacyjna (duży wzrost zysku spółki wydobywczej nawet przy niewielkim wzroście cen złota daje szansę większego zysku), ale często de facto z niej nie korzystamy, bo spółki zabezpieczają się na rynkach terminowych.

Jakie inne towary, obok złota, nadają się najlepiej w tym momencie do inwestowania i ile można na nich zarobić?

Moim zdaniem zdecydowanie najlepiej wygląda teraz ropa naftowa. Choć nie wykluczone, że w 2009 roku jej cena spadnie nawet poniżej 30 dolarów, to w dłuższym terminie – trzech do czterech lat cena wróci do 100 dolarów. Przez kilka lat możemy zarobić 200-300%.

Fundamenty dla tego surowca są moim zdaniem jeszcze lepsze niż dla złota. Przede wszystkim ropa bezpowrotnie zużywa się, a złoto raz wydobyte już zostaje na powierzchni. Popyt zaś jest póki co absolutnie pewny – samochodów i ciężarówek będzie coraz więcej, szczególnie w takich krajach jak Chiny i Indie oraz w Ameryce Południowej. Światowe zasoby ropy starczą na 30-40 lat, od kilkunastu lat nie odkryto większych nowych złóż, a wydobycie ropy na Alasce czy z dna oceanu jest bardzo drogie. Do tego dochodzi jeszcze niestabilność polityczna regionów bogatych w ropę naftową oraz godna podziwu solidarność państw OPEC, które ostatnio drastycznie zmniejszyły wydobycie i po raz pierwszy w historii w miarę sumiennie trzymają się narzuconych kwot.

A jak będzie kształtowała się sytuacja polskiej waluty w najbliższej przyszłości? Co powinna (bądź czego nie powinna) zrobić RPP?

Wydaje się, że największą falę osłabienia złotego mamy już za sobą, choć nie można tego ostatecznie powiedzieć, póki nie wyjaśni się sytuacja z polskim długiem. Rząd ma 150 mld zł do zrolowania i gdyby pojawiły się z tym jakieś kłopoty, to inwestorzy zaczną wyprzedawać nasze obligacje, co może sprowadzić złotego jeszcze niżej. Z powodu dużej niechęci do ryzyka oraz spadku globalnego popytu na nasze towary nie spodziewałbym się znaczącego wzmocnienia złotego w pierwszym półroczu 2009.

RPP nie powinna wykonywać gwałtownych ruchów. Nie należy też przesadzać z obniżką stóp procentowych. Pamiętajmy, że bank centralny Węgier jeszcze pół roku temu musiał drastycznie podnosić stopy, by ratować forinta. Operacja się udała (nie bez znaczenia była tu pomoc MFW, o którą teraz na skutek pogłębiającego się światowego kryzysu będzie trudniej), ale koszty raptownych zmian w polityce monetarnej zostały poniesione przez gospodarkę tego kraju. PKB Węgier spadł w IV kwartale 2008 o 2% r/r., a na lata 2009-10 prognozuje się dalszy spadek średnio o 2% rocznie.

Czy przyjęcie przez Polskę systemu ERM II w jakikolwiek sposób zmieni sytuację?

Gdyby udało się utrzymać złotego w korytarzu +/- 15%, to uniknęlibyśmy większych wahań kursowych. Przyjęcie euro rzeczywiście pozwoliłoby rozwiązać część problemów, obniżył by się między innym koszt obsługi naszego zadłużenia. Niższe stopy pomogłyby wyjść z recesji naszej gospodarce. Choć NBP, wtórując opozycji, straszył ostatnio atakiem spekulacyjnym, to paradoksalnie wydaje mi się, że czas kryzysu jest dobry na przyjęcie euro. Nasza waluta już tak bardzo się osłabiła, że trudno będzie spekulantom wywindować kurs euro o kolejne 15%. Bank centralny ma spore rezerwy walutowe, co czyni utrzymanie kursu w korytarzu zadaniem wykonalnym. Trudniej będzie spełnić kryterium inflacyjne (inflacja musiałaby spaść do przedziału 1,5% - 2%). Najważniejsze przeszkody mają jednak charakter polityczny.

Jak wobec tego traktować należy stwierdzenie Juliusza Jabłeckiego z Instytutu Misesa o politycznym charakterze decyzji o przyjęciu euro?

Juliusz mówił o politycznych argumentach przeciw euro, a nie o trudnościach politycznych związanych z jego przyjęciem w Polsce (niechętna postawa opozycji i NBP). Jego stwierdzenie rozumiem następująco: jeśli chodzi o argumenty ekonomiczne sprawa jest rozstrzygnięta na korzyść euro, zaś przyjęcie wspólnej waluty pociąga za sobą określone polityczne zobowiązania i uwarunkowania, które mogą okazać się niekorzystne. W takim razie jednak powinno się powiedzieć, że jest to decyzja polityczno-ekonomiczna. Przy jej podjęciu ważymy bowiem ekonomiczne korzyści i polityczne koszty. Do tego celu trzeba dokładnie zastanowić się nad jednymi i drugimi. Nie można więc twierdzić, że nie ma potrzeby analizy korzyści ekonomicznych, skoro musimy ocenić, czy są rzeczywiście poważne w zestawieniu z kosztami politycznymi. Stwierdzenie Juliusza Jabłeckiego miało na celu zwrócenie uwagi na aspekt polityczny i nie wydaje mi się, by sam autor brał je dosłownie.

Dziękujemy za rozmowę.

Maciej Bitner – studiuje ekonomię i filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Jest ekspertem Instytutu Misesa do spraw rynków finansowych.

Komentarzy: 2

Łukasz
4 marca 2009 (21:11)
Najprostszą metodą inwestowania w złoto jest
kupno certyfikatu RCGLDAOPEN dostępnego w notowaniach na każdym rachunku maklerskim. Dzięki niskim kosztom i obecności animatora dostępny dla każdego. Nie należy jednak zapominać o ryzyku kursowym.

Irek
27 marca 2009 (11:52)
złoto zbyt drogie jest teraz
do tego, gdy dolar wreszcie pęknie, to co sie stanie z kursem złota...pójdzie w górę? Ale cyz przebije poziom dewaluacji waluty amerykańskiej? Wątpię. Chyba, że kraje takie jak Rosja, Chiny zaczną nabijać kapsę właśnie w złocie. Podobno już kruszcu brakuje na świecie.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Forum Od-nowa: Janosikowe przykładem błędów systemu finansowego

Istnieją duże szanse, że dzięki wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z 4 marca 2014 r. ziści się długo oczekiwana przez zamożniejsze samorządy zmiana w mechanizmie działania tzw....
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".