Zmutowani i dumni X-meni
    science fiction46 · kino akcji18
2011-06-11
Ekranizacje komiksów to dla części filmowców oraz widzów temat z gatunku traumatycznych. Zwłaszcza gdy ci pierwsi zabierają się za serie komiksowe za którymi ciągnie się niezliczona ilość „achów” i „ochów”, często gęsto przetykana takimi przymiotnikami jak „kultowa, wspaniała, niesamowita, rewelacyjna”.

Kilkanaście miesięcy spekulacji i analiz odnośnie osoby i dorobku reżysera oraz przewidywanych aktorów. Kilkanaście miesięcy oczekiwania oraz żarliwych modlitw, żeby tylko tego nie schrzanili, żeby udało się uchwycić klimat komiksu, żeby film zachwycił, żeby chciało się do niego często wracać. Jednakże, albo oczekiwania fanów zbyt wygórowane, albo wizja reżysera z kompletnie innej czasoprzestrzeni, gdyż wraz z dniem premiery zaczyna się trauma. Hasła klucze kolejnych recenzji to „zmarnowany potencjał” i „niewykorzystana szansa”. Rozgoryczeni fani próbują dociekać „jak można było to tak skaszanić?!”. Kierując jednocześnie pod adresem reżysera bezcenne rady, aby zajął się kręceniem filmików reklamowych na Kamczatce. Sam reżyser, w następujących po premierze wywiadach, albo nabiera wody w usta, albo mało składnie odpowiada, że to miało być tylko takie luźne nawiązanie, że on chciał daną historię pokazać tak bardziej po swojemu. Wszystko zaś wieńczą wnikliwe analizy fanów, dlaczego „Punisher” jest taki grzeczny, z jakiej choinki urwali się „Daredevil” i „Elektra”, czy też co spotkało „Jonah Hex”.

Niemniej, raz na jakiś czas udaje się zadowolić prawie wszystkich. Raz na jakiś czas, w kategorii filmy na podstawie komiksów, powstaje perełka po którą chce się sięgać jak najczęściej, która przy każdym wzięciu do ręki ukazuje inne, wcześniej niezauważalne odcienie. Raz na jakiś czas, udaje się połączyć w jednym filmie wciągającą historię, świetną grę aktorów, dreszcz emocji, dramaturgię, humor oraz dobrze oddającą klimat ścieżkę dźwiękową. A efekty specjalne, nawet jeśli liczne i widowiskowe, stanowią po prostu dopełnienie całości, nie przyćmiewając gry aktorów i nie odciągając uwagi od śledzenia oglądanej historii. Batmany Burtona i te Nolanów, „Spiderman”, „Hellboy” i nawet jeszcze lepsza kontynuacja „Hellboy: Złota Armia”, czy też choćby „Sin City”. Od kilku dniu w powyższej grupie znajduje się również „X-Men Pierwsza Klasa” w reżyserii Matthew Vaughna.




Przyznaję się bez bicia, że jeśli chodzi o serię X-Men to średnio ogarniam te wszystkie komiksowe zależności, kto czyim ojcem, kto czyją siostrą, a kto komu bratem. Kto w jakiej rzeczywistości jest tym dobrym, a kto tym złym. Niemniej, gdy tylko gruchnęła wieść o kolejnym filmie o zmutowanych bohaterach mocno trzymałam kciuki aby nie dopełnił się efekt równi pochyłej. Bowiem, o ile jeszcze dwie pierwsze części Bryana Singera z 2000 i 2003 roku trzymały poziom, oferując widzowi ciekawą historię okraszoną elementami powagi i rozrywki, tak nakręcony trzy lata później przez Bretta Ratnera „Ostatni Bastion” o wiele bardziej przypominał, za przeproszeniem, efektowną rozpierduchę dla gimnazjalistów z mnóstwem wybuchających co chwilę fajerwerków, niż przemyślany, sensowny film. Jeszcze gorzej było z kolejnym projektem „X-Men Geneza: Wolverine”. Niby nowi bohaterowie, inne moce, a przede wszystkim sposobność przybliżenia widzom historii jednego z najbardziej fascynujących mutantów, a jednak posklejany z przeróżnych motywów „Wolverine” – od Szeregowca Ryana po Supermana – rozczarował jeszcze bardziej niż „Ostatni Bastion”. I mimo że Hugh Jackman (Wolverine) i Liev Schreiber (Sabertooth) dwoili się i troili, a temu pierwszemu często gęsto leciały ze szponów skry niczym ze szlifierki kątowej, to jednak filmowi daleko do poziomu dwóch pierwszych części Singera.

Na szczęście, wszystko co dogorywało w przypadku Bastionu i Wolverine'a zostało reanimowane w „Pierwszej Klasie”. Tutaj również mamy powrót do początków, przybliżenie historii życia kilku mutantów, jednakże w o wiele lepszym wykonaniu, w o wiele lepszej oprawie. Przede wszystkim, do X-Menów powrócił Bryan Singer, dopomagając Vaughnowi przy pracach nad filmem, co w efekcie zaowocowało odwróceniem proporcji. I tak jak „Ostatni Bastion” i „Wolverine'a” popychały do przodu bajeranckie efekty specjalne, tak w „Pierwszej Klasie” największy nacisk położono na wyeksponowanie życia osobistego mutantów, z pełną gamą emocji, słabości, dylematów moralnych. Czyniąc ich tym samym bardziej ludzkimi. Oto Charles Xavier zanim został Profesorem X podrywa studentki na zgrabne tekściki o mutacji. Erik Lehnsherr, zanim każe się nazywać Magneto, po traumie w obozie koncentracyjnym, tropi po całym świecie swego oprawcę, innego mutanta, Sebastiana Shaw. Nastoletnia Raven (Mystique) studiuje kelnerowanie, a młody Hank McCoy (Bestia) jest niebywale inteligentnym naukowcem. Niemniej, oboje niepewni, zakompleksieni, próbujący za wszelką cenę wpasować się w społeczeństwo. Spragnieni normalności.

Duże wyrazy uznania dla aktorów, gdyż w znacznej mierze to dzięki ich grze przedstawiona historia jest tak wciągająca. Świetne kreacje Michaela Fassbendera i Jamesa McAvoya jako Magneto i Xaviera. A co za tym idzie, niemal nieustanna konfrontacja radosnego idealizmu i optymizmu Xaviera z cierpieniem i przyziemnym realizmem Magneto to jeden z najsolidniejszych filarów całego filmu. Dalej, Jennifer Lawrence w roli Raven i Nicholas Hoult jako młody Hank McCoy, miotający się pomiędzy tęsknotą za normalnym życiem, a ciekawością jak potężne są ich moce. Zwłaszcza Hoult dzięki mimice, gestom, głosowi świetnie wypada w roli zmutowanego geeka. Niemniej, chyba najbardziej zaskoczył mnie Kevin Bacon w roli Shawa. Przerysowany, groteskowy naukowiec? w obozie koncentracyjnym, zamożny biznesmen działający w myśl zasady dziel i rządź, wreszcie bezlitosny mutant dążący do wyniszczenia ludzkości. Tak właściwie, wychodząc z kina, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w „Pierwszej Klasie” udało się uchwycić to co wymykało się we wszystkich wcześniejszych częściach. Udało się pokazać mutantów jako ludzi tragicznych, zagubionych, którzy postrzegają siebie jako dziwadła, przeklinając moce jakimi dysponują, bo są brzemieniem i barierą odgradzającą ich od normalności. Udało się pokazać ludzi, którzy muszą dokonać wyboru czy będą kryć się całe życie, czy też będą, jak przewija się przez cały film – Zmutowani i Dumni.

Niemniej, X-Meni to przede wszystkim film o superbohaterach, a co za tym idzie oglądanie przez dwie godziny hamletowych rozważań – być mutantem czy też nie – byłoby sporym przegięciem. Tak więc lekkości filmowi nadają tu widowiskowe, zapierające dech w piersiach efekty specjalne, sporo komicznych sytuacji oraz przyjemna, wpadająca w ucho muzyka w tle. A że akcja rozgrywa się w latach 60-tych, a świat stoi u progu wojny nuklearnej, to w całość mamy wplecione materiały z przemówień prezydenta Kennedy'ego.

Jaka będzie przyszłość filmowych X-Menów? Cóż, nie jestem telepatką aby wyrokować. Jednakże, w 2013 roku minie dokładnie 50 lat od momentu wydania pierwszych zeszytów z przygodami zmutowanych bohaterów i szczerze mówiąc liczę na jeszcze jedną odsłonę. Coś specjalnego i jeszcze bardziej spektakularnego na upamiętnienie półwiecza mutantów.


Komentarzy: 4

DarthZod
20 czerwca 2011 (13:27)
Bardzo dobry tekst
Aż mnie dziwi, że w tym serwisie (Moje Opinie) tyle ciućmoków jest,którzy nie potrafią nawet krótkiego tekstu napisać pod tekstem redakcyjnej koleżanki. Tak sobie myślę, że skoro nie stać ich nawet na krótki komentarz to swoich tekstów też pewnie nie piszą, a jedynie je skądś kopiują i wklejają. Dziwny to serwis, w którym Administrator ani słowem nie pochwali za dobrze i rzetelnie napisany tekst. Żenada i brak profesjonalnego podejścia. Co się zaś tyczy filmu to jest to najlepsza część X-Menów jaka powstała.

Joanna
20 czerwca 2011 (19:04)
:)
Film świetny. W kinie byłam dwa razy i za każdym razem tak samo mi się podobał. Właściwie to przy drugim seansie nawet bardziej, bo znając już historię zwracałam większą uwagę na szczegóły :) Także na duży plus brak 3D, co ostatnio jest pakowane hurtem do każdego filmu, a w trakcie seansu okazuje się, że obiecywanych efektów 3D ze 2 na cały film; no bo nie czarujmy się efekt głębi już się dawno znudził. A tak w ogóle to dziękuję za miłe słowo odnośnie mojego tekstu :)

DarthZod
22 czerwca 2011 (18:03)
;]
Bardzo proszę. Już od dawna obserwuje Pani teksty i muszę stwierdzić, że są na wysokim poziomie. Oby tak dalej i proszę się nie przejmować mrukowatymi współpracownikami. Pozdrawiam.

Kaśka
6 września 2011 (16:04)
a niby to dlaczego redakcja/redaktor czy administrator
ma publicznie na serwisie chwalić kogoś tekst...to by już byłoby pełne wodolejstwo/lizusostwo. Nie od tego są takie instytucje/osoby. Mam wrażenie, że podlizujesz się @DarthZod w głupi sposób autorce.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".