Dołącz do naszego zespołu Dołącz do naszego zespołu Subskrybuj RSS
mojeopinie.pl Start Polityka Gospodarka Media Historia Kultura Podróże Ekologia Tydzień Subiektyw
Reportaże i relacje z podróży Warto zobaczyć
Redakcja mojeopinie.pl poleca w tej kategorii
Moja spokojna, leniwa Malaka

Mhmmf – wymruczał coś uśmiechając się sympatyczny, na wpół bezzębny malajski dziadzio, pokazując jednocześnie palcem do góry. What?!...

Stary, to tylko Afganistan (I)

- Gdzie jedziesz? Do Afganistanu? – spytał przybierając groźną minę uzbrojony po zęby irański żołnierz. – To ty żaden turysta nie...

Pociągi pod specjalnym nadzorem czyli jak podróżować po Chinach w Nowy Rok

Chiński Nowy Rok nazywany Świętem Wiosny to najważniejsze święto w chińskim kalendarzu. Rozpoczyna się właśnie rok Bawołu. Na ulicach...

Zatoka Lądującego Smoka - Wietnam foto:Aleksandra Jakuczek

Jedziemy już od dłuższego czasu ale kompletnie nic nie wskazuje na to, że za kilka chwil znajdziemy się w wychwalanym przez podróżników i... foto:Aleksandra Jakuczek

RPA 2008: podróż po kraju kontrastów

Znajomi, którzy kilka miesięcy temu powrócili z RPA, powiedzieli mi, że po wylądowaniu w Johannesburgu stwierdzę, że standard życia...

Najcześciej czytane teksty kategorii w ciągu ostatnich 30 dni
Trudne Indie

Tuż przed wyjazdem pytałem mojego znajomego, doskonale obeznanego z Indiami, o wszystkie miejsca, które zamierzałem odwiedzić. Gdy dotarłem do...

Szczęśliwego Chińskiego Nowego Roku! Foto: Michał Lubina

Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... Foto: Michał Lubina

Mt Pinatubo, filipiński wulkan koreański biznes Foto: Michał Gołąb

W czerwcu 1991 roku, gdy miałem niecałe 10 lat nastąpiła erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach. Wydarzenie to wbiło mi się w pamięć z powodu... Foto: Michał Gołąb

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz3 - Armenia Foto: Grzegorz Śmigiera

Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... Foto: Grzegorz Śmigiera

Sikh w mieście Le Corbusiera

W Złotej Świątyni w Amritsarze znajduje się pewna podziurawiona ściana. Gdy, nie zwróciwszy na nią specjalnej uwagi, mijałem ją, podszedł...

Ostatnio komentowane
Malakka z Terzanim w tle Foto: Michał Lubina

Rok temu na urodziny dostałem cudowny prezent: książkę Tiziano Terzaniego „Powiedział mi wróżbita”. Od tamtego czasu stał się on jednym... Foto: Michał Lubina

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz3 - Armenia Foto: Grzegorz Śmigiera

Przygoda z Armenią zaczęła się od miłej niespodzianki, bo okazało się, że wiza turystyczna staniała i kosztuje już jedynie 10, a nie 35... Foto: Grzegorz Śmigiera

Szczęśliwego Chińskiego Nowego Roku! Foto: Michał Lubina

Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem... Foto: Michał Lubina

Palestyńska gwiazdka

Ciekawe jakiej narodowości byliby pasterze, gdyby dziś bieżeli do Betlejem. A raczej – ponieważ pewnie byliby Arabami z Palestyńskich...

Stopem na Kaukaz i do Iranu cz.2

Gruzja Gruzja przywitała nas bezchmurnym niebem i gorącą temperaturą. Korzystając z tego, zaraz po przekroczeniu granicy udaliśmy się na...

Wybrane teksty

Prosto z Indii
Ladakh: podniebna kraina

Ladakh to prawdziwa perełka, którą polecam każdemu, kto chce zobaczyć jeden z ostatnich fragmentów wielkiego kulturowego dziedzictwa Tybetu. Czytaj więcej

Wyprawa na Saharę
Wyprawa na Saharę - relacja Wyprawa dookoła Sahary, część I

Pierwsza część relacji z podróży land roverem dookoła Sahary. Przygody trzyosobowej grupy odkrywców opisuje Cyprian Pawlaczyk. Afryka. Taki mały pomysł. Ale realizacja nie będzie taka prosta. Jest nas dwoje - ja i siostra. Nie udaje... Czytaj więcej

Reportaże z Indochin
Więzienie nr S-21 - Kambodża

Phnom Penh (PAP/AFP,AP) - Czterdziestu lat więzienia zażądał w środę międzynarodowy prokurator William Smith dla byłego członka reżimu Czerwonych Khmerów Kainga Gueka Eava. 67-letni Kaing, znany jako "towarzysz Duch", jest od ponad... Czytaj więcej

Wyprawy do Ameryki Południowej
Miasto Boga czy miasto handlarzy narkotyków?

Zestrzelony helikopter wojskowy, śmierć trzech policjantów i 16 kryminalistów – to bilans ostatniego weekendu w Rio de Janeiro. Kiedy mają miejsce tego typu spektakularne wydarzenia, świat przez chwilę interesuje się Brazylią, utożsamia... Czytaj więcej

Reportaże z Chin
Wielka ucieczka do tulou - Chiny

Mamy powody by używać w tym kontekście nazwy „grupa”. Grupa baz nuklearnych wydaje się być faktem. Powołując się na dane przesłane z satelity KH 22, w prowincji Fujien (Fukien) leżącej na południowym wschodzie Chin, znajduje się... Czytaj więcej

Bliski Wschód
W Moussa Museum Liban - kraj bogaty różnorodnością

Liban zwykł być turystyczną potęgą, a jego rozwinięty sektor bankowości i mieszanka religijna mieszkańców zdobyły mu już kilkadziesiąt lat temu miano Szwajcarii Bliskiego Wschodu. Jednakże burzliwa historia tego kraju i jego niestabilna... Czytaj więcej

Afryka reportaże z podróży
Gambia: ptasi raj w sercu Afryki

Kilkaset gatunków ptaków na wyciągnięcie ręki. Nikt ich nie łapie, nikt do nich strzela, nie płoszy. Fikcja? Nie to ptasi raj w samym sercu... Afryki. To Gambia. Czytaj więcej

Tagi

Wybrani autorzy

Znów strzelają w Preah Vihear

relacja z wyprawy · Kambodża · Tajlandia · 4 kwiecień 2009 (12:28)
Klasztor Preah Vihear Klasztor Preah Vihear

Od zawsze chciałem zobaczyć w Kambodży jedno miejsce: położony na bezdrożach koło granicy tajskiej średniowieczny klasztor Preah Vihear. Powód był osobliwy i bynajmniej nie związany z chęcią podziwiania sztuki khmerskiej (by się nią nacieszyć, aż nadto wystarczy kilka dni w Angkorze). Chodziło o co innego: fascynowało mnie jak dwa kraje – Kambodża i Tajlandia – mogą, od prawie pół wieku, walczyć o kontrolę nad tym pozbawionym strategicznego znaczenia miejscem. Jak można się bić o klasztor?! Buddyjski!

A jednak można.... Ostatnio znów zaczęli. Według Tajów Khmerowie – którzy ten klasztor posiadają, podobnie jak całą górę na której się znajduje (i która jest jedynym wzniesieniem na sięgającej horyzontu w każdą stronę równinie) – zaatakowali ich wojska, które odparły ogniem. Trudno uwierzyć, by strona, która kontroluje sporny obszar i która jest militarnie nieporównywalnie słabsza od swego przeciwnika nagle postanowiła przepuścić szturm na jego pozycję. Doświadczenie uczy jednak, że na logice nie ma w tym rejonie świata za bardzo polegać. A już szczególnie w odniesieniu do Kambodży.

Ale po kolei: Preah Vihear to klasztor z epoki Imperium Khmerskiego, położony na granicy Kambodży i Tajlandii, o którego przynależność trwa spor miedzy tymi krajami, wybuchający z nową silą co pewien czas, mimo arbitralnej decyzji Międzynarodowego Trybunału w Hadze z 1962 r. przyznającego go Kambodży (jednym z sędziów był Polak, o czym nie należy Tajom przypominać, bo gotowi ceny wiz nam podnieść...).

Można na tę sytuacje spojrzeć, jak na konflikt dwóch sąsiadów, kłócących się o kupę gruzów gdzieś na końcu świata, do której dojechanie graniczy z cudem. Wtedy naprawdę trudno zrozumieć o co właściwie się wadzą. Tym bardziej, ze - otrzepując się z kurzu i przecierając totalnie zaczadzone pyłem okulary przeciwsłoneczne - człowiek, ujrzawszy Preah Vihear, musi skonstatować ze smutkiem: nie warto było.

Za to z cala pewnością ciężko było; dojazd do tego klasztoru jest dobrym przykładem tego, jak poznawać można Kambodżę. A jest to - wbrew pozorom - kraj bardzo łatwy do podróżowania dla obcych, pod jednym wszak warunkiem: ze nie są zbyt ambitni i podążają tymi samymi szlakami co wszyscy. Wtedy jeżdżenie po khmerskiej ziemi banałem jest. Co prawda nie ma państwowych autobusów, ani nawet dworców, a jedynym pociągiem którym da się przejechać jest bambusowa składanka z doczepionym Dieslem, ułożona na przysztukowanych torach kolejowych (które ongiś Czerwoni Khmerzy pocięli w swej systemowej nienawiści do wszystkiego, co nowoczesne i których do dziś porządnie nie naprawiono). Ale prywatne busy dobrze wypełniają lukę i dostanie się do każdego większego miasta żadnym problemem nie jest. Podobnie z hotelami – wybór prawie jak w Tajlandii, pod każde gusta i potrzeby. Do tego wszystkiego wszystko dobrze zorganizowane, każdy mówi po angielsku na poziomie komunikatywnym, na dworcach naganiacze, rikszarze (czy też raczej tuk-tukarze), hotelarze itp. Tym samym zmęczyć ani nawet zdenerwować się nie sposób, można w pełni oddawać się całym gamom turystycznych rozrywek, tak dziennych, jak i nocnych, oferowanych przez ten kraj i jego mieszkańców (mieszkanki) w Sieam Reap czy Phnom Penh. A do tego jeszcze uważać się za prawdziwego odkrywce, który pojechał do tego nieznanego miejsca i może przyszpanować znajomym, wszak Kambodża dobrze brzmi: egzotyka, miny, Czerwoni Khmerzy... Słowem: dreszczyk. Tym samym mamy dwa w jednym: człowiek jest najzwyklejszym turysta, który nawet nic nie musi robić (wszystko uczynią za niego), a może pozować na trampa-odkrywce. Wszak turysta brzmi źle. Podróżnik znacznie lepiej.

Co więcej: może to robić bezkarnie, bo szansa, ze ktoś to sprawdzi jest znikoma. Szczególnie jak się jest z kraju, gdzie nie ma tradycji podróżowania, takich jak na przykład Rosja. Wtedy wychodzi jak w grudniowym, numerze rosyjskiego Forbesa (to jedna z najpoważniejszych rosyjskich gazet, dla samej elity!). Znajduje się tam tekst o Kambodży upstrzony następującym podtytułem: "w Kambodży wszyscy zwiedzają Ankgor. Nasz korespondent pojechał dalej w głubinkę. I nie rozczarował się". W tekście, utrzymanym w tonacji przygód Indiany Jonesa, czytamy jak to korespondent Dima z narażeniem życia jechał przez pola minowe do zapomnianego, ukrytego w dżungli klasztoru, by odkryć prawdziwa perełkę architektoniczną. Na końcu pada nazwa tego klasztoru: Bentai Srei. Nie ma mowy o pomyłce: chodzi o ten sam Bentai Srei, położony ok. 20 km od Ankgoru, do którego dojechać można bez problemu każda rikszą, który widnieje w każdym programie zwiedzania Angkoru i po którym spacerując odnosi się wrażenie, ze zaraz zostanie zadeptany przez hordy japońskich wycieczek zorganizowanych....

Prawdziwy problem zaczyna się w Kambodży, gdy chce się zobaczyć coś naprawdę na uboczu. Wtedy brak transportu da się odczuć od razu, wtedy poczujemy się jak zwykły Khmer, wszak nikt tu niczego dla turystów nie zorganizował, bo oni i tak jeżdżą w te same miejsca, poza linie Siem Reap - Phnom Penh (czasem Battambang i Sihanoukville) się nie ruszając.

By dostać się do Preah Vihear, trzeba najpierw pojechać do Anlong Veng (nieopodal umarł, ponoć z niemała pomocą dawnych towarzyszy, Pol– Pot). Jako, że transportu z Siem Reap brak, trzeba bądź to zrzucić się na wspólna taksówkę, bądź na pick-upa. W obu przypadkach jest to dość trudne: trzeba wiedzieć, gdzie są przystanki na których zbierają się chętni na taki przejazd (a są zazwyczaj w miejscach znanych tylko miejscowym, wszak wszystko to nieformalne, okazjonalne), a nikt nie powie, bo każdy chce zedrzeć z białego. Jak się już znajdzie, trzeba się jeszcze potargować, a robić to należy zawczasu, najlepiej dzień wcześniej, bo jeśli nie chce się wynająć taksy samemu trzeba poczekać by uzbierała się liczba chętnych na wyjazd. W sumie przejazd do Anlong Veng zajął 2 godziny... nie licząc 3 dni poszukiwań i negocjacji. Jak się później okazało, była to łatwiejsza cześć drogi: od Anlong Veng do Preah Vihear nie jedzie już nic, poza motorami. Uczucie szczęścia, wynikające z tego, że a) były, b) były tanie (50USD za 400 km), c) można było jechać od razu, szybko znikło. Początkowo wszystko szło dobrze, wiaterek wiał, kurzu się nie zauważało (niczym u Kukiza: „jadę, jadę na motorze, wiater mi owiewa twarz...”), a ciągle uważanie na to, by nie wpaść w jakąś dziurę w ziemi miało w sobie posmak przygody. Tyle tylko, ze po 20-30 minutach ma się już dość drogi, którą w przy największej dozie wyrozumiałości można (będzie) nazwać (w przyszłości) gruntową, drogi, przy której cały czas trzeba uważać, by nie wpaść w któryś z wielu dołów, czy nie przewrócić się na licznych muldach. Drogi, którą budują tak, ze co 10-15 kilometrów trzeba zjeżdżać na pobocze, w jeszcze większe dziury, ryzykując – a właściwie mając pewny – upadek i poparzenia od nagrzanej maszyny.

Prując do przodu nie zwraca się uwagi na pył, kurz i słonce, którego się nie czuje, a które - po całej eskapadzie - spaliło tak, ze 3 dni były z życia wyjęte. Przed wyjazdem nie miało się nawet cząstki świadomości tego, że jazda totalnie wyczerpie, że już po połowie będzie się wyglądało jak poszukiwacz złota na Alasce, oblepiony pyłem i glina, wdzierającą się do wszystkich zakamarków ciała.

A wszystko po to, by zobaczyć klasztor, którego największa atrakcja jest to, ze wszyscy obecni w nim to żołnierze w pełnym rynsztunku bojowym, gotowi każdej chwili do walki, a dookoła kompleksu rozłożone są stanowiska artylerii. Podjeżdżając pod sam klasztor, po drodze, przy której co 10 metrów kucają żołnierze z kałaszami, a ułożonej pod kątem 35 stopni (dobrej! zbudowanej przez...Tajów), można pokrzepić serca takimi podniosłymi hasłami jak „jestem dumny z bycia Khmerem", czy „Tajowie muszą przestrzegać decyzji Trybunału" (która, jakby ktoś tego jeszcze nie wiedział, jest tam zacytowana w pełni). Poza tym wokół klasztoru rozłożone są namioty armii khmerskiej, a zaraz za nimi ostrzegają napisy w stylu: „wkraczasz na pole minowe", czy też „obszar rozminowany” (który to komunikat pełni tę samą odstraszającą funkcję, jak poprzednik, bo znając ich lokalną dokładność przezornie jest nie wierzyć temu na słowo), które sprawią, że chcąc, nie chcąc zwiedzanie trzeba ograniczyć do samego klasztoru. Cudem świata to on nie jest (choć bywają gorsze ruiny) i pewnie jakby ktoś przyjechał tu dla samej li tylko architektury to by się wściekł. Tu warto przyjechać po to, by poczuć – i zrozumieć, jak można się bić o klasztor – i to buddyjski.

Można bowiem spojrzeć na konflikt wokół tego klasztoru szerzej. Jak na symbol Kambodży i jej losów. Ongiś wielkiego państwa, wzoru dla sąsiadów, ze wspaniałym Angkorem, stolica Imperium promieniującego na całą Azję Południowo- Wschodnią. Państwa, w którym służyli jako najemnicy liczni sąsiedzi, m.in. Tajowie (dawniej: Syjamczycy). W Angkor Wacie jest płaskorzeźba niezwykle wymownie, i kontrastowo w stosunku do khmerskich sil, prezentująca najemników syjamskich. Khmerzy tam to regularna, zdyscyplinowana armia, lśniąca wręcz czystością i porządkiem. Syjamczycy z kolei to istne pospolite ruszenie: każdy inaczej ubrany i uzbrojony, bez dowództwa i w szyku przypominającym przy największej dozie sympatii, co najwyżej tyralierę. A jednak to właśnie potomkowie tych niesfornych żołdaków unicestwili wspaniale Imperium Khmerskie, niszcząc Ankgor i wysiedlając jego ludność do Ayuthai. Wtedy właśnie zaczyna się to, co można nazwać istnym khmerskim fatum: Kambodża, okrojona z ponad polowy terytorium staje się ofiara dwóch zaborczych sąsiadów: Syjamu i Wietnamu, naprzemiennie kontrolujących jej ziemie i instalujących podległe sobie rządy. A także - co równie istotne, odrywających kolejne części khmerskiego terytorium, wśród których najboleśniejszą dla Khmerów strata była wietnamska aneksja Delty Mekongu w XVII w. (czyli tego obszaru, gdzie znajduje się Sajgon, ongiś khmerska wioska).

Nie na darmo Sihanouk powiedział ongiś o swym kraju, ze jest „Polską Azji". I pewnie Kambodża podzieliłaby los Rzeczypospolitej zupełnie, z pełnym rozbiorem miedzy sąsiadów, gdyby nie nieoczekiwana pomoc zza oceanu w połowie XIX w. Wtedy w Indochinach pojawia się Francja – zgodnie z logiką kolonialną, podbijająca kolejne ziemie dla dobra ich rdzennych mieszkańców – która w pewnym momencie „proponuje” Kambodży protektorat, czym de facto ratuje ten kraj od całkowitego unicestwienia. Co więcej, traktując Kambodżę jako coś w oczywisty sposób własnego, Francja zabiera się, patriotycznie, za odzyskiwanie, kosztem Syjamu, jej ziem, dzięki czemu Ankgor - niekwestionowany symbol nr 1 Kambodży - wraca do Khmerów w atmosferze ogólnonarodowej euforii. Na pamiątkę tego wydarzenia współczesna wieś leżąca koło Angkoru (zresztą "odkrytego" przez Francuza Mouhota) zostaje nazwana Siem Reap, co znaczy "Syjam pokonany" (to mniej więcej tak, jakby Wrocław nazwać "Niemcy pokonane"), co dobrze ilustruje emocjonalny stosunek Khmerów do sąsiadów z zachodu. Jednak to nie koniec historii: podczas II WS następczyni Syjamu - Tajlandia, kolaborując z Japonia, dostaje w ramach marchewki, to, co musiała oddać Francji: dwie prowincje khmerskie, w tym Ankgor Wat. Musi z nich zrezygnować po wojnie, ale zachowuje i tak większość dawnych khmerskich zabytków, w tym Preah Vihear. Dla Kambodży to trochę tak, jak z naszymi Kresami: niby wygraliśmy wojnę, a i tak nam zabrali. Z tą różnicą, ze sytuacja Kambodży bardziej przypomina los Węgier, którym zabrano Siedmiogród, Górne Węgry (Słowację) i Wojwodinę (Serbia) nie rekompensując tego w żaden sposób. Stad tez Khmerowie musza żyć ze smutna świadomością, ze ich obecne granice to stanowią ok. 1/5 historycznych, a najwięcej pamiątek wspaniałego Imperium Khmerskiego znajduje się na terenie państwa - następcy tych, którzy je zniszczyli: Tajlandii.

Dopiero zrozumiawszy te wszystkie zawiłości, można pojąc, jak to się stało, że jeden mały, zrujnowany (swoją drogą – strzały mu też nie służą) buddyjski klasztor (oba te kraje są buddyjskie), położony na końcu świata, na terenie nie mającym żadnego znaczenia, urósł do rangi narodowego symbolu, reprezentującego walkę o odzyskanie godności i cząstki dawnej świetności. I jak doszło do tego, że trzeba było, aż Trybunału Międzynarodowego by do kolejnej wojny nie dopuścić (swoją drogą – ciekawe, czy i teraz autorytet Trybunału harcowników po obu stronach granicy zatrzyma). Jeżeli do tego wszystko doda się, że Kambodża jest dużo biedniejsza od Tajlandii, a Khmerowie wyjeżdżają do sąsiada w roli gastarbeiterów (co poczuciu dumy narodowej nie sprzyja) oraz to, że dojazd do klasztoru od strony Tajlandii jest banalnie prosty, dzięki czemu 90% zwiedzających to Tajowie (którzy zresztą zbudowali jedyną drogę), to zrozumie się, jak delikatny jest to problem. Patrząc na to z tej perspektywy, można zrozumieć to poświęcenie i chęć obrony klasztoru. My też za Gdańsk umieraliśmy.

Michał Lubina

Najnowsze z kategorii

śledzik


ocena użytkowników
rankingrankingrankingranking
średnia: 4.3
Komentarz użytkownika

Michał Lubina
31 lipiec 2009 (16:38)

odpowiedzi na pytania

Witam!
Po pierwsze przepraszam, ze tak pozno odpowiadam na pytania(te z maja), bo bylem w Chinach i na mojeopinie nie zagladalem. Wiec najpierw kwestie techniczne: obywatel PL nie moze przekroczyc tam granicy khmersko - tajskiej (jadac z Kambodzy nie moze wjechac do Tajlandii), ale moze - na jeden dzien, tylko by zobaczyc klasztor i nic wiecej- wjechac z Tajlandii do Kambodzy(bez konsekwencji typu koniec wizy). Placi iles tam bthow i juz. Przynajmniej tak bylo tam wtedy, jak jest teraz nie wiem, obszar to dosc wrazliwy i na zmiany podatny.
Co do slow o buddyjskim klasztorze: odwolalem sie do - jak mniemam -powszechnego przekonania (niekoniecznie prawdziwego, ale to inna bajka) o buddyzmie jako wyjatkowo pacyfistycznej religii. Nie wiem - i wnikac nie chce - czy jesli bylby to katolicki czy prawoslawny klasztor to byloby to bardziej zrozumiale. Zapewniam za to, ze nie cierpie na zadna chrzescijanska ojkofobie, o jaka zostalem zapewne posadzony.

Komentarz użytkownika

wiechu
27 lipiec 2009 (11:49)

dojazd

jeszcze jedno pytanie do autora Czy obywatel PL może tam przekroczyć granicę z Kambodży do Tajlandii

Komentarz użytkownika

anthem
9 maj 2009 (23:37)

Mam dwa pytania do autora

1- dlaczego użył takiego określenia: "Tu warto przyjechać po to, by poczuć – i zrozumieć, jak można się bić o klasztor – i to buddyjski."
Chodzi mi o słowa na końcu: "i to buddyjski"
Jak mam je rozumieć? Że co? Że jakby były to katolickie czy prawosławne to byłoby to zrozumiałe?
2- Od strony TH dojazd jest łatwy, ale skoro klasztor formalnie należy do Kambodży, to czy jako obywatel PL mogę sobie tam do tego klasztoru wjechać czy muszę jednak pokonać drogę tak jak autor od strony kambodżańskiej.

Polecane tematy

Nowe priorytety polityki zagranicznej Ukrainy

Gdy w 2004 roku Ukraina wybierała demokratyczną przyszłość, oczy całego świata skierowane były na Majdan Niepodległości. W każdym ukraińskim domu kolejny dzień pokojowych... Przeczytaj więcej

Falklandy-Malwiny,nowy konflikt u wybrzeży...

Niewielki archipelag położony 150 km na zachód od wybrzeży argentyńskich jest od 180 lat źródłem napięć między władzami w Buenos Aires a Londynem. W 1982 r. doszło nawet do... Przeczytaj więcej

Chińska gospodarka w 2010 roku

Wiara w chińską gospodarkę czasem zadziwia nawet największych optymistów. Na wszelkie problemy dzisiejszego świata, od cen akcji, złota, surowców aż po amerykańskie obligacje czy... Przeczytaj więcej

MojeOpinie.pl na Facebooku
O nas · Polityka prywatności · Regulamin serwisu · Redakcja · Reklama · Kontakt
Copyright © 2007-2009 mojeopinie.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.