Zobaczyć Małą Fatrę - cz.II
    relacje z podróży32 · reportaże z podróży201 · Czechy33
2009-04-01
Autor: Przemek
Z samego rana nad kempingiem przeszła burza i zlała wszystko dookoła. Kiedy wystawiłem nos z namiotu okazało się, że cała okolica zasnuta jest gęstymi chmurami. Zastanawiałem się, co robić – czy zaryzykować możliwość zmoknięcia i jednak wyjść w góry, czy też poleżeć w namiocie, ale stracić praktycznie cały dzień. O 11 postanowiłem – wychodzę.

Dzień 5. Ponownie góry.

Na grzbiet dostałem się dobrze już mi znanym niebieskim szlakiem, jednakże z sedla Priehyb odbiłem w prawo. Nad głową cały czas przewijały się chmury, ale nie padało. Gdzieniegdzie rozpogadzało się, szczególnie w dolinach, więc była szansa na lepszą pogodę. Grzbietem przeszedłem przez szczyty Stracenec (1512 m n.p.m.) oraz Suchy (1467 m n.p.m.). O ile podejście na Velkiego Kryvania, które zaliczyłem wczoraj, było łagodne, to teraz musiałem się momentami trochę wysilić, co sprawiło mi sporą satysfakcję. Pogoda z minuty na minutę stawała się lepsza, a widoki piękniejsze.

Z Suchego czerwonym szlakiem zszedłem do miejscowości Strecno, po drodze oglądając jeszcze Stary Hrad i przełom najdłuższej rzeki Słowacji - Wag. Po całym dniu wędrówki byłem zmęczony, ale i niezwykle usatysfakcjonowany. Na szlaku spotkałem tylko dwie osoby. Coś niemożliwego. W zasadzie tylko ja, chmury spowijające szczyty, wiatr chłodzący moją spoconą twarz, ptaki radośnie latające nad głową, wszechogarniająca przestrzeń… Nie słyszałem w około ludzkich głosów, lecz tylko swoje kroki i głęboki, miarowy oddech. Tego właśnie szukam w górach. Wolności, spokoju, ciszy… Przez cały dzień biłem się ze swoimi myślami. Wspominałem, marzyłem, planowałem… Ten dzień zapamiętam na długo…

Wniosek nr 5. Samotność jest o niebo lepsza, niż nieodpowiedni towarzysz.

Dzień 6. Martinske Hole

Dystans – 62 km. Trasa – Varin, Martin, Martinske Hole (145 m n.p.m.), Martin, Varin.

Obudziłem się z…ogromnym bólem ud. Dwa ostatnie dni w górach dały mi nieźle popalić i mimo niezłej kondycji mocno to odczułem. Zastanawiałem się czy w ogóle gdziekolwiek ruszać się z obozu, bo plan, który sobie założyłem, czyli wjazd na Martinske Hole, wydawał się niemożliwy do zrealizowania. Po chwili namysłu postanowiłem jednak spróbować.

Droga do Martina wiodła piękną, choć bardzo ruchliwą drogą wzdłuż rzeki Wag. Kiedy dojechałem do miasta musiałem popytać, którędy na górę i…po prostu tam wjechać. Łatwe?

Obawiałem się, że podjazd będzie porównywalnie trudny do tego, który prowadzi na Łysą Górę, ale już po kilku kilometrach okazało się, że tak nie jest. Był zdecydowanie łatwiejszy, choć ostatnie dwa kilometry dały mi w kość. Uda dokuczały, ale nie poddawałem się. Po drodze spotkałem jeszcze kilka słowackich bikerek, które raźno waliły pod górę. „Ahoj” w ich wykonaniu brzmiało naprawdę słodko. Cały podjazd naznaczyłem kroplami potu, które rytmicznie skapywały mi z brody na asfalt.

Po około półtorej godziny byłem już na szczycie. Porywisty, zimny wiatr, nie pozwolił mi długo tam zabawić, więc po krótkim posiłku ruszyłem w dół. Nawierzchnia nie była już pierwszej świeżości, więc ręce cały czas spoczywały na hamulcach. Ilość zakrętów także nie sprzyjała szybkiej jeździe. Potem jeszcze tylko droga powrotna do obozu i zasłużony odpoczynek przed kolejnym, taka miałem nadzieję, pięknym dniem w górach.

Wniosek nr 6. Nigdy się nie poddawaj.

Dzień 7. W kierunku Rozsutców

Znakiem szczególnym Małej Fatry nie jest jej najwyższy szczyt, Velki Kryvan, lecz Velki i Maly Rozsutec. Te dwa szczyty, przypominające swoją budową raczej tatrzańskie kolosy, odróżniają się od pozostałych, łagodnych gór Małej Fatry. Postanowiłem sprawdzić czy rzeczywiście są tak piękne, jak czytałem i… nie zawiodłem się.

Z samego rana autobusem dojechałem do wioski Stefanowa, a stamtąd zielonym szlakiem na sedlo Medziholie, by wejść na czerwony szlak, który bezpośrednio wiedzie na Velkego Rozsutca (1609 m n.p.m.). Nie przypuszczałem, że wejście na tego majestatycznego kolosa, rzucającego swój cień na Kremenną Dolinę, sprawi mi tyleż trudności, co satysfakcji. Droga na szczyt ubezpieczona jest łańcuchami i poręczami, więc trzeba zrobić użytek nie tylko z nóg, ale także rąk. Wprawdzie skala trudności podejścia jest umiarkowana, choć człowiekowi nieobytemu z górami może sprawić kłopot.

Na szczycie większego z braci Rozsutców znajduje się krzyż, podobnie jak na tatrzańskim Giewoncie. Oparty o niego wpatrywałem się w otaczającą mnie przestrzeń…Czy jestem w stanie słowami opisać to, co czuję w górach? Kiedy samotnie przedzieram się leśnymi duktami i kamiennymi szlakami, kiedy w pocie czoła pokonuję przewyższenia, kiedy krok po kroku wchodzę wyżej i wyżej… W kierunku marzeń… Czy ktoś, kto sercem nigdy nie był związany z górami może wiedzieć, co czuje człowiek, który osiąga cel, wchodzi na szczyt, z którego patrzy w dół, na doliny, wioski, miasta?… Który na górskich kamieniach pozostawia pot, a nierzadko także krew i łzy?…

Po zejściu z Velkego Rozsutca wszedłem na jego mniejszy odpowiednik. Maly Rozsutec (1343 m n.p.m.) także może zmęczyć, ale jest wart wysiłku. Łańcuchy są nieodzowne, by dostać się na szczyt. Takie podejścia naprawdę cieszą, bowiem nie ma nic gorszego, niż nudne, wielogodzinne trasy bez większych trudności technicznych.

Ze szczytu zszedłem w kierunku dolinek zwanych dierami (Horne, Nove i Dolne) i tutaj spotkała mnie kolejna niespodzianka. Trasa wiodąca bajecznym wąwozem ubezpieczona jest drabinkami, mostkami i poręczami, a ja kroczyłem w samym jego centrum, pod nogami mając rwący strumyczek momentami przechodzący w malownicze wodospady. Coś pięknego!

Powrót do obozu był już mniej przyjemny. Ogarnęło mnie uczucie dziwnej stagnacji, bowiem zamiast podążać przed siebie i poznawać nowe miejsca, musiałem wrócić do dobrze mi już znanego kempingu. To samo otoczenie i te same twarze zaczęły już mnie nudzić, ale postanowiłem, że zrealizuje plan, więc muszę zostać jeszcze jeden dzień. No cóż, przecież ponownie wyjdę w góry, a do obozu wrócę popołudniu…

Wniosek nr 7. Droga jest celem.

Dzień 8. Pożegnanie z górami

Obudziłem się wcześnie rano i po raz kolejny udałem się autobusem do Stefanowej. Tym razem moja trasa wiodła grzbietem przez dwa bardzo łagodne szczyty – Stoha (1607 m n.p.m.) i Chleba (1645 m n.p.m.). Mimo, że podejścia nie były trudne, to jednak ich długość i przewyższenia pokonane po drodze mocno mnie zmęczyły.

Te dwa szczyty były w zasadzie ostatnimi, które chciałem zaliczyć podczas mojego pobytu w Małej Fatrze, więc podczas zejścia ogarnęło mnie uczucie spełnienia i zadowolenia z dobrze wykonano planu. Mój pobyt w malowniczych i pięknych górach Małej Fatry dobiegł końca. Mogę tylko żałować, że trwał tak krótko, choć i tak zobaczyłem chyba wszystko, co chciałem zobaczyć.

Kiedy wracałem autobusem do obozu, jeszcze raz rzuciłem okiem na rozpościerające się za mną szczyty. Velky Rozsutec, Stoh, Chleb, Velky Kryvan, Suchy… Zostawiłem na nich mnóstwo potu, zdrowia, serca… Z wysiłkiem przedzierałem się grzbietem od jednego do drugiego podziwiając całe otoczenie, wdychałem świeże, górskie powietrze, wlepiałem wzrok w płynące nad moją głową chmury, pozwalałem ponieść się fantazji i marzeniom… Teraz to wszystko się kończy. Żal…

Wniosek nr 8. Wszystko ma swój koniec, ale każdy koniec rodzi nowy początek.

Dzień 9. Powrót

Dystans – 143 km. Trasa – Varin, Żylina, Cadca, Cesky Tesin, Karvina, Bohumin, Chałupki, Racibórz.

Z rana zwinąłem namiot i ruszyłem w drogę. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do domu, więc przez poszczególne wioski i miasta jechałem tranzytem. Co chwilę oglądałem się za oddalającymi się górami. W Czechach góry pozostawały pomału wspomnieniem, a ja wjechałem na zdecydowanie bardziej płaskie tereny. Jechałem główną drogą, więc jazda nie była zbyt przyjemna. Mnóstwo samochodów, tirów i smród spalin. Beznadzieja.

Tak szybko jak wydostałem się z gór, tak też od razu zacząłem za nimi tęsknić. Przez całą drogę układałem w głowie plan na kolejny wypad, tym razem chyba ciut dłuższy i bardziej ambitny. Zobaczymy czy uda się go zrealizować. Życie nauczyło mnie już, że z planów często nic nie wychodzi, a do podróżowania najlepiej pasuje słowo improwizacja. Dzięki swobodnemu podejściu do podróży, to droga dopasowuje się do mnie, a nie ja do niej. Oczywiście ogólny plan wyprawy jest bardzo wskazany, ale to, co naprawdę wydarzy się w trasie, jest często niezależne od nas. Około godziny 16 byłem już w Raciborzu i z bólem serca wróciłem do nudnej i szarej rzeczywistości…

Wniosek nr 9. Powroty do domu są słodkie – do szarej rzeczywistości nie.

Wypad w Małą Fatrę był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Niesamowite widoki, mała liczba turystów, wspaniała okolica… Czego można chcieć więcej od gór? Wprawdzie Mała Fatra to nie Alpy, czy chociażby Tatry, ale i tak zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Czy żeby poczuć ducha gór trzeba zdobywać najwyższe szczyty na Ziemi? Czy żeby cieszyć się wolnością trzeba jechać daleko i za dużą kasę? Czy żeby rozkoszować się naturą trzeba znaleźć się w dzikiej dżungli? Ja już znalazłem odpowiedzi na te pytania…

Okazało się również, że samotna wyprawa działa kojąco na moją serce, zaspokaja moje duchowe potrzeby, jest tym, co kocham najbardziej. Tylko ja, droga wijąca się serpentynami pod górę, pot spływający po ogrzanych słońcem policzkach, usta łapczywie łapiące powietrze… Teraz czas na kolejne wyzwanie. Poczekam i zobaczę, co przyniesie mi życie…


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".