Żółty paraliż w Tajlandii
    Tajlandia19 · Indochiny37 · zamach stanu9
Wizja utraty pracy przez ok. milion Tajów zatrudnionych w branży turystycznej, nawet do 100 tys. turystów uwięzionych na lotniskach Suvarnabhumi i Don Muang (wg. Szacunków Bangkok Post) oraz wysokie miejsce w rankingu najbardziej niebezpiecznych miejsc świata (w rankingach londyńskiego Telegraph) – tak wygląda bilans protestów zwolenników Ludowego Sojuszu na Rzecz Demokracji (PAD) w Tajlandii. I to nie koniec strat, bo okupacja największych tajskich lotnisk trwa.

Od 25 listopada kilka tysięcy zwolenników PAD-u okupuje główny punkt komunikacyjny Azji Południowo-Wschodniej, jakim jest lotnisko Suvarnabhumi, znajdujące się 30 km od centrum Bangkoku. Straty w tajskiej gospodarce, która w ogromnym stopniu opiera się na turystyce, są już nieodwracalne, a patowa sytuacja wydaje się nie mieć końca. Zwolennicy PAD - u żądają ustąpienia obecnie rządzącego gabinetu na czele z premierem Somchai Wongsawatem, który z kolei ustąpić nie zamierza, twierdząc iż został wybrany w demokratycznych wyborach. Manifestanci są coraz bardziej agresywni, natomiast rząd nie podejmuje żadnych kroków, z obawy przed ryzykiem bezpośredniego starcia pomiędzy policją a protestującymi. Każdy dzień paraliżu na tajskich lotniskach to biliony bahtów strat, nieprzychylne nastawienie obcokrajowców oraz groźba sankcji gospodarczych i politycznych.

Sytuacja zaostrzyła się, gdy pod koniec sierpnia 2008 roku grupa manifestantów pojawiła się pod kancelarią premiera. Rząd został zmuszony zmienić miejsce obrad (na okolice starego lotniska Don Muang). Shinawatra natomiast nie przejął się całą sytuacją, tłumacząc, że jest to znak, aby wybudować nowy budynek parlamentu.

Zamach Stanu

Wszystko zaczęło się od obalenia populistycznego premiera Thaksina Shinawatry w 2006 roku. Całą sytuację poparł nawet król Tajlandii Rama IX. Rządzący przez 5 lat Shinawatra, był jednym z najbogatszych Tajów, który fortuny dorobił się m.in. na sprzedaży udziałów należących do jego rodziny w koncernie telekomunikacyjnym, od której nie zapłacił podatku. Była to jedna z wielu afer, która ciągnęła się za Shinawatrą, często nazywanym azjatyckim Berlusconim, ze względu na kontrowersyjne zachowanie i zamieszanie w liczne afery (posądzany również o wykorzystywanie państwowych instytucji na korzyść swoją i swojej partii). Przewrót wojskowy zastał Shinawatrę, gdy ten przebywał na sesji ONZ zagranicą. Od tamtego czasu do dnia dzisiejszego do Tajlandii nie wrócił. Osiedlił się w Wielkiej Brytanii, gdzie za 109 milionów dolarów kupił klub piłkarski Manchester City.

Nikogo nie dziwiło, że Shinawatra nie zamierza wrócić do kraju, jego partia Thai Rak Thai (Tajowie kochają Tajlandię) została zdelegalizowanego, a samego polityka czekał szereg procesów. Jednak mieszkańcy wsi i ubogich prowincji nadal darzyli go ogromnym szacunkiem, gdyż był znany z ogromnych dotacji na rolnictwo, budowę szkół i dróg. Natomiast klasa średnia i inteligencja, miała mu za złe niejasną przeszłość i niewyjaśnione sprawy finansowe.

Po zamachu stanu, krajem rządzili wojskowi. Jednak niedługo, bo po blisko 15 miesiącach w rozpisanych wyborach zwyciężyli populiści z Partii Władzy Ludu (PPP), która miała załatać dziurę po zdelegalizowanej partii Shinavatry. Na czele PPP stanął 72 – letni Samak Sundaravej, który został premierem. Generał Sondhi Boonyaratkalin, który sprawował do tego czasu władzę nad krajem, zgodnie z wcześniejszą obietnicą, że gdy tylko uda się zaprowadzić porządek w kraju, odda władzę, musiał pogodzić się z takim stanem rzeczy. Zresztą sam Sundaravej oświadczał na wiecach, że głosując na niego wyborcy oddają głos na Shinavatrę, a ludność wiejska liczyła na powrót ogromnej pomocy dla prowincji, gdyż gospodarka podczas piętnastomiesięcznych rządów generałów znacznie podupadła. W ten oto sposób, armii nie udało się usunąć ostatecznie Shinawatry ze sceny politycznej, który w opinii wielu rządzi krajem z tylnego siedzenia, z Londynu.

Wotum nieufności, walka o świątynie i kulinarne show

Jednak rządy Sundaraveja nie trwały długo i również nie były wolne od kontrowersji. Już w czerwcu wobec jego gabinetu zostało wysunięte wotum nieufności, które na szczęście dla Sundaraveja została odrzucone większością głosów. To był dopiero początek prób usunięcia go od władzy. Miesiąc później Sąd Konstytucyjny orzekł, że jeden z ministrów (Noppadom Pattama) złamał konstytucję podpisując bez zgody parlamentu porozumienie z Kambodżą. Sprawa może nie przyciągnęła w takim stopniu uwagi opinii publicznej, gdyby nie fakt, że dotyczyła świątyni Preah Vihear, o którą Tajlandia już od lat toczy spór z Kambodżą, a Pattama poparł właśnie Kambodżę w staraniach o wpisanie zabytku na Listę światowego dziedzictwa Narodowego UNESCO (Który w tym samym dniu znalazł się na liście). Oficjalnie hinduistyczna świątynia i okoliczne tereny, które wchodziły w skład Imperium Khmerskiego, znajdują się na terenie Kambodży, z czym Tajowie nie mogą się pogodzić.

Antyrządowe manifestacje narastały i protestujący pojawili się również na ulicach Bangkoku. Doszło do starć z policją, w których rannych zostało kilkadziesiąt osób. Manifestanci chcieli wymierzyć sprawiedliwość sami, wdzierając się do budynku policji, a cztery dni później zajmując również kluczowe ministerstwa i drogi w Bangkoku. Do protestujących dołączyli również kolejarze, którzy wstrzymali w 30% ruch pociągów. Premier Sundaravej oświadczył, że nie użyje wobec protestujących przemocy, jednocześnie wprowadzając stan wyjątkowy (co umożliwiało w nagłej sytuacji interwencję wojskową). W międzyczasie w grze pojawił się po raz drugi Trybunał Konstytucyjny, który oskarżył tym razem samego Sundaraveja o złamanie konstytucji. Poszło o to, że Sundaravej już po zaprzysiężeniu na premiera, brał udział w komercyjnym show kulinarnym jednej z prywatnych stacji telewizyjnych. W Tajlandii konstytucja zakazuje premierowi uzyskiwania dodatkowych dochodów ze źródeł prywatnych. Sundaravej nie miał wyjścia i 9 grudnia podał się do dymisji. Jego obowiązki przejął Somchat Wongsawat, minister edukacji w rządzie poprzednika i wiceprzewodniczący Partii Władzy Ludu (PPP).

Nowy premier i nowa fala protestów

Przez 8 dni Wongsawat pełnił obowiązki premiera oczekując na wybory. Nie było trudne do przewidzenia, że PPP właśnie jego wystawi jako kandydata. Nie obyło się bez małych zgrzytów wewnątrz partii. Jedna z frakcji sprzeciwiła się jego kandydaturze, jednak nie wpłynęło to na wynik głosowania i Wongsawat 17 września mógł objąć oficjalnie funkcję premiera.

Po przejęciu urzędu przez nowego premiera manifestacje wzmogły się. Nie bez znaczenia był fakt, że Wongsawat jest szwagrem obalonego w 2006 Thaksina Shinawatry i uważany jest za marionetkę w jego rękach. Shinawatra triumfował po raz kolejny, a liczba protestujących stale rosła. Wongsawat został oskarżony o korupcję i złamanie konstytucji (Tajska konstytucja zabrania posiadania udziałów w firmach prowadzących interesy z przedsiębiorstwami należącymi do państwa, a Wongsawat posiada udziały w firmie telekomunikacyjnej, która współpracuje z państwowym zakładem telekomunikacyjnym), do tego doszły oskarżenia korupcyjne jeszcze z 2000 roku (gdy był pracownikiem Ministerstwa Sprawiedliwości w niejasnych transakcjach sprzedawał grunty). Premier niespecjalnie przejął się całą sytuacją, oświadczając że nie ustąpi z urzędu. Wskutek zajęcia przez przeciwników budynku ministerstwa postanowił przenieść urząd w pobliże lotniska Don Muang (obsługującego głównie lokalne loty).

Rozwścieczony tłum manifestantów z Ludowego Sojuszu na rzecz Demokracji (PAD) nie widząc reakcji ze strony premiera, posunął się do najbardziej druzgocącego dla kraju kroku. 25 listopada ubrani na żółto (kolor monarchii) pojawili się na lotnisku Suvarnabhumi paraliżując jedno z największych i najważniejszych lotnisk Azji. W terminalach utknęły dziesiątki tysięcy turystów próbujących wydostać się z kraju, natomiast PAD oświadczył, że opuści lotnisko dopiero, gdy Wongsawat wraz ze swoim rządem poda się do dymisji. Ten z kolei oświadczył, że jest gotów negocjować, lecz członkowie PAD wyśmiali go, zapowiadając dalsze akcje. Co ciekawe, protestujący nie obawiają się nawet wkroczenia do akcji policji, gdyż jak wypowiadał się lider PAD Chamlong Srimuang, nie ma tylu więzień, aby ich zamknąć. Sytuacja jest patowa. Zarówno strona rządowa jak i protestujący nie mają zamiaru ustąpić. A biorąc pod uwagę, iż zwolennicy rządu (UDD – United Front of Democracy against Dictatorship – Zjednoczenie Demokratyczne przeciwko Dyktaturze [tłumaczenie własne]) przygotowują dużą kontrmanifestację, miejmy nadzieję, że cały spór uda rozwiązać się w pokojowy sposób.


28 listopada mieliśmy rozpocząć kilkumiesięczną podróż po Indochinach. Wskutek zamknięcia lotniska w Suvarnabhumi w Bangkoku, nasz lot został odwołany. Jeśli sytuacja nie pogorszy się, 9 grudnia wylądujemy na wyspie Phuket w Tajlandii, skąd lądem będziemy próbowali przedostać się w głąb kraju. Na chwilę obecną sytuacja poza punktami zapalnymi (kancelaria premiera i lotniska Suvarnabhumi i Don Muang) jest normalna. Z informacji od Tajów, z którymi mamy na bieżąco kontakt, wynika że codzienne życie toczy się swoim torem, w głównej dzielnicy Bangkoku Khao San Road jak zwykle odbywają się imprezy, a ludzie w żaden sposób nie odczuwają napięcia.

Relacje z wyprawy po Indochinach będzie można przeczytać na naszym serwisie, jak również na blogu wackyard.blogspot.com
Komentarzy: 1

Aldona
1 grudnia 2008 (08:57)
widzę, że Państwo merytorycznie...
do wyjazdu jest przygotowane. Bardzo dobre streszczenie, tego co się dzieje w Indochinach. Wyjeżdżałam stamtąd, gdy zaczynały się zamieszki, choć rwały one już trochę. Ale tak w sumie to bezpieczny kraj.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Co zostało z egipskiej rewolucji?

Bracia Muzułmanie wygrali wybory parlamentarne, ale nie rządzą. Do dziś nie udało się uformować konstytuanty, choć niedługo powinien powstać tekst nowej ustawy zasadniczej. Trzech...