Żywie Biełaruś
    białoruska opozycja7 · Białoruś62 · premiery filmowe37 · Łukaszenko50
2013-05-05
Tak jak fani rapu w Polsce oczekiwali z niecierpliwością od dłuższego czasu zapowiadanego filmu „Jestem Bogiem” o Paktofonice, tak wszyscy Ci, którym los naszego wschodniego sąsiada nie jest obojętny oczekiwali na premierę „Żywie Biełaruś”.

Wraz z czasem oczekiwania na te obrazy wzrastały wymagania publiczności wobec tych produkcji. Moim zdaniem zarówno jeden jak i drugi film nie spełniły w pełni pokładanych w nich oczekiwań, choć nie mieliśmy tu do czynienia z piękną katastrofą. Ale można odnieść wrażenie, że w przypadku „Żywie Biełaruś”, cytryna, jaką jest obecna sytuacja na Białorusi i jej wpływ na relacje międzyludzkie, została wyciśnięta niedbale.

Główny bohater filmu, lider punkrockowej grupy "Forza" Miron Zacharka, w którego rolę wcielił się Dźmitry Vinsent Papko, na początku filmu nie jest wcale opozycjonistą. Owszem, nie traktuje poważnie obecnego porządku i zasad panujących w kraju Łukaszenki, jednak nie ma to w jego przypadku głębszego podłoża ideologicznego. Mirona interesuje przede wszystkim wygodne życie, którego definicję według niego stanowią dziewczyny, muzyka rockowa i uniknięcie służby w wojsku. Wszystko się zmienia, gdy jeden z jego koncertów zamienia się wbrew jego woli w manifestację polityczną. Od tego momentu sprawy toczą się lawinowo. Miron zostaje karnie w trybie natychmiastowym skierowany do odbycia służby wojskowej w rejonie skażonym w wyniku atomowej katastrofy w Czarnobylu. Związek z Vierą (Karolina Gruszka) ledwo co się zaczął a już jego rozpad wisi na włosku. Los zespołu, w którym grał Miron również jest zagrożony. Od tego momentu obserwujemy, jak działa system Łukaszenki wobec niepokornych i ich otoczenia oraz… mamy również do czynienia momentami z przejaskrawianiem rzeczywistości białoruskiej przez twórców filmu w iście komiksowy sposób.

Plenery mające grać otoczenie jednostki, w której służbę odbywa Miron, wystylizowano na granicy kiczu. Próba skopiowana zdjęć z lat dziewięćdziesiątych z opuszczonego miasta Prypeć do współczesnego obwodu homelskiego Republiki Białorusi wyszła co najmniej groteskowo (widząc karuzelę zachciało mi się śmiać, a scena miała być smutna jak zbity pies na deszczu). Nie mówiąc już o tym, że ten krajobraz z rzeczywistością niewiele ma wspólnego. To samo tyczy się chociażby figurki Lenina na biurku dowódcy jednostki (przez naprawdę wiele urzędów na Białorusi się przewinąłem i czegoś takiego nie widziałem), jak i rzekomego ogromnego zainteresowania akcją „mów po białorusku”, która, jak wszystkie działania opozycji na Białorusi, miała w rzeczywistości wydźwięk marginalny.

Z drugiej jednak strony na szczęście (ale i niestety dla samych Białorusinów), większość rzeczy pokazanych w filmie, które mogą wydawać się fantazją autorów, oddaje klimat panujący obecnie między Bugiem a Dnieprem. Portrety Łukaszenki w urzędach, bezprawne wcielanie do wojska, zastraszanie i szantaż ze strony władz wobec opozycjonistów, fałszerstwa wyborcze na mniejszą lub większą skalę, dyskryminacja osób myślących inaczej. Film w pewnej mierze miał pełnić rolę edukacyjną i w tym wymiarze tę rolę spełnia. Ale, co już wspomniałem na początku, waga tematu i czas oczekiwania na premierę pozwalały wymagać o wiele więcej. Pod tym względem film pozytywnie zaskoczył mnie na początku symboliką jaka kryje się w imieniu i nazwisku głównego bohatera (Miron to pseudonim opozycjonisty lub grupy opozycjonistów słynących z wywieszania zakazanych na Białorusi biało-czerwono-białych flag w trudno dostępnych miejscach, zaś Zacharka to nazwisko prezydenta Białoruskiej Rady Ludowej na emigracji w latach 1928-1943, słynącego z działalności antysowieckiej), oraz paroma scenami. Na przykład tą, w której jeden z mieszkańców opowiada o sytuacji materialnej mieszkańców strefy skażonej na Białorusi czy fragmentami, w których pokazano, w jaki sposób manipuluje się materiałami w białoruskiej telewizji państwowej. Jednak takich smaczków powinno być znacznie więcej. Dwie, trzy sceny sięgające głębi tematu na ponad półtoragodzinną projekcję to zdecydowanie za mało.

Aktorsko „Żywie Biełaruś” bezkonkurencyjnie wygrywa Karolina Gruszka, która swoich białoruskich kolegów po fachu kładzie na łopatki, pokazując jednocześnie przepaść, jaka dzieli kinematografię polską od tej za Bugiem. Młoda polska aktorka nie boi się wyzwań a np. sceny kręcone w kobiecym więzieniu w jej wykonaniu przyprawiają o ciarki. Co nie oznacza jednocześnie, że film kuleje w tej materii, aktorów występujących w polsko białoruskiej produkcji ogląda się z przyjemnością.

Na „Żywie Biełaruś” można spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy to ten, w którym chcemy poznać Białoruś i jej trudną sytuację. Jeśli to przyjmiemy za kręgosłup filmu, o który opiera się akcja to niestety z perspektywy kogoś, kto choć trochę interesuje się Białorusią szybko zauważymy, że film ten niestety zainfekowany jest skoliozą. Widz nieświadom tego jak wygląda naprawdę życie na Białorusi, wiedzę na temat państwa Łukaszenki czerpiący jedynie z mainstreamowych serwisów informacyjnych oraz filmu „Żywie Biełaruś” będzie widział tę Białoruś w mocno przerysowanych barwach. Ludzie, którzy nie byli w Mińsku po wyjściu z kina byli przerażeni i prawdopodobnie uznają, że w tym kraju życie jest czarno- białe, klimat postnuklearny, a na ulicach stoją czołgi. Fakt, że Białorusini mają swobodny dostęp do internetu i życie kulturalne funkcjonuje tam w miarę normalnie może widzom po prostu umknąć w natłoku przemocy i okrucieństwa, jakie emanują z wielkiego ekranu. Film nie dość, że powiela wiele stereotypów dotyczących Białorusi to momentami pokazuje je w tak wyrazistych, że aż mało realistycznych barwach.

Co innego jeśli za podstawę obrazu przyjmiemy historię relacji międzyludzkich. Metamorfoza głównego bohatera, niezłomność jego dziewczyny, niejasne do końca motywy jakimi się kieruje przyjaciel Mirona tworzą ciekawą sieć więzi modelowaną przez bezwzględny system. Jeśli jeszcze do tego dorzucimy postacie nakreślone w jednostce wojskowej- pasujący jak ulał do tamtych warunków przygłup Janoszka, Szczukę, który należąc do systemu nie traci człowieczeństwa i Seryja- niepoprawnego romantyka o silnym charakterze, stworzymy naprawdę ciekawą galerię. I to twórcom „Żywie Biełaruś” się udało. Po odrzuceniu oklepanych schematów jakie narzuca nam scenografia i zagłębieniu się w sposób kreowania człowieka przez system możemy wynieść o wiele więcej z tego filmu niż z na przykład serwisów medialnych dotyczących państwa Łukaszenki. I chociażby dlatego warto zobaczyć ten film ale pod warunkiem, że nie oprzemy na nim całej swojej wiedzy a propos życia na Białorusi.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na temat innego filmu? Może książki? Albo albumu muzycznego, który zrobił na Tobie ostatnio wrażenie?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".